Czekał na stabilny projekt, wziął najbardziej chaotyczny. "Z nim Everton może iść na wojnę"

Z perspektywy Franka Lamparda ten projekt wygląda atrakcyjnie. Everton to nadal jeden z największych klubów w Premier League mimo 27-letniej posuchy w zdobywaniu trofeów. Niezależnie jednak od potencjału w szatni, możliwościach transferowych i wielkiej bazy kibiców, zatrudnienie się w tym zespole to wejście w obszar zagrożony. A Lampard akurat szybko potrzebuje sukcesów.
Frank Lampard pozostawał bez pracy od czasu zwolnienia przez Chelsea 12 miesięcy temu. Jest zachwycony wyzwaniem, jakie czeka go na Goodison Park po tym, jak zgodził się poprowadzić drużynę do wojny o przetrwanie w Premier League, zastępując wyrzuconego i znienawidzonego Rafę Beniteza. Wcześniej, podczas rocznej przerwy od trenowania, były znakomity piłkarz był brany pod uwagę przez Crystal Palace, Aston Villę oraz Norwich. Nigdzie się jednak nie pojawił. Postanowił, że przejmie ekipę ustabilizowaną, z jasnym zarządzaniem. Ale czas mijał, a on dłużej nie mógł czekać. Wziął projekt najmniej wdzięczny. Z ciężkim balastem.
W sam wir kłopotów
Mija 20 lat od kiedy Everton powołał Davida Moyesa na stanowisko menedżera “The Toffees”. Zupełnie inne czasy dla piłki. Z tak przyziemnych spraw jak zmiana trenera w ekipie, która nie jest nawet najlepsza w swoim mieście, nie robiono większej wrzawy. Szkot mógł przyjechać pod obiekt niezauważony. Podczas konferencji prasowej rzucił kilka sloganów, wyświechtanych zwrotów o “wielkości” klubu, nie przejmując się komentarzami w mediach społecznościowych, o których jeszcze nikt nawet nie marzył. I ten przaśny Moyes do dzisiaj jest wzorem. Od tamtej pory nie było na Goodison lepszego fachowca. Stworzył drużynę dzielnie walczącą z bogatymi dzieciakami, nierzadko je przewyższał. To se ne vrati.
Evertonians nie oczekują cudu. Nie wierzą już nikomu, kto obiecuje gruszki na wierzbie, wskoczenia do TOP4 w ciągu kilku sezonów, wspaniałych transferów i wyników ponad stan. Chcą tego, co było kiedyś. Drużyny wiarygodnej, skromnej, konkurencyjnej, a przede wszystkim ambitnej. Większościowy właściciel klubu, Farhad Moshiri, postanowił wyjść naprzeciw oczekiwaniom. Kompromitująco długo szukał zastępstwa dla Rafy Beniteza, mówiło się o Fabio Cannavaro, Vitorze Pereirze, rozważał także ponowne wystawienie strażaka Duncana Fergusona, ale w ostatniej chwili zwrócił się ku Lampardowi. To facet, który do wszystkiego doszedł własną pracą, a przezwyciężanie trudności ma we krwi.
Jednocześnie nie sposób uniknąć myśli, że to będzie najtrudniejszy i arcyważny etap jego szkoleniowej drogi. To na Goodison dowiemy się, czy były reprezentant Anglii może jeszcze zrobić karierę jako trener, czy czeka go już jedynie droga w dół. Atrament ledwo wysechł na nowym kontrakcie, a już teraz zwraca się uwagę na problemy, masowo pojawiające się na horyzoncie.
Braki w szatni, wakaty w sztabie
Zapomnijmy na razie o jakiejkolwiek długoterminowej wizji, zmianach strukturalnych czy filozofii. Lampard rzuca jedynie koło ratunkowe. To akcja reanimacyjna. Sześć lat złego zarządzania, beznadziejnej wręcz polityki transferowej i nielogicznego podejmowania decyzji (głównie przez właściciela) doprowadziło Everton na skraj przepaści. Zespół nie poczuł smaku relegacji od ponad 70 lat, ale w obecnej sytuacji może nawet być skazany na przynajmniej roczny pobyt w Championship. Everton przegrał dziesięć z 13 spotkań w Premier League, przez co osuwa się niechybnie w kierunku strefy spadkowej.
Frank wchodzi do klubu, w którym nie ma dyrektora sportowego, planisty, kogoś zorientowanego, jak ma wyglądać zespół nie tylko na drugą rundę ligową, ale na przyszły sezon czy w perspektywie kilku(nastu) lat. Nie ma również osoby odpowiedzialnej za scouting, dyrektora ds. rekrutacji oraz głównego fizjoterapeuty. Wszyscy odeszli w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Skłóceni z zarządem.
Za to odnajdzie tu wielu aktorów, odgrywających własne spektakle, niekoniecznie zbieżne z interesami Evertonu. Od szarej eminencji Kia Joorabchiana, kontrowersyjnego agenta piłkarskiego, który już wystarczająco krwi napsuł fanom Arsenalu, a teraz wyciska ostatnie soki z “The Toffees”, poprzez Alishera Usmanowa, oligarchicznego partnera biznesowego Moshiriego, aż do samego Moshiriego, tracącego powoli kontrolę nad klubem. Chaos to najbardziej delikatne słowo, jakie można użyć w odniesieniu do tego, co dzieje się na Goodison Park.
Lampard przede wszystkim zastanie nieuporządkowaną kadrę. Najbardziej kreatywny obrońca Lucas Digne, do niedawna jedna z największych gwiazd, nie dogadał się z Benitezem i został sprzedany do Aston Villi na kilka dni przed zwolnieniem Hiszpana. Głównymi atutami Evertonu i największą nadzieją na wydostanie się z niebezpieczeństwa są Richarlison oraz Dominic Calvert-Lewin w ataku, choć obaj mają za sobą kampanię pełną kontuzji i od czasu powrotu do gry nie są w stanie podnieść poziomu drużyny. Ciężar odpowiedzialności za wyniki musieli wziąć w tym czasie Demarai Gray oraz doświadczony Andros Townsend.
Za nimi wciąż panuje nieporządek w środku pola. Allan i Abdoulaye Doucoure nie potrafią współpracować, a ewentualni zastępcy Tom Davies i Fabian Delph są wykluczeni przynajmniej do marca ze względu na kontuzje. Tu szybka interwencja nowego menedżera może okazać się kluczowa. Jednym z pierwszych zadań Lamparda była pomoc przy sprowadzeniu Donny’ego van de Beeka na zasadzie wypożyczenia. Holender na Old Trafford okazał się zbędny, a wiele wskazuje na to, że w zespole “Toffees” będzie niezwykle pożądany. Drugą osobą od kreacji ma być Dele Alli, ściągnięty w ostatniej chwili z Tottenhamu. Z tą dwójką oraz ze skrzydłowym Anwarem El Ghazim wypożyczonym z “The Villans” wydaje się, że z nimi oraz Lampardem Everton może iść już na wojnę.
Zawód w Londynie
Sam “Lamps” pewnie ciągle byłby hołdowanym coachem Chelsea, gdyby coś nie posypało się na przełomie roku 2020 i 2021. Panowała pełna zgoda co do tego, że po przybyciu na Stamford Bridge w czasie zakazu transferowego zbudował zespół na młodych filarach. To za jego czasów “urośli” Mason Mount i Reece James. Rozwijając nową, atrakcyjną drużynę, Lampard wykonywał przyzwoitą pracę. Mało brakowało, a święta 2020 spędziłby na czele tabeli Premier League, tymczasem już miesiąc później Chelsea zajmowała ósme miejsce, a Anglik znajdował się pod obstrzałem nie tylko mediów, ale też i swoich wcześniejszych adoratorów. Odszedł z najgorszą średnią punktów na mecz (1,67) spośród wszystkich menedżerów Chelsea w Premier League.
To prawda. Zespół pod jego wodzą grał w jakimś stopniu ekscytujący futbol, dawno nie widziany na Stamford, ale jednocześnie brakowało stabilności w obronie. Gdy Frank zorientował się, w czym tkwi rzecz, otrzymał wypowiedzenie. Zabrakło czasu na wdrożenie planu naprawczego, na wyciągnięcie wniosków. To realia największych klubów na świecie i niecierpliwych prezesów, właścicieli. Lampard jeszcze się uczy, jednak poprzednie prace, jakie wykonał dla Derby oraz Chelsea, wskazywały na to, że mamy do czynienia z obiecującym fachowcem, który jednak musi poprawić się w kilku obszarach.
Żaden menedżer w krótkim czasie nie ma szans naprawić fundamentalnych błędów z przeszłości, ale Lampard może przywrócić nadzieję niezadowolonym kibicom Evertonu. Jeśli uda się przezwyciężyć problemy z kłopotliwą władzą, przekonać zirytowane trybuny Goodison do siebie, to granie w niebieskich barwach stanie się w końcu dla każdego piłkarza natchnieniem, a nie jak dotąd utrapieniem.
Szczęścia, Frank, będziesz tego potrzebować.