Powrót Roberta Kubicy do Formuły 1 to jak na razie koszmar. A będzie tylko gorzej

Powrót Roberta Kubicy do F1 to jak na razie koszmar. A będzie tylko gorzej
Screen z TV (Eleven Sports)
Starania ekipy Williamsa przy działaniach konkurencji przypominają wyścig geparda z żółwiem. Ich dzieło mogłoby stać w gablocie muzeum z podpisem „najbardziej nieudany projekt w historii F1”, względnie mogłoby zostać przerobione na żyletki. Problem w tym, że w zasłużonym teamie brakuje pomysłów, jak odwrócić wezbraną rzekę niepowodzeń, która zatapia stateczek i jednego z najbardziej popularnych sterników – Roberta Kubicę.
W pewnym momencie, po Grand Prix Chin, pojawiały się głosy o „małym odrodzeniu” Williamsa. Odnosiło się wrażenie, że forma idzie w górę. Oto bowiem w kwalifikacjach w Szanghaju Russell i Kubica tracili już nawet mniej niż sekundę do poprzedzających ich kierowców. Przypomnę tylko, że w Bahrajnie było to trochę powyżej półtorej sekundy.
Dalsza część tekstu pod wideo
Również w Szanghaju podczas wyścigu Anglik przejechał nawet dziewiąte najszybsze okrążenie. To jednak tylko suche liczby, bardzo zniekształcające obraz prawdziwej dyspozycji ekipy z Grove. Russell intencjonalnie zjechał do pit-lane na 49. okrążeniu, by kolejny raz wyjechać na miękkich, szybszych oponach. Dlaczego? Łatwo to sobie dopowiedzieć.
Williams na pewno nie walczył o najszybsze kółko premiujące jednym, dodatkowym oczkiem w klasyfikacji. Propagandowo próbowano udowodnić, że wcale tak bardzo nie odstają od reszty. Wyszło miernie. Gdyby każdy mógł zrobić jeszcze jedno szybkie kółko na najszybszych gumach – biało-niebieskie auta znowu byłyby na szarym końcu w tabeli czasowych.

Azerska katastrofa

Z poczuciem dobrze wykonanej roboty brytyjski team wrócił do ścigania na następnym grand prix. A tam… nie było już czego zbierać. Russell, nie ze swojej winy, uszkodził podłogę bolidu, Kubica, również z powodu ograniczeń, znalazł się na bandach.
To wszystko wiemy z oficjalnych przekazów, własnych obserwacji i informacji przechodzących przez mainstreamowe kanały. Na szczęście insiderzy, którzy weszli za kotary paddocku, uchylili rąbka tajemnicy z katastrofalnego dla Williamsa weekendu z Baku.
Z relacji dziennikarki Juliane Cerasoli wynika, że największym beneficjentem incydentu ze studzienką był… George Russell, a ofiarą Kubica. Według dobrze poinformowanego źródła, Williams testował nowy monokok dla Polaka, który miał trafić do jego pakietu już od następnego eventu, czyli GP Hiszpanii w Barcelonie.
Jednak z powodu uszkodzeń, jakie nastąpiły w bolidzie Brytyjczyka, przeznaczone części dla Roberta, trafiły od razu do zwycięzcy ubiegłorocznej Formuły 2. Krakowianin natomiast wciąż będzie musiał się zmagać ze zbyt elastycznym monokokiem, a co za tym idzie niestabilnością pojazdu, zwłaszcza w zakrętach.
Problem nie tyczy się zresztą zachowania bolidu Roberta na łukach, chociaż oczywiście tam następują największe straty. Wystarczy rzucić okiem na liczby, pokazujące najwyższe prędkości poszczególnych bolidów na torze w Baku podczas kwalifikacji. I tak, Kubica znajduje się na ostatnich pozycjach na trzech z czterech punktów pomiaru: na tzw. speed trapie, w pierwszym oraz drugim punkcie. Jest tam wolniejszy od 6 km/h aż do 17 km/h. To prawdziwa przepaść, niemająca nic wspólnego z umiejętnościami kierowcy. To różnica technologiczna.
Poniżej: prędkości wszystkich kierowców w mierzonych punktach na torze Baku, sobotnie kwalifikacje:
Prędkości poszczególnych kierowców na torze w Baku
Formula1.com

Niedzielna mordęga

Powiedzieć, że wyścig w Azerbejdżanie był trudny, to nie powiedzieć nic. Najprawdopodobniej, była to najtrudniejsza jazda w dotychczasowej karierze Polaka. Zaczęło się od skandalicznego błędu inżynierów, którzy wypuścili go za wcześnie z boksów, czego późniejszym efektem miała być kara przejazdu przez pit-lane. Już na pierwszym zakręcie dały o sobie znać nierozgrzane ogumienie, które wyrzuciło naszego kierowcę poza tor. Nie pokazały tego powtórki, ale dobrze było to widać na kamerze pokładowej z bolidu Raikkonena.
Kolejne okrążenia to już tylko zmagania ze sprzętem oraz ze swoim inżynierem wyścigowym, który nie potrafił powiedzieć swojemu zawodnikowi, za co otrzymał karę od sędziów. Gdy Robert zakomunikował, że w pewnym momencie jego auto straciło moc niemal stu koni, Paul Williams rzucił tylko znanym żartem każdego informatyka, że „u niego jest wszystko w porządku”.
Oczywiście Baku nie było trudne tylko dla Polaka. Również George nie mógł być zadowolony ze swojego startu, nierzadko skarżąc się na niestabilność podczas hamowania. Co ciekawe Brytyjczyk komunikując się ze swoim inżynierem, częściej niż o zagadnienia technicznie, pytał o różnicę czasową pomiędzy nim, a Kubicą. Świadczy to tylko o tym, jakie są priorytety u obu kierowców. Jeden chce utrzymywać się na linii jazdy, drugiego satysfakcjonuje tylko wygrywanie z zespołowym kolegą. Obaj musieli drastycznie zrewidować cele, jakie stawiali sobie (głośniej lub ciszej) przed rozpoczęciem sezonu.

Gorzej być nie może?

Wyrwa się pogłębia. Jeszcze przed azerską przygodą, średnia strata Williamsów do najszybszego Mercedesa sięgała prawie czterech sekund. Do przedostatniego Racing Point – 1,7 sekundy. A to w sytuacji, gdzie ekipy z miejsc od 5 do 9 rywalizują ze sobą ze średnią różnicą około pół sekundy.
Sytuacja wygląda jeszcze ciekawiej, gdy spojrzymy na średnie różnice poszczególnych kierowców z jednego teamu. Porównano tylko sesje kwalifikacyjne i dane jasno wskazują, że z kolegów zespołowych najbardziej odstępuje… Kubica do Russella, a jego straty wynoszą prawie 0,6 sekundy. Polak jest więc na pozycji czerwonej latarni. I to do potęgi.

W poszukiwaniu światełka w tunelu

Jak wyjść z kryzysu? Williams, niestety, stawia na pozorowane ruchy. Jednym z nich jest zatrudnienie Patricka Heada, byłego dyrektora technicznego zespołu w latach, gdy święcił największe sukcesy. Head ma być konsultantem, ale nikt na dobrą sprawę nie wie, co dokładnie ma robić. Od komentatorów otrzymał nawet miano „cheerleaderki bez pomponów” – jest zwyczajnie zabiegiem czysto PR-owym. Williams wszak potrzebuje zmian strukturalnych, nie zaś wyłącznie personalnych.
Gdy inne ekipy na europejską część sezonu wystawią zaktualizowane pakiety wcześniejszych rozwiązań (bądź bolidy „B” w przypadku nieudanych zimowych eksperymentów), brytyjski team jedyne, czym będzie mógł BYĆ MOŻE dysponować, to wreszcie zapasowe części dla swojego skompromitowanego projektu.
- Patrick Head niczego sam nie zrobi. On potrzebuje całego zespołu. To nie jest kwestia tygodni, a miesięcy – potwierdza słowa ekspertów Robert Kubica w jednym z wywiadów.
Przytakuje mu zresztą George Russell:
- Przyczyną naszych kiepskich wyników jest fundamentalny błąd w konstrukcji bolidu – przyznaje gorzko.
Brytyjczyk o skali problemów swojego teamu mógł przekonać się podczas testów w Bahrajnie, gdy jednego dnia siedział za kierownicą swojego bolidu, a kolejnego za kółkiem Mercedesa.
- Różnica jest olbrzymia. I wiem, gdzie jest najbardziej zauważalna. Przy wyjściu z zakrętu. Na prostej nie ma większych wahań. Silnik jest taki sam – mówił dziennikarzom.

Rekrutacja w Grove

Przyszłość ekipy nie jawi się w jasnych barwach. To pewne. Ale nie można zapominać o plusach, mimo że nie mają szans przykryć całej puli minusów. Bezawaryjność bolidów jest największym atutem stajni. To głównie zasługa najwyższej klasy jednostek napędowych Mercedesa, ale poszczególne podzespoły stworzone w fabryce Williamsa również cechuje wysoka wytrzymałość.
Brytyjczycy mają też świadomość własnych słabości, a, co więcej, chcą je przezwyciężyć. Już teraz ruszył nabór na pracowników technicznych, inżynierów i specjalistów ds. elektryki, zapewne z myślą o zbudowaniu FW43 na kolejny sezon. Łącznie w zespole jest 40 wakatów, które wkrótce mają zostać wypełnione.
O zgrozo, w opisie przesłanych ofert pracy widnieje przesłanie: „Williams jest jednym z wiodących teamów w Formule 1”. Dawno i nieprawda. Nie znaczy to jednak, że nie ma szans, by negatywny trend odwrócić. W końcu nie takie historie ta dyscyplina już przeżywała.
Tobiasz Kubocz

Przeczytaj również