"Finezji zero, polotu jeszcze mniej". Niewiele jakości i pozytywów. "Dzień świstaka" z reprezentacją Polski
Daleko od inauguracji marzeń, ale dobrze, że uniknęliśmy klęski. Jeśli celem Czesława Michniewicza była nie walka o komplet oczek, a brak kompromitacji w meczu otwarcia, to został on osiągnięty. Tylko jakim kosztem?
I tak nastał dzień dzisiejszy. Czekaliśmy na niego. Pełni obaw, ale też z jakąś nadzieją, zmąconą nieco po nieprzekonującej wygranej z Chile przed wylotem do Kataru. Podeszliśmy do tej inauguracji z wiarą, że można. Skoro kilka godzin wcześniej Arabii Saudyjskiej wyszedł mecz, który będzie się wspominało w tym kraju przez dziesięciolecia, Jeśli Tunezja potrafiła powstrzymać rewelację ostatniego Euro? W czym mielibyśmy być gorsi? W końcu Meksyk to żadna Argentyna, żadna Dania.
Teoria a rzeczywistość
90 minut przed pierwszym gwizdkiem dostaliśmy składy. Na papierze bardzo ofensywnie. Zgodnie z przewidywaniami z czterema obrońcami oraz z pięcioma graczami, których kojarzymy raczej z ich talentami do gry do przodu. Z szybkimi skrzydłowymi. Całkiem logicznie. Górujemy przecież nad rywalem pod względem warunków fizycznych, przydaliby się więc piłkarze, którzy pociągną po linii, będą siać ferment w bocznych rejonach boiska, dorzucą na głowę.
Michniewicz postawił m.in. na asymetryczność skrzydeł. Dynamiczny i doskonały technicznie Nicola Zalewski miał łamać akcje i próbować strzałów prawą nogą, a prawonożny Kuba Kamiński powinien celować w dośrodkowaniach. Generalnie selekcjoner bardzo zważał na balans całej jedenastki, nie koncentrując się jedynie na wybranych elementach. Tak mówił przed spotkaniem:
- Nie tylko kontrataki, nie tylko stałe fragmenty gry. Zamierzamy też grać piłką. Jesteśmy przygotowani na wszystkie warianty - przekonywał.
I tak. Były kontry, czasami stwarzaliśmy zagrożenie przy rożnych i wolnych, ale kombinacyjnej gry… jak na lekarstwo. Gdy Meksykanie oddawali futbolówkę brakowało jakiejś koncepcji, pomysłów, co dalej z nią zrobić. Stąd częste utraty posiadania, kilka prób posłania długich piłek przez Grzegorza Krychowiaka. Jedno zejście Lewandowskiego i wypuszczenie “Kamyka” i tyle. Oczy krwawiły. Niech podsumowaniem tylko pierwszej połowy będzie fakt, że “Biało-czerwoni” mieli trzy kontakty w polu karnym rywala. Trzy. Nie na to czekaliśmy, nie tak powinny wyglądać mistrzostwa świata w wykonaniu Polaków.
Dramat kapitana
I jeszcze ten nieszczęsny karny. Czy można winić Lewandowskiego? Strzelił soczyście, przy słupku, Guillermo Ochoa, niczym meksykański lucho libre, efektownie ochronił swój zespół od straty gola. Spodziewaliśmy się, że lider i kapitan da nam nie tylko prowadzenie, ale też spokój na późniejsze minuty. Tymczasem przyniósł jedynie paliwo dla Meksykanów. Na całe szczęście “Szczena” i koledzy z formacji obronnej nie dopuścił do zapłonu.
Druga sprawa to taka, że i przeciwnicy rozczarowali. W pierwszych 30 minutach praktycznie oddali pole, ale widząc, że piłkarze Michniewicza nie zamierzają w ogóle narzucać tempa, odważniej poszli do przodu. Ale bez konkretnych efektów. O dziwo, Meksykanie prezentowali się tak, jak powinni Polacy. Rozciągając grę, wykorzystując skrajnych napastników, posyłając krosy. Jakby zapominali, że w polu karnym nie mieli większych szans na wygrywanie pojedynków główkowych, pod warunkiem, że “Biało-czerwoni” nie gubili swoich pozycji.
Z każdą minutą zaś docenialiśmy pracę Polaków w defensywie. Dyspozycję formacji, której obawialiśmy się najbardziej. Przeglądając ustawienie i nazwiska gołym okiem potrafiliśmy znaleźć potencjalne słabe ogniwa. Bartosz Bereszyński gra na lewej obronie tylko w reprezentacji i niezłe występy przeplata ze złymi albo bardzo złymi. Dziś dostał odpowiedzialną rolę powstrzymania Hirvinga Lozano, zdecydowanie najjaśniejszej gwiazdy kadry rywali. Ale też walczył z drugim skrzydłowym Vegą. Wygrywał pojedynki z obydwoma. Praktycznie bezbłędny.
Drżeliśmy jeszcze o Grzegorza Krychowiaka. Z kilku powodów. Brak rytmu meczowego, niepewna forma oraz skłonność do “wylewów” w niezwykle istotnych meczach drużyny narodowej. Tym razem niczego nie zepsuł, ale też nie dał nic z przodu, nawet gdy opuścił pozycję defensywnego pomocnika. Co trzeba oddać, każdemu odpowiedzialnemu za “tyły” nie można niczego zarzucić. Gracze “El Tri” nie stworzyli ani jednej klarownej sytuacji.
Obroną zdobywa się mistrzostwa, a poszczególne mecze wygrywa się atakiem. Jak tu śnić o triumfie, gdy nie ma się czym straszyć? Samym Lewandowskim ofiarnie walczącym w “szesnastce” nie sposób zrobić krzywdy. Jak na teoretycznie ofensywny skład wystawiony przez selekcjonera z przodu niewiele było widać jakości. Finezji zero. Polotu jeszcze mniej. To też kolejne kamyczki do ogródka dla Piotra Zielińskiego i jego lobbystów.
Ponownie trudno jest być dumnym z reprezentacji Polski. Turniejowe koszmary wróciły i można czuć się jak w “Dniu Świstaka”. Gdzieś to już widziałeś, masz też wrażenie, że wiesz, jak to się wszystko skończy. I że bynajmniej nie będzie to happy end. Przed nami dwa finały. Niezwykle trudne spotkania. A na optymizm na razie nie ma się co silić. Dobrze chociaż, że zostaliśmy z tym jednym punktem.