Miodowy miesiąc Solskjaera w Manchesterze United kończy się kryzysem. Związek da się jeszcze uratować?

Sezon do kosza – to słowa, których mógł użyć każdy kibic United po kolejnej rozczarowującej postawie swoich ulubieńców. Derby Manchesteru dały jasny obraz tego, jak pękają kolejne ściany w odbudowywanej, wydawałoby się, świątyni „Czerwonych Diabłów”. Nowy trener pomógł, ale tylko na chwilę. Teraz potrzeba głębszych zmian.
Ok, kibice United – na razie nie ma co panikować. Owszem, podopieczni Solskjaera nie są już tą samą siłą, jaką byli na początki wietrzenia szatni przez Norwega oraz, zgadza się, po przyjęciu „czwórki” od Barcelony, nagle piłkarze obudzili się w smutnych realiach – odpadli ze wszystkich rozgrywek, gdzie teoretycznie można było zdobyć tytuł. Tak, w tym sezonie do gabloty nie wstawi się żadnego nowego trofeum.
Przede wszystkim trzeba spojrzeć jednak na kontekst, na nieco szerszą perspektywę. Gdy z Old Trafford pogoniono Mourinho, „Czerwone Diabły” miały po 17 meczach stratę 11 punktów do pierwszej czwórki. Szanse na dołączenie do grupy „ligomistrzowej” w zasadzie można było włożyć już na półkę pod hasłem „science fiction”.
Tymczasem, mimo sporej liczby wpadek w ostatnich dwóch miesiącach, United wciąż jeszcze jest pod respiratorem, nadal istnieje szansa, na to, że pacjent trafi na rehabilitację, a kostnica (brak gry w europejskich pucharach w przyszłym sezonie) zupełnie mu nie grozi.
Kwalifikacja do Ligi Europy nie będzie sukcesem, a raczej solidnym, mocnym policzkiem dla fanów, którzy nieprzyzwyczajeni są do oglądania na ich boisku klubów pokroju Astany czy Dynama Kijów. Liga Mistrzów wprawdzie odjechała za Mourinho, ale świetny start nowej „miotły” dał nadzieję na nie całkiem stracony sezon.
Teraz, po serii siedmiu porażek w dziewięciu spotkaniach (i dwóch bardzo nieprzekonujących zwycięstwach), można śmiało powiedzieć, że miesiąc miodowy Solskjaera został doprowadzony do końca. Czas na pierwszy rachunek sumienia. Co się wydarzyło w czerwonej części Manchesteru i z nowym facetem u steru?
Moment kulminacyjny w Paryżu
W pierwszej rundzie pucharowej LM piłkarze zaliczyli jeden z najwspanialszych comebacków w historii klubu (wiadomo, który był tym najwspanialszym), wychodząc z domowej porażki 0:2 i to jeszcze dodatkowo mając w składzie liczną młodzież. Wynik poszedł w świat, ale dobrzy obserwatorzy widzieli, że w Parku Książąt „Diabły” ani nie dominowały, ani nie zachwycały.
To był pięściarz schowany za podwójną gardą, który w 12-rundowym pojedynku wyprowadził trzy nokautujące ciosy, a wszystkie uderzenia przeciwnika parował na swoje niezbyt masywne ciało. Piękny moment dla drużyny, który jednak później został zniweczony w sposób okrutny. Nastąpił zjazd.
Ligowa porażka z Arsenalem poprzedzona bardzo przykrą wtopą z Wolves w Pucharze Anglii. Solskjaer wspomniał wówczas o „atmosferze pogrzebu w szatni” i sytuacji nie zmieniła wygrana z Watfordem, bo zaraz po niej przyszła kolejna klęska z Wolverhamptonem, tym razem w lidze.
Następnie pomiędzy obiema porażkami z Barceloną, o których nie ma co się rozwodzić ze względu na jakościową przepaść, nastąpiło superszczęśliwe zwycięstwo z West Hamem, możliwe tylko dzięki skutecznym jedenastkom Paula Pogby. Wyniki na przestrzeni kilku tygodni były fatalne, ale już wcześniej pojawiały się znaki ostrzegawcze.
Co poszło nie tak?
Najkrócej pisząc, zatrważające rezultaty United to wynik kombinacji: niedoświadczenia norweskiego trenera, piłkarzy tracących formę i serii kontuzji trapiących ekipę z Old Trafford. Siłą, niezależnie od dyspozycji, od dłuższego czasu jest Paul Pogba. Kreatywna „ósemka” (całe szczęście już nie szóstka), która może w każdej chwili przechylić szalę na korzyść swojej drużyny.
Przy takim „potworze” w drugiej linii, nie trzeba wielkiej szkoleniowej myśli, by stwierdzić, że przeciw Pogbie należy zagęścić środek pola i wystawić wąską obronę. A na wąską obronę trzeba zatem postawić na dynamicznych skrzydłowych, których, no cóż, w Manchesterze brakuje.
Solskjaer także zdecydował o grze z kontrataku. Statystyki są bezwzględne. MU w starciach z takimi ekipami jak Watford, Wolves i West Ham miało posiadanie piłki w okolicach 50 proc., a nawet 42 proc.. W derbach Manchesteru było to zaledwie 38 proc., a średnio w sezonie to, uwaga, 49,7 proc. W całej kampanii 2018/19 średnio rywal utrzymywał się przy piłce częściej niż Manchester United.
Obrona jak szwajcarski ser
Mourinho był lżony, gdyż domagał się większych pieniędzy na zakup klasowego środkowego obrońcy, lustra dla Van Dijka (a, niech będzie, nawet Matipa!) z Liverpoolu, Stonesa z City czy Alderweirelda z Tottenhamu. „Przecież może rozwijać zawodników, jakich już ma!” – odzywały się zewsząd głosy krytyki. Okazuje się, że United nigdy nie potrzebowało stopera tak bardzo jak dzisiaj.
To niesamowite, ale czterech z pięciu obrońców, których Solskjaer wystawił na Barcelonę, grało w przegranym spotkaniu grupowym Ligi Mistrzów w… sezonie 2011/12. Przeciwko Bazylei.
Od tamtej pory Ashley Young został przekonwertowany na baaardzo przeciętnego wahadłowego, a jakiś cudem swoje miejsca w składzie zachowali i Chris Smalling, i Phil Jones. To systemowa katastrofa w defensywie. Jestem przekonany, że Norweg będzie chciał przemeblować tył swojej drużyny i, w przeciwieństwie do Portugalczyka, taką zgodę od zarządu pewnie otrzyma.
Poniżej: średnia strzelanych (zielona linia) i traconych (czerwona) goli przez United na przestrzeni ostatnich miesięcy:
Idąc trochę do przodu, również druga linia wymaga pewnych poprawek. „Diabły” wreszcie potrzebują stabilnego środka z trzema zawodnikami. Tu zapewne jednak wróci pomysł ustawiania Andera Herrery i Maticia jako pomocników dla czwórki z tyłu i Pogby jako w pełni wolnego kreatora do poczynań ofensywnych. Kibice wołają jednak o solidnych zmienników. I mają rację. Scott McTominay i Fred bardzo często udowadniali, że nie można na nich liczyć.
Szpital przy Matt Busby Way
Duma Manchesteru całkiem nieźle wypadła przy okazji lutowego, bezbramkowego remisu z Liverpoolem lecz przypłaciła występ przykrymi kontuzjami. Tego dnia przedwcześnie z boiska musieli opuścić Herrera, Jesse Lingard oraz Juan Mata, a powinien również i Marcus Rashord, lecz Solskjaer nie mógł już skorzystać ze zmian. Patrząc wstecz, ten moment mógł być kluczowy pod kątem dalszych rozczarowujących spotkań.
Urazy złamały kręgosłup ekipy, z którego Ole korzystał często i gęsto. Z tego kwartetu trener nie mógł skorzystać przez 12 ligowych meczów, a dodatkowo ze składu wypadali Bailly, Alexis i Matić. Wtedy udało się najlepiej dostrzec, jak nieefektywne było wcześniejsze wydawanie pieniędzy przez poprzednie szkoleniowe ekipy. Mimo wielkich nakładów – Manchester United nadal nie posiadał wystarczającej głębi, by móc powalczyć z najlepszymi.
Poniżej: liczba kontuzji w Manchesterze United na przestrzeni sezonu:
Gdzie się podziały gole?
Idziemy naprzód i natykamy się na kłopoty w ataku. Bierzemy na tapet Romelu Lukaku, który chyba gra największą „kratę” ze wszystkich ligowych napastników. Zarówno wygrana z Southamptonem, jak i ta pamiętna z PSG była możliwa tylko dzięki snajperskiemu zmysłowi Belga, który ukłuł łącznie sześć razy w ciągu trzech spotkań. Co się działo potem? Strzelecka susza. Kolejnych sześć pojedynków i bramkarze rywali ani razu nie musieli wyciągać piłek z siatki po strzałach „dziewiątki” United.
Back-upy? Anthony Martial, wyciągnięty przez Norwega z niebytu i ożywiony, nie sprawdził się zupełnie, Lingard z kolei nie do końca wyglądał, jakby był fizycznie sprawny. Rashford czasami prezentuje się fantastycznie jako osamotniony napastnik, ale bardzo dobre występy przeplata z cichymi. Na Sancheza natomiast już dawno postawiono krzyżyk. Wszystko to składa się na kiepski dorobek bramkowy, punktowy i na beznadziejne odczucia, jeśli chodzi o styl drużyny.
Poniżej: Minuty gry i wiek zawodników United w sezonie 2018/19:
Zielone światło dla operacji „20LEGEND”
Pozostaje zadać sobie pytanie: czy władze Manchesteru United postąpiły dobrze, dając legitymację Solskjaerowi w prowadzeniu tak silnego teamu przy jednoczesnym tak małym doświadczeniu? Tu zawsze będziemy mieli dwa obozy. Jedni sądzą, że mądrzej byłoby dać sprawdzić się młodemu trenerowi i o jego przyszłości zadecydować po zakończeniu sezonu. Już wiemy, że gdyby tak postąpiono, Ole raczej nie dostałby drugiego kredytu, biorąc pod uwagę rezultaty od marca.
Przyjęto jednak drugą drogę. Ustalono, że po burzliwym romansie z Jose Mourinho, Czerwone Diabły zwiążą się z następcą na dłużej. Stwierdzono, że potrzebna jest stabilizacja i myślenie długoterminowe, jak w przypadku Mauricio Pochettino, który przy sterach Tottenhamu jest już pięć lat.
Za wcześnie mówić, że Solskjaer jest skończony. Wciąż wielu kibiców jest wdzięcznych Norwegowi za sprzątnięciu bałaganu po toksycznym związku z „The Special One”. Inwestując w bohatera z Camp Nou muszą pozostać konsekwentni. To kwestia reputacji Manchesteru United, która mimo kilku chudych sezonów, wciąż jest bardzo duża. To ciągle uśpiony niedźwiedź, budzący się wolno, ale nie zapominający o tym, jak się poluje.
Tobiasz Kubocz