"Klątwa" Kloppa powraca po latach? To znów może nastąpić. "Koniec pewnego cyklu w Liverpoolu"
To sprawia wrażenie przerażającego fatum. Prawie dokładnie siedem lat po objęciu przez Juergena Kloppa stanowiska trenera Liverpoolu, jego magia wydaje się powoli wyparowywać. Dokładnie tak samo jak wcześniej w Mainz i Dortmundzie.
Po rozczarowującym, ubiegłotygodniowym meczu z Brighton & Hove Albion (3:3) Juergen Klopp wyglądał na nieco zagubionego. Jego Liverpool odrobił straty od 0:2 na 3:2, ale tylko po to, by sześć minut przed końcem meczu głupio stracić ostatnią bramkę.
- Chłopcy mogą grać o wiele lepiej - przyznał po wszystkim, szukając winnych. - Moim zadaniem jest stworzenie strategii, dzięki której będą dostarczać więcej goli - tłumaczył i prosił o wiarę w niego i zespół.
Ale piłkarze mu nie pomagają. Po ośmiu kolejkach Liverpool (z jednym spotkaniem mniej) tkwi w środku tabeli. Do liderującego Arsenalu, z którym zagra w niedzielne popołudnie, traci 11 punktów. Zamiast gonić tytuł mistrzowski, jak to miało miejsce w zeszłym roku, piłkarze z Anfield mogą nie dojechać nawet do pierwszej czwórki. Kryzys? W końcu i taki dopada nawet najlepszych menedżerów na świecie. U Kloppa właśnie kończy się siedmioletni cykl z jedną drużyną. I zawsze ma ten sam finał.
Zaczęło się tak samo…
Niemiec przybył do Liverpoolu w 2015 roku, kiedy “The Reds” znajdowali się blisko dna. Z kiepskim składem, serią sezonów bez trofeów i beznadziejnymi perspektywami. Klopp zarzekał się, że zapewni klubowi przynajmniej jeden tytuł mistrzowski w ciągu czterech lat. Fani byli zachwyceni, gdy ich nowy idol przekroczył własne oczekiwania. Do 2020 roku Klopp zdobył Ligę Mistrzów, Superpuchar Europy i, co najważniejsze, wygrał Premier League. Coś, na co liverpoolczycy czekali 30 lat.
Następnie jego zespół złapał pewną zadyszkę. Rozgrywki rozciągały się w nieskończoność z powodu Covidu, a do tego kluczowi piłkarze, jak Virgil van Dijk, łapali ciężkie urazy. Mały przestój nie obnażył jednak wybitnych umiejętności zarówno piłkarzy, jak i trenera. Na Anfield ruszyli pełną parą następnego lata. Triumfowali w Pucharze Anglii i Carabao Cup, w finale Ligi Mistrzów polegli nieznacznie z Realem Madryt, w Premier League do ostatniej kolejki mieli nadzieję na drugi tytuł w ciągu trzech lat. Manchester City zabrał im mistrzostwo rzutem na taśmę.
Teraz Klopp wszedł w swój siódmy sezon w Liverpoolu, a jego początek wygląda bardziej niż niepokojąco. Latem niemiecki menedżer stracił Sadio Mane, który powędrował do Bayernu. Jego docelowy następca, nowy nabytek Darwin Nunez, ma problem z dostosowaniem się do wymagań angielskiego potentata. Do tego liderzy drużyny sprawiają wrażenie, jakby ich czas w tym środowisku zmierzał ku końcowi. Daleko jeszcze do całkowitej rozsypki, ale wnikliwi obserwatorzy mogliby powiedzieć: zaraz, gdzieś to już widzieliśmy wcześniej. I mieliby rację.
Tam usłyszał o nim świat
Klątwa Kloppa rozpoczęła się w Mainz, jego pierwszym miejscu pracy. Niemiec rozwijał tam swoje umiejętności taktyczne i interpersonalne. Przybył z misją uratowania ekipy z Moguncji przed spadkiem do trzeciej ligi. Już po zaledwie ośmiu tygodniach działalności obecnego trenera Liverpoolu pozycja Mainz stała się bezpieczna. Klopp zmieniał tam koncepcyjne myślenie, po cichu zrewolucjonizował futbol. Jako pierwszy trener w Niemczech sformował czteroosobowy blok defensywny bez typowego “libero”. Zespół z Moguncji posiadał jeden z najmniejszych budżetów w 2. Bundeslidze, żaden z zawodników nie grzeszył przesadnym talentem, ale na ławce już wtedy siedział wybitny fachowiec.
Dwukrotnie koło nosa przeszedł mu awans do Bundesligi: raz zabrakło jednego punktu, a raz… jednego gola. Wtedy zapowiedział przed 10 tys. widzów na własnym stadionie, że “udowodnią, że można wstać po takim bólu”. Historia wreszcie została napisana w sezonie 2003/04. Ludzie w Moguncji wyszli na ulice, świętując awans. Opowieść jak z Football Managera. Skromny budżet, najmniejszy stadion, za to łebski gość od robienia niemożliwego.
W dwóch pierwszych kampaniach Klopp bez problemu utrzymał zespół, zajmując dwa razy 11. miejsce. Co więcej, dzięki dodatkowemu przydziałowi z puli Fair-Play Mainz mogło zadebiutować nawet w europejskich pucharach. I choć ta przygoda trwała bardzo krótko (porażka w Pucharze UEFA w 1. rundzie z późniejszym triumfatorem, Sevillą), to trudno by było opisać satysfakcję sympatyków z Moguncji. Krach przyszedł wraz z siódmym sezonem. Po ostatnim domowym meczu w 2007 roku i spadku z Bundesligi Klopp wziął mikrofon do ręki i zaczął przemowę. Żaden z kibiców nie opuścił stadionu.
- Wrócimy. Bez dwóch zdań. Nasze miejsce jest tutaj - krzyczał na cały obiekt.
Nie spełnił obietnicy. Odszedł do Borussii Dortmund.
Stawianie na swoich
W Dortmundzie złota era rozpoczęła się wraz z dwoma mistrzostwami Niemiec, triumfem w krajowym pucharze i zapewnieniem sobie miejsca w finale Ligi Mistrzów. BVB potrafiła przeciwstawić się budowanej na wielkich pieniądzach potędze w Monachium. Mówiło się, że po wielkim ekonomicznym kryzysie ekipa z Westfalii zbuduje własną legendę. Umysłowi Kloppa miał pomagać zdrowy rozwój zespołu, porządek, talenty i polskie “trio”, z którego jednak w 2014 roku wyłamał się Robert Lewandowski.
Dokładnie w sezonie, gdy “Lewy” przeniósł się do Bayernu, czyli w siódmym roku “panowania” Kloppa, “Schwarzgelben” zanotowali największą klapę w najnowszej historii klubu. Porażka za porażką. Ostatnie miejsce w tabeli po rundzie jesiennej. Nad Dortmundem krążyło widmo degradacji. Gdy wiosną wszystko wróciło na właściwe tory, a drużyna ponownie zaczęła wygrywać, trener zapowiedział swoje odejście.
- Wybrałem ten czas, aby to ogłosić, ponieważ w ostatnich latach niektóre decyzje piłkarzy były podejmowane późno i nie dostałem czasu na reakcję - mówił gorzko, nawiązując do odejścia Mario Goetzego oraz Lewandowskiego.
W metodyce pracy w Borussii i Liverpoolu można zauważyć pewne podobieństwa. Z kilkoma wyjątkami pierwsza jedenastka “The Reds” prawie nie zmieniła się od lat. Odchodzą tylko zawodnicy, którzy, jak Sadio Mane, chcą spróbować nowych wyzwań, niekoniecznie wypychani czy niepotrzebni. Zarówno w Liverpoolu, jak i Dortmundzie trzon zespołu nie zmieniał się od lat, trener miał i ma swoich faworytów, a na transfery porywał się, zwłaszcza na początku, rzadko i zazwyczaj zmuszany przez okoliczności (np. z powodu plagi kontuzji). Odświeżanie składu było pozorne, nowe nabytki często trafiały na ławkę rezerwowych i nie wpływały na postawę zespołu.
Grupa “zajechanych”
Podczas katastrofalnego sezonu w BVB wielokrotnie krytykowano jego piłkarzy, którzy co mecz wyglądali na wyczerpanych, wyeksploatowanych do granic możliwości. Żartowano, że tacy gracze jak Kevin Grosskreutz, Nuri Sahin i Shinji Kagawa mogli zrobić karierę tylko dlatego, że spotkali na swojej drodze fachowca ze Stuttgartu, który wycisnął z nich 200% piłkarskich możliwości. Gdy Klopp odszedł, ich kariera spadała z klifu.
To samo można powiedzieć o przykładach z Anfield Road. Imponujące jest to, w jaki sposób pod okiem Niemca rozwinęli się poszczególni piłkarze, uważani przed jego przyjściem za przeciętniaków. James Milner i Jordan Henderson przez wiele lat należeli do pierwszych generałów u Kloppa, stanowili o sile drużyny. Ale nie widać, by ich służba miała się zakończyć. Nadal są poddawani ciężkim próbom, intensywności, presji ze strony szkoleniowca i fanów. Rockandrollowa forma futbolu Kloppa wymaga niezwykłej siły fizycznej i mentalnej. Niektórzy uważają, że 55-latek “zajeżdża” swoich podopiecznych, a to prędzej czy później odbije się na wynikach.
- Gracze Liverpoolu są na granicy swoich możliwości już od pięciu lub sześciu lat - powiedział niedawno zasłużony zawodnik Liverpoolu i obecny ekspert, Jamie Carragher.
Czy to oznacza koniec pewnego cyklu? Początek traumy, kryzys wyników? Niekoniecznie. Przede wszystkim Klopp jest najlepszą rzeczą, jaka przytrafiła się Liverpoolowi od dłuższego czasu. To stary wyjadacz, specjalista w wypełnianiu luki od marnej przeszłości do budowania nowoczesnej potęgi piłkarskiej. Jego dziedzictwo może być ustawione tak, by żyło długo po jego odejściu. Ciężko na to pracował. Ale, hej, może zostanie dłużej niż siedem lat. To człowiek z dobrze rozbudowanym instynktem samozachowawczym, na pewno zdaje sobie sprawę, gdy coś wymyka mu się z rąk. Potrafi wyciągać wnioski, także z tych “pechowych” siódmych sezonów. Jeśli będzie chciał wyjść z klątwy, z pewnością znajdzie na to jakiś sposób. Jak zawsze.