To dlatego Diego Maradona znienawidził Hiszpanię. Andaluzyjska pułapka - własne demony, wyzwiska i nałogi

32. urodziny skończył daleko od domu. Przyleciał z nadwagą, po blisko półtorarocznej przerwie od grania. Uzależniony od narkotyków. Wyklęty przez pół świata. A jednak historia Diego Maradony na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan w Sewilli to kawał dobrej opowieści. O nadziei, kryzysie i zatraceniu. Opowieści bez szczęśliwego zakończenia.
Gwiazdor Sevilli, Davor Suker, nie mógł w to uwierzyć. Ani przez moment. Nawet, gdy Diego Maradonie zdjęto 15-miesięczny zakaz gry, a przedstawiciele jego klubu po długich, żmudnych rozmowach wynegocjowali transfer Argentyńczyka z Napoli. Ani wtedy, kiedy samolot z wielkim bohaterem na pokładzie wzbił się z lotniska w Buenos Aires i zmierzał w kierunku Hiszpanii. Nie, Chorwat ciągle nie mógł uwierzyć.
- Dopóki nie zobaczę go na treningu, w butach piłkarskich i koszulce naszego klubu, będę uważał, że ktoś robi sobie żarty - miał stwierdzić, gdy dopytywano go o nowego członka zespołu. W końcu jednak musiał dać temu wiarę.
Jak pączek w maśle
Diego Armando Maradona wylądował w Sewilli w 500. rocznicę odkrycia obu Ameryk. 12 października 1992 roku. Wielu uznało to za znak. Że stworzy ze średniego klubu nowe Napoli, tak jak wywindował zakompleksioną drużynę na szczyty włoskiego, ale też i europejskiego futbolu. 750 milionów peset (czyli jakieś 5,5 mln euro) pozwoliło ekipie z Andaluzji pozyskać piłkarza, który fascynował tysiące kibiców na świecie.
Ale dlaczego akurat Sevilla? Rozeszło się o jedną osobę. Trenera Carlosa Billardo, z którym “Boski” Diego zdobył mistrzostwo świata w 1986 roku. Podobno to on przekonał Seppa Blattera, sekretarza generalnego FIFA, by zmusił neapolitańczyków do transferu. I tak oto Maradona przybył do zespołu okropnie głodnego sukcesu, gdzie mistrzostwa kraju nie widziano od 50 lat, a pierwszej czwórki ligi od dwóch dekad.
Przybył będąc daleko od swojej idealnej formy. Z dwunastoma dodatkowymi kilogramami, z długimi włosami do szyi i z twarzą pełną złości. A ponadto z całym swoim dworem: żoną Claudią, córkami Dalmą i Gianniną oraz z kilkoma asystentami, przyjaciółmi, personalnym trenerem oraz kierowcą. To nieistotne. Niemal pierwszą rzeczą, jaką dostał, była opaska kapitańska. Dla gracza, który nie zagrał ani minuty w pierwszym składzie. Wicekapitanowie Rafa Paz oraz Juan Carlos Unzue zgodzili się na to jednogłośnie. Szybko bowiem zostali uczuleni przez władze klubu, że sposób na zintegrowanie Maradony z zespołem jest bardzo prosty. Trzeba go szanować, ugłaskać i we wszystkim ustępować. A on odwdzięczy się golami i fantastyczną grą. Strategia może i byłaby dobra, ale kilka lat wcześniej…
To prawda, Diego zasymilował się bardzo szybko. Wynajmował willę “Espartaco”, należącą do Spartakusa, słynnego torreadora lat 80. i 90., zaraził się więc pasją do gonitwy z bykami. Problem w tym, że on sam przemienił się w nieokiełznane zwierzę. W ciągu kilku miesięcy zdążył rozbić mercedesa, ścigać się z policją w swoim nowym porsche i zmusić władze Sevilli do wynajęcia detektywa, który miałby go śledzić w czasie pomiędzy treningami. Mimo to, klub i tak szedł mu na rękę. Do tego stopnia, że Bilardo przeprowadzał sesje treningowe wyłącznie po południu, a nie, jak zwykle, w godzinach porannych, właśnie ze względu na zwyczaje i upodobania Maradony. Wszystko kręciło się wokół argentyńskiej gwiazdy. Coraz mniej piłkarskiej, a coraz bardziej celebryckiej.
Obiecujący start
To nie tak, że koledzy dusili w sobie wściekłość na ten stan rzeczy. Przeciwnie. Ramon “Monchi” Rodrigue, wówczas rezerwowy bramkarz, a później jeden z najlepszych dyrektorów sportowych, wspominał, że dostał kiedyś od Diego złotego rolexa po tym, jak Argentyńczyk zobaczył na jego nadgarstku “marną podróbkę”. Inny zawodnik, napastnik Monchu, mógł jeździć jednym z dwóch czerwonych ferrari Maradony. A Diego Simeone zawsze czekał aż jego idol wyjdzie z pokoju, żeby mógł z nim zjeść śniadanie. Wspomniany wcześniej Suker, który oglądał legendarną “10” w telewizji jako dziecko, nadal przecierał oczy ze zdumienia. Po każdym treningu dzwonił do matki z nowymi anegdotami o geniuszu z Ameryki Południowej. Ta relacja zresztą zaczęła się wyjątkowo pięknie - od dwóch asyst Diego i dwóch goli Davora w spotkaniu z Valencią. Ekipa Sevilli była szczęśliwa, mając w paczce takiego gracza.
Przez pierwsze miesiące drużyna z Andaluzji grała jak w transie. W debiucie przeciwko Realowi Saragossa Maradona strzelił gola z rzutu karnego. Potem trafił do bramki Celty Vigo, bajecznie wykonując rzut wolny. Następnie w starciu z Gijon, stojąc tyłem do bramki w “szesnastce”, przyjął futbolówkę na klatce piersiowej, odwrócił się i uderzył z woleja lewą nogą.
To są te fantastyczne przebłyski Diego w trakcie niespełna rocznego pobytu na Pizjuan. No i wisienka na torcie: szlagier z Realem Madryt. Mecz, w którym Maradona dał złudzenie, że wrócił do pełnej formy, że to ten sam “kosmita” z mundialu ‘86, robiący z rywali amatorów, kompletnych idiotów. Nie strzelił wtedy gola, ale był jednoosobowym teatrzykiem w środku pola. Tylko dzięki niemu Sevilla wygrała 2:0 i chwilowo znalazła się na podium, mając bardzo małą stratę do liderów z Barcelony, w której grał choćby Ronald Koeman, widoczny obok Diego na głównym zdjęciu niniejszego tekstu.
Spodziewany koniec
Piękna budowla rozsypała się jak domek z kart w pierwszych dniach nowego roku. Maradona coraz częściej poddawał się własnym demonom. Nie potrafił kontrolować nałogów. Życie wymykało mu się z rąk. Opuszczał trening za treningiem, a co za tym idzie, rzadziej trafiał do protokołów meczowych. Drużyna tęskniła za liderem, motywacja zniknęła niemal natychmiast. Do tego doszedł konflikt na linii Maradona-klub-reprezentacja. Powołania Alfio Basile na mecze towarzyskie “Albicelestes” spotkały się z furią ze strony włodarzy Sevilli, którzy ani myśleli puścić do Argentyny swoich asów, Maradonę i Simeone. Pakt z drużyną można było uznać za zerwany. Tego nie dało się już odbudować.
Wtedy nastał decydujący moment kryzysu. Remis ze słabym Burgos, z Diego wyglądającym jak siedem nieszczęść. Pod formą, z brzuchem jak u weselnego wujka, zmęczonym i sfrustrowanym. Trener ściągnął go z boiska i w zamian za to, od podopiecznego, z którym wygrał przed laty mistrzostwo świata, usłyszał: “Bilardo, urodziła cię ku***!”. W niecały rok piłkarzowi udało się podsumowaćnajgorsze momenty z kariery: zmarnować okazję do powrotu do sportowej sylwetki, zniszczyć się psychicznie, wciągnąć bez końca w ciemny świat narkotyków, skonfliktować z całym otoczeniem. Koledzy zrozumieli, że jego życie wyglądało zupełnie inaczej niż ich życie. Nie pasował do grupy. Na początku pozytywnie odstawał jako zawodnik, a na końcu odstawał negatywnie jako człowiek.
Siódme miejsce w lidze ze składem, w którym widniały nazwiska Maradony, Sukera czy Simeone, należało uznać za porażkę. Klub pozbył się problematycznej gwiazdy bez cienia żalu. Wiceprezydent Sevilli miał powiedzieć, że Argentyńczyk nie nadawał się nawet do gry w ping-ponga. Na rok przed mundialem jedna z największych postaci futbolu wszech czasów znajdowała się na dnie. Jak się później okazało, smutny rozdział w Hiszpanii nie przeszkodził mu w występie na amerykańskich boiskach. To była dopiero uwertura do kataklizmu.