Lionel Messi powinien mieć mniej, Raul i Henry po jednej. Poprawiamy błędy w przyznawaniu Złotych Piłek

W erze Messiego i Cristiano Ronaldo nagroda Złotej Piłki nabrała nowego znaczenia, bo statuetki trafiały do osoby niekoniecznie zgarniającej wszystkie tytuły po kolei, ale po prostu najlepiej grającej w piłkę. Ale to także problem z dalszej przeszłości. Prezentujemy Wam katalog tych zawodników, którzy bez problemu wygraliby głosowanie, gdyby wybierający posługiwali się bardziej racjonalnymi przesłankami.
W obecnych czasach zdarza się, że drużyny sprzedające swoje gwiazdy starają się umieszczać w zapisach transferowych klauzule wedle których otrzymają dodatkowe, wielkie pieniądze, jeśli ich podopieczni zdobędą w nowych barwach piłkarski bastion indywidualizmu. Złotą Piłkę. Robił to Santos, gdy pozbywał się Neymara, robił to Real Madryt, oddając Angela Di Marię do United. To nie jest gra o „puchar pasztetowej”, tylko poważny plebiscyt o poważnych konsekwencjach.
Tym bardziej trudno zrozumieć niektóre decyzje osób odpowiedzialnych za wyłonienie najlepszego piłkarza na świecie. Znane są przypadki głosowania selekcjonerów egzotycznych reprezentacji na zawodników ze swojego kraju, promowaniu kolegów z klubu czy ogólnie niedocenianie obrońców i bramkarzy. Stworzyliśmy listę sześciu najbardziej kontrowersyjnych triumfatorów i zawodników, którzy powinni w tym okresie figurować na pierwszych miejscach. Zgadzacie się z oceną? A może dopisalibyście kogoś jeszcze?
1995: Wygrał Weah, powinien Litmanen
Jeśli w 1995 roku chodziło o to, aby nagroda trafiła do kogoś spoza Europy po raz pierwszy, to faktycznie, George Weah pasował do tego idealnie. Napastnik reprezentacji Liberii wygrał także nagrodę na najlepszego zawodnika Czarnego Kontynentu i został królem strzelców Ligi Mistrzów, m.in. dzięki niemu PSG awansowało do półfinałów europejskiego pucharu. A jednak, po prostu nie można go było uznać za piłkarza numer jeden na świecie.
Wybijał się na stadionach Champions League, ale już niekoniecznie dobrze spisywał się na krajowym podwórku. W sezonie 1994/95 zajął z PSG dopiero trzecie miejsce, z potężną stratą punktową do mistrza z Nantes, ale jego udział w walce o prymat we Francji był doprawdy bardzo skromny. Ledwie 7 goli w 34 grach to, jak na wybitnego napastnika, rezultat mocno poniżej oczekiwań. Złota Piłka? Państwo raczą nie żartować.
PSG w starciu o finał LM nie dał rady AC Milanowi, który później z kolei musiał uznać wyższość Ajaxu. Ajaxu wyposażonego w Patricka Kluiverta, Clarence’a Seedorfa, Franka Rijkaarda, Edwina Van der Sara… Co jednak ważniejsze, amsterdamczycy dysponowali wtedy znakomitą “dychą” z Finlandii - Jarim Litmanenem.
Litmanen odpowiadał za funkcjonowanie krwioobiegu zespołu, który zapewnił sobie tytuł w Eredivisie, nie notując przy tym ani jednej porażki. Wprawdzie w finale został całkowicie wyłączony dzięki doskonałej pracy Marcela Desailly’ego w roli plastra, ale i tak nieco przyczynił się do ostatecznego triumfu. W 70. minucie zluzował go Patrick Kluivert, strzelec jedynej bramki w meczu. Fin ostatecznie w plebiscycie wskoczył dopiero na najniższe miejsce na podium.
1998: Wygrał Zidane, powinien Ronaldo
Powszechnie wiadomo, że dobry występ na międzynarodowym turnieju może mieć niebagatelny wpływ na decyzję elektorów. Mundial w 1998 roku przeniósł jednak tę prawidłowość na zupełnie inny poziom. Zinedine Zidane zasadniczo zdobył Złotą Piłkę za strzelenie dwóch goli w finale imprezy. Tylko tyle i aż tyle. Umówmy się, do ostatniego meczu francuska prasa szorowała jego nazwiskiem podłogi, nie pozostawiała na nim suchej nitki, a on dawał im do tego mnóstwo argumentów.
Czerwona kartka w spotkaniu z Arabią Saudyjską, osłabienie drużyny na dwa mecze, średni wpływ na ekipę w ćwierćfinale, praktycznie żaden w półfinale i dopiero ta ultrazabójcza dyspozycja w w decydującym starciu z Brazylią. Pomijając reprezentację (wiem, trudno o to w roku mundialu) śmiało można stwierdzić, że w sezonie 1997-98 nie był nawet najlepszym graczem w Juventusie (Alessandro Del Piero!!), a co dopiero na świecie.
Paradoksalnie, ta nagroda należała się Ronaldo. „Il Fenomeno” zajął dopiero trzecie miejsce, pomimo doprowadzenia Interu do triumfu w Pucharze UEFA, rozgrywkach, które miały jeszcze w tamtym czasie spore znaczenie, i prawie zabrania scudetto Juventusowi niemalże w pojedynkę. Strzelił 24 gole we wszystkich rozgrywkach dla „Nerazzurrich”, a jego 4 trafienia wprowadziły „Canarinhos” do grande finale na Stade de France. To najlepszy piłkarz 1997 roku i pozostał nim również w kolejnych dwunastu miesiącach.
2000: Wygrał Figo, powinien Zidane
Kontrowersyjny ruch transferowy w podziale katalońsko-kastylijskim nagrodzono Złotą Piłką, co wzbudziło wiele wątpliwości i nieprzychylnych komentarzy. To prawda, grał prawdopodobnie najpiękniejszą piłkę na świecie, na pewno stał się też najdroższym graczem, ale… tak naprawdę wcale nie miał za sobą najlepszego czasu.
Wszak to był rok Zidane’a! Trudno pojąć, w jaki sposób Portugalczyk mógł zasłużyć na to wyróżnienie, nie potwierdzając przewagi nad pozostałymi kontrkandydatami podczas Euro 2000, przynajmniej w takim zakresie, jak zrobił to właśnie francuski kapitan.
Złota Piłka trafiła do rąk „Zizou” po prostu dwa lata za wcześnie. Pomimo okropnego sezonu w Juve (pięć bramek i jedna asysta w 39 meczach), jego występy na europejskim czempionacie rozświetliły turniej i przypomniały dominację Michela Platiniego w tych samych rozgrywkach 16 lat wcześniej. W roku milenijnym obecny szkoleniowiec Realu Madryt znajdował się u swojego szczytu. Jeśli w 1998 czułeś, że pomocnik próbuje odszukać siebie w składzie „Trójkolorowych”, to w kolejnym turnieju stanowił o sile drużyny pękającej od indywidualności i bohaterskich postaw.
Dla Figo z kolei rok 2000 to tylko Złota Piłka. Na boisku ciągle widział czyjeś plecy: Deportivo w La Liga, Valencii i Realu w Lidze Mistrzów, no i Francuzów na Mistrzostwach Europy.
2001: Wygrał Owen, powinien Raul
Wybór Owena należy określić tylko jednym słowem: szok. Patrząc oczami człowieka z 2020 roku, włączenie angielskiego napastnika do krótkiej listy, nawet rozważanie jego kandydatury, wydawałoby się nie na miejscu. Jego kariera powoli popadała w przeciętność jednak od 25. roku życia, co może zaciemnić obraz niezwykłego talentu, jaki się wtedy budował. Problem w tym, że Złotą Piłkę przyznaje się za osiągnięcia, nie zaś za potencjał. Tę wręczono mu na zasadzie znanej z „Misia”: na zachętę.
W tym czasie Raul został najlepszym strzelcem ligi hiszpańskiej oraz Ligi Mistrzów, a jego drużyna w pierwszych miesiącach funkcjonowania „Galacticos” w cuglach zdobyła mistrzostwo. W Lidze Mistrzów ulegli późniejszym triumfatorom z Monachium po dwóch zaciętych i spektakularnych bitwach półfinałowych.
Doprawdy, dlaczego statuetka nie stanęła w domowej gablotce Hiszpana, nie wiadomo. Istnieją sugestie, że napastnik padł ofiarą polityki głosowania. Lobby angielskich działaczy piłkarskich przeforsowało Owena, tłumacząc, że „po 22 latach czas wreszcie na Anglika”. Sportowo nie mógł się wybronić. Owszem, Liverpool wygrał trzy trofea w sezonie 2000/01, ale Michael ledwo występował w Pucharze Ligi, strzelił tylko 4 gole w Pucharze UEFA (ostatni w ćwierćfinale), a w lidze, z powodu nękających go kontuzji, zagrał tylko w 28 spotkaniach.
2004: Wygrał Szewczenko, powinien Henry
To dziwny rok dla futbolu. Porto wygrało Ligę Mistrzów, Grecy - jeszcze bardziej niespodziewanie - sięgnęli po mistrzostwo Europy, Valencia z kolei błyszczała na hiszpańskich stadionach. Nikt jednak na tyle nie oszalał, by dać Złotą Piłkę reprezentantowi którejś z tych drużyn. Co to, to nie.
Zdecydowano się na kompromisowy wybór. Andrij Szewczenko wygrał z Milanem Serie A, rzutem na taśmę został królem strzelców tych rozgrywek i… na tym moglibyśmy poprzestać. W Champions League „Rossoneri” skompromitowali się w rewanżowym meczu z Deportivo, mając zapas trzech bramek po pierwszej batalii, a Mistrzostwa Europy Ukrainiec oglądał z pozycji kanapy w swoim salonie.
Moje wezwanie do moralnego przyznania wyróżnienia Henry’emu jest uzasadnione jego kluczową rolą w drużynie „Invincibles”. Niszczył swych przeciwników nieustannie. Strzelił w tym sezonie aż 30 goli, a do 9 innych także przystawiał nogę. Niestety, o niepowodzeniu zadecydował blamaż jego reprezentacji, typowanej do obrony mistrzostwa. Istniała również presja na docenienie zawodnika z Europy Środkowo-Wschodniej (rok wcześniej wygrał Pavel Nedved). Ale czy nawet pomimo tego, Francuz nie zasłużył na wyższe niż czwarte miejsce w plebiscycie? Przed nim, prócz Szewczenki, znaleźli się Deco i Ronaldinho.
2010: Wygrał Messi, powinien Sneijder
Prawdopodobnie największa wpadka głosujących współczesnej epoki. Jeśli chodzi o to, jakie wymagania musi spełniać piłkarz, aby znaleźć się w topowej trójce każdego podobnego plebiscytu, bez problemu można wykazać, że Wesley Sneijder w 2010 zrealizował wszystkie.
Kluczowy wpływ na drużynę w zawodach klubowych: odhaczone. Wygrane trofea: odhaczone. Wysoka liczba strzelonych goli i zanotowanych asyst: odhaczone. Poprowadzenie reprezentacji przynajmniej do finału Mistrzostw Świata: odhaczone. Jest tu wszystko. Oczywiście to żaden OCZYWISTY wybór jak w przypadku Ronaldo w 1997 roku, Cannavaro w 2006 czy Messiego w większości przypadków (oprócz tego), ale jednak… dałby się bez trudu obronić.
Mówiąc wprost, Inter bez Sneijdera nie byłby tak blisko zdobycia potrójnej korony. Klub, który latem sprzedał Ibrahimovicia do Barcelony, walczył od pierwszego meczu sezonu z indolencją strzelecką, szukał kreatywności oraz pomysłu i dopiero podpisanie umowy z Holendrem pokazało, z perspektywy czasu, czego brakowało w kosztownej układance Jose Mourinho. Od tego momentu ani Inter, ani Sneijder nie oglądali się za siebie.
Najbardziej zadziwiające w skreśleniu Wesleya był fakt, że nie dotarł nawet na podium tego komicznego głosowania. Choć nikt nie wątpił w geniusz Messiego, to czy w 2010 roku Argentyńczyk miał podobny wpływ na Barcelonę i reprezentację? Jego występy na mundialu w RPA oceniane są jako „gra w kratkę”, ponieważ zamiast liderować w zespole, starał się raczej zrozumieć drużynę, nękaną dziwnymi ruchami pseudo-selekcjonera, Diego Maradony. Jeśli którąś z jego sześciu Złotych Piłek można na poważnie kwestionować, to właśnie tę sprzed dziesięciu lat.
Tobiasz Kubocz