Oto wymiar upadku Diego Simeone. Najlepiej zarabiający trener na świecie w tarapatach. "Litania zarzutów"

Odpadnięcie z europejskich pucharów, porażka w słabym stylu w derbach Madrytu oraz kolejne ligowe kompromitacje ożywiają debatę w Atletico o tym, czy projekt Diego Simeone zmierza do końca. Gołym okiem widać, że sytuacja zaczyna wymykać mu się spod kontroli.
Madryt. Dziesięć minut po tym, jak wszystko zostało zrujnowane, Diego “Cholo” Simeone wciąż znajdował się na polu przegranej bitwy. Spojrzenie? Zagubione. Oczy? Zamglone. Stał na środku boiska Wanda Metropolitano i błądził wzrokiem. Kolejny wieczór Ligi Mistrzów z bólem, kolejne rozczarowanie “Rojiblancos”. To rozgrywki, które krzywdzą go najbardziej.
W jego pierwszych czterech sezonach rozwój “Atleti” miał być obietnicą. We wszystkich z nich drużyna wychodziła z grupy Champions League jako zwycięzca. I od razu katapultowała się do decydujących faz. Dwa finały (2014 i 2016), półfinał w 2017 i ćwierćfinał rok później. Od tamtego momentu? Same cierpienia. Atletico już nigdy nie udało się zdominować zmagań grupowych, podobnie jak nie zamierzało tego robić w obecnej edycji. Simeone był pewien, że wyjdzie z grupy dzięki ostatniemu podrywowi na Estadio do Dragao. Nie udało się, bo remis z Bayerem Leverkusen wyrzucił jego zespół za burtę LM już w piątej kolejce. Do Porto madrytczycy pojechali więc jak halloweenowe zombie. Tam też nie wygrali. Wiosną nie zagrają nawet w Lidze Europy.
Nie dali rady w zestawieniu z trzecią ekipą ligi portugalskiej, trzecią z ligi belgijskiej i 15. z niemieckiej. Zajęli zawstydzające, ostatnie miejsce. Oto wymiar upadku najlepiej zarabiającego trenera na świecie.
Litania zarzutów
Niektórzy mogą zaprotestować i słusznie stwierdzić, że gdyby nie wybitne “frajerstwo” Yannicka Carrasco, który w 99. minucie meczu z Bayerem fatalnie wykonał rzut karny, madrycki okręt dalej płynąłby po europejskich wodach. Winnych jednak potrzeba szukać tam, gdzie należy. Naprawdę niewielu trenerów otrzymało tyle pochwał za stworzenie zespołu od zera. Jednym z nich jest Simeone. Nie bez powodu. Ale sprawiedliwość wymaga, że gdy przyjmujesz zaszczyty, musisz być też pokorny w wysłuchiwaniu uwag i braniu odpowiedzialności.
Ta porażka to “zasługa” Diego. Gdy wydawało się, że Atletico zaczyna się rozwijać wraz z powrotem do systemu 4-4-2, Argentyńczyk postanowił znów zwrócić się ku 5-3-2, by grać o życie. To kolejny symptom, że nie ma planu na sezon, ani “świętego”, do którego można by było się pomodlić w potrzebie. Okazało się, że zbyteczne jest poleganie na Antoine Griezmannie, Janie Oblaku, nawet przelotne zawierzenie Joao Felixowi nie ma wielkiego sensu.
Sprawie nie przysłużył się również konflikt “Cholo” z tym ostatnim. Najdroższy transfer w historii klubu (126 milionów euro) przez wiele meczów albo nie podnosił się z ławki w ogóle, albo wchodził na ostatnich kilka/kilkanaście minut. Simeone tłumaczy, że Portugalczyk nie pracuje na tyle dużo na treningach, a i podczas gry odstaje od reszty zespołu. To prawda, z całej ekipy ma najmniej doskoków pressingowych, ale to głowa trenera w tym, aby najlepiej wykorzystać pozostałe atuty napastnika. Ten jednak zrobił z Felixa de facto piątego snajpera, upokarzając go decyzjami i besztając na konferencjach prasowych.
Sytuacja z Griezmannem, mimo że nie była wynikiem błędów i zaniechań Simeone, również nie pomogła jego prasie. Gdyby Francuz od startu sezonu grał od pierwszej minuty, a nie brał wyłącznie epizodyczne role, aby tylko nie zapłacić trochę więcej Barcelonie, być może pozycja “Atleti” wyglądałaby nieco inaczej. A pamiętajmy, że ten ewenement miał jeden ze swoich największych zgrzytów, kiedy Simeone, mający dość pytań o dziwne zmiany napastnika, insynuował na przedmeczowych spotkaniach z mediami, że wykonuje polecenia klubu. Dystansował się tym samym od “cebulowej” polityki “góry”, wręcz miało się wrażenie, że to zamieszanie powoduje u niego niesmak. A to nie służy współpracy.
To nie pierwszy kryzys
Rana po porażce jest głębsza u tych trenerów, którzy od dłuższego czasu siedzą w jednym miejscu. W tle pozostają wątpliwości dotyczące jego dalszego funkcjonowania w klubie. Nie docierają one (jeszcze) do dyrektorów, ale wewnętrzne sygnały, emitowane od początku sezonu, mówią o tym, że Simeone stracił swój niekwestionowany status. Przykład? Stadion wyraźnie przestał skandować słynne “ole, ole, ole, Cholo Simeone”, przyśpiewkę, będącą stałą ścieżką dźwiękową w ostatnich latach na Vicente Calderon, a później w początkowym okresie na Metropolitano.
Duża masa społeczna, która szanuje i czci go za to, że był głównym architektem jednego z najlepszych okresów w dziejach klubu, jeśli nie najlepszego, zwiększyła również liczbę krytyków. Bezpieczniki są wrażliwsze niż kiedykolwiek. Rzadko kiedy z trybun tak często słyszano “kocią” muzykę, wybuchało tyle gwizdów i wyrzutów pod adresem słabych występów Simeone i jego piłkarzy. W tym sezonie aż nadto pojawiały się sygnały, w których argentyński szkoleniowiec wysłuchiwał tylu skarg. Ostatnia ligowa kompromitacja w Kadyksie może jeszcze nie przelała czarę goryczy, ale postawa madrytczyków powoli zmierza ku cienkiej, czerwonej linii.
Pierwsze rany pojawiły się w sezonie pandemicznym, kiedy przed przerwą, gdy do rozegrania zostało 11 meczów, Atletico znajdowało się na szóstym miejscu za Realem Sociedad i Getafe, grając bardzo źle i będąc na równi pochyłej. Szczęśliwie skończyło się na miejscu gwarantującym Ligę Mistrzów, a w kolejnej kampanii “Atleti” zdobyło drugi tytuł ligowy za kadencji Argentyńczyka. Mistrzostwo rozwiało wszelkie wątpliwości, co do kontynuacji pracy “Cholo” w Madrycie. Jednak niespójny następny sezon i początek obecnego wywołuje te same dyskusje. Zarząd klubu wie, że trener ma wystarczająco dobry skład, by osiągnąć coś więcej niż brak rywalizacji w Europie na wiosnę i bycie dziewięć punktów za Realem Madryt w ligowej tabeli na relatywnie wczesnym etapie rozgrywek.
Byle do mundialu
Bynajmniej nie jest to coś, co martwi argentyńskiego trenera, mającego nadzieję na zmianę nastrojów na trybunach w najbliższych spotkaniach. Po spotkaniu z Leverkusen Simeone podzielił się swoją myślą z dziennikarzami:
- Pewien wielki hiszpański pisarz mawiał: nie obchodzi mnie, co o mnie sądzą. Mam to samo. Wiem, co daję i jakie korzyści ma ze mnie drużyna - oświadczył.
Czy to koniec pewnej epoki? Czy “spacer pijanego” powinien trwać dalej? Tylko Simeone to wie i, co więcej, to on powinien zdecydować, co dalej. Zasłużył na prawo o samodecydowaniu. Nie sposób teraz zgadywać, co wydarzy się za kilka miesięcy. Czy po mundialu zwolni się stanowisko selekcjonera reprezentacji Argentyny? A może wolny będzie Luis Enrique i to do niego zarząd “Rojiblancos” zwróci się z prośbą o sformowanie nowego projektu? Czy jednak “Cholo” znajdzie jakiś plan w tej kilkutygodniowej przerwie i jeszcze raz porwie swoją drużynę do zwycięskiego tańca?
Trudno na dziś powiedzieć. Jedyne, co wiemy na pewno, to to, że Atletico zawiodło i trener zawiódł. To fakty. Czy mogą one rozebrać pomnik trenera? On, im bardziej jest przepytywany o przyszłość, tym bardziej ujawnia chęci pozostania w klubie. W dobrych, zwycięskich czasach jego pragnienie kontynuowania misji nie było tak często wyrażane. To kolejny znak przejścia ze stanu boskości do śmiertelnika. Podobnie jak fakt, że coraz rzadziej bronią go zwierzchnicy. A wystarczyło, by Carrasco wykorzystał tego przeklętego karnego…