Kontrowersje sędziowskie na bok, oddajmy Realowi to, co "Królewskie". "Udowodnili, że są najlepsi na świecie"
Nie ma już złudzeń, kto panuje zarówno w Hiszpanii, jak i w Europie. Real Madryt zapomniał o koszmarach sprzed siedmiu miesięcy i wziął “El Clasico” szturmem. Lewandowski i spółka muszą jeszcze przejść wiele przeobrażeń, by klasą zbliżyć się do mistrza.
Czuć było te “stare czasy”. Napięcia między Realem Madryt a Barceloną powróciły. No dobra, one nigdy nie zniknęły, ale na pewno nie osiągały takiego apogeum, jakie miało miejsce w erze nazwanej “Jose Mourinho kontra Pep Guardiola”. Przez ostatnie lata raz jedna, raz druga strona przeżywała kryzys. Real, po odejściu Cristiano Ronaldo, “Barca” po pożegnaniu Messiego i strukturalnych kłopotach. Ale teraz jest inaczej. Teraz wszyscy mają się dobrze. Katalończycy wrócili do życia, przynajmniej w lidze, a na jej czele stoi Xavi Hernandez, który nie tak dawno był bezpośrednio zaangażowany w te wcześniejsze, gorące, nierzadko krwawe starcia.
Do obecnej kolejki szli ze sobą łeb w łeb, ramię w ramię, w niemal perfekcyjny sposób, szybko odrywając się od reszty stawki. Wyścig o tytuł mistrzowski prawdopodobnie, niezależnie od dzisiejszego wyniku, będzie się toczył do samego końca, bo margines błędu, co pokazał Klasyk, jest stosunkowo niewielki. Jednak każde takie starcie ma kluczowe znaczenie. Daje “kopa” na kolejną część sezonu, przewagę psychologiczną, mentalną. Takiego kopa dostał Madryt.
Real Madryt był tą drużyną, którą podziwiają wszyscy kibice na świecie. Intensywny, zaangażowany, genialny z przodu i konsekwentny z tyłu. Piękny, gdy dominowali, rozważny, gdy przez pewien fragmenty gry odpuścili. Mieli oczywiście swoje “sufrimiento”, cierpienia, jak przy okazji każdego meczu. Mogli i być może nawet powinni stracić gola. Wytrzymali 80 minut na wysokich obrotach bez ran postrzałowych.
To, jak wyprowadzali bramkowe akcje, należy wykładać na wszystkich piłkarskich akademiach. Po pierwsze, Toni Kroos. Niemiec po przerwie reprezentacyjnej pokazuje, że to on, nie Luka Modrić, wskoczył na pozycję lidera środka pola “Królewskich”. Przepychanka z Sergio Busquetsem wyglądała, jakby była to potyczka o być albo nie być. Wygrywając ją właściwie mogliśmy zamknąć oczy i w ciągu sekundy wyobrazić sobie, jak Vinicius wyprowadzi Real na prowadzenie. Ostatecznie zrobił to Benzema po dobitce. Ten “Benz”, o którym już pojawiały się pierwsze głosy, że się wypalił… Zamknął usta, nie po raz pierwszy i zapewne nie po raz ostatni.
Drugi gol to wszędobylski Fede Valverde, obśmiany przez niektóre polskie media i kibiców znad Wisły, że nie zasłużył na nagrodę najlepszego piłkarza września. Dalibóg, w pełni pracuje na następną tego rodzaju statuetkę. Poszedł za akcją jak po swoje. Stał tam, gdzie powinien. I wreszcie mu siadła. Po kilku(nastu?) słupkach i poprzeczkach z poprzedniego sezonu, pechu i kiksie w finale Ligi Mistrzów, który zamienił się w asystę, w końcu prawa noga zadziałała na piłkę tak jak powinna. Trudno chyba w dzisiejszej elicie znaleźć piłkarza z większym dynamitem w nodze. A w połączeniu z jego wydolnością, techniką, boiskową inteligencją - nie ma swojego odpowiednika, nawet gdyby zajrzeć w daleką przeszłość.
Końcówka to już Real Madryt z tej najgorszej strony. Wyczekujący i popełniający błędy. Gubiący się. Oddający inicjatywę w najgorszym momencie dla wydarzeń na placu gry. Z tego właśnie wyszedł gol kontaktowy i bardzo nerwowe ruchy w samej końcówce. Wynikało to albo z poczucia nadmiernej pewności, albo już ze zmęczenia, które jak dotąd niezwykle rzadko dotykało graczy prowadzonych przez guru od przygotowania fizycznego - Antonio Pintusa. Dopiero karny i gol Rodrygo uspokoił gospodarzy.
Przechodzimy do aspektu, bez którego nie byłoby prawdziwego Klasyku. Sędziowskie kontrowersje. Były dwie. Oba związane z rzutami karnymi. Faul na Lewandowskim. Wydaje się, że był wytrącony z równowagi. Arbiter z pewnością obroniłby się dyktując jedenastkę. “Wapno” za stempel na brazylijskim napastniku Realu? Tu nie ma wątpliwości. Poza tym cała ekipa sędziowska sprawowała się jak należy. Można jeszcze ewentualnie doczepić się tego, że arbiter nie dołożył większej liczby minut do 90.
I w końcu. Robert Lewandowski. Nie była to jego najlepsza wersja, ale nie można powiedzieć, że całkowicie zawiódł. Oprócz asysty próbował niemal wszystkiego. Walczył z całą defensywą “Królewskich”, tradycyjnie schodził po piłki, rozrzucał na skrzydła. To nadal, oprócz Marca-Andre ter Stegena (akurat w tym meczu bezradny), najlepszy gracz Barcelony. Jeśli ktoś się pokusi o słabe recenzje, to niech zapyta, co grali jego koledzy? Gdzie był Raphinha? Co znowu robił przez cały mecz Ousmane Dembele? Środek pomocy bez zęba. Pedri prócz dwóch błysków w pierwszej połowy - koszmar. Podobnie jak Frenkie de Jong, ponownie zawodzący w dużym meczu. Bez Roberta Lewandowskiego mielibyśmy ligową odsłonę “Barcy”. Ale jeśli to miał być pojedynek “Lewego” z nowym zdobywcą Złotej Piłki, to Polak tę potyczkę przegrał. Z kretesem.
Real może nie komfortowo, ale w pełni zasłużenie wskakuje na fotel lidera. Kontynuuje to, co zaczął wraz z przyjściem Carlo Ancelottiego z początku ubiegłego sezonu. Włoch zbudował wielką drużynę, w której dalej drzemią nieprzebrane pokłady umiejętności, wiary, talentu. “Los Blancos” znów to udowodnili. Są po prostu najlepszą drużyną na świecie. A “Barca”? Potwierdziła swój stan. To nadal nieskończony produkt. Wersja co najwyżej alpha.