Z takim rywalem Legia jeszcze nie grała. Podzielone miasto i powiew nadziei. W tle była gwiazda Ekstraklasy

Z takim rywalem Legia jeszcze nie grała. Podzielone miasto i powiew nadziei. W tle była gwiazda Ekstraklasy
Gareth Evans/News Images/SIPA USA/PressFocus
Bośniacki futbol potrafił dotąd odnieść sukces w piłce reprezentacyjnej, ale tamtejsze kluby raczej dołowały. Zmieniło się to dopiero na początku tego sezonu, kiedy Zrinjski Mostar awansował do fazy grupowej Ligi Konferencji. Ale mimo tego sukcesu nawet we własnym mieście wielu kibiców wciąż go po prostu nienawidzi.
Mostar to turystyczne miasto i jedna z perełek Bośni i Hercegowiny. Obecnie, szczególnie w okresie letnim, zasypany jest turystami z całego świata, którzy zabijają się o zdjęcie słynnego Starego Mostu nad rzeką Neretwą. Wojna, która toczyła się również na tych terenach w latach 1992-1995, dokonała jednak trwałego podziału społeczeństwa. W tym konflikcie zginęło w sumie sto tysięcy ludzi i choć od tego czasu trwa odbudowa wzajemnych relacji, w poszczególnych sferach życia codziennego wychodzi to z różnym skutkiem. Podział ten nadal jest na pewno widoczny w przypadku futbolu, co niestety świetnie pokazuje przykład dwóch klubów z Mostaru - Zrinjskiego i Velezu.
Dalsza część tekstu pod wideo
Pod wieloma względami można by powiedzieć, że oba te zespoły od ponad wieku żyją w dwóch innych rzeczywistościach. Jeden przez kilkadziesiąt lat był szykanowany i nie mógł legalnie prowadzić swojej działalności. Drugiemu po wojnie odebrano stadion, który został zajęty przez największego rywala zza miedzy. To dlatego właśnie Derby Mostaru są uznawane za jedne z najciekawszych, ale też najniebezpieczniejszych w Europie. To Zrinjski jest jednak dzisiaj wizytówką bośniackiego futbolu. I to mimo tego, że sam pewnie najchętniej wolałby być średniakiem w lidze chorwackiej.

Piłkarze wyklęci

Podpisany pod koniec 1995 roku Układ w Dayton oficjalnie zakończył wojnę w Bośni i Hercegowinie, ale pozostawił na jej terenie trzy podzielone narody - Chorwatów, Bośniaków i Serbów. Chociaż w 2003 roku zdecydowano się na wprowadzenie mieszanych klas w szkołach, kraj i tak wciąż jest podzielony, choć ta wrogość na co dzień już zdecydowanie nie jest tak widoczna. Bardziej odbija się to właśnie podczas rywalizacji sportowej, co świetnie widać w Mostarze, w którym zachodni brzeg Neretwy zamieszkują Chorwaci, a wschodni - Bośniacy. Pierwsi założyli Zrinjskiego, drugi Velez.
Historia Zrinjskiego sięga 1905 roku, kiedy to Chorwat, znany w lokalnej społeczności jako Profesor Kustreb, postanowił stworzyć klub piłkarski, by ten zaczął promować chorwacką kulturę. W jego herbie od początku znajduje się więc charakterystyczna chorwacka szachownica, przez którą klub już kilkukrotnie był usuwany z rozgrywek ligowych. Do tych incydentów dochodziło kolejno w latach 20. i 30. oraz po II wojnie światowej, kiedy to władze Jugosławii zdecydowały się zlikwidować Zrinjskiego ze względu na powiązania z chorwackimi grupami faszystowskimi w trakcie wojny.
To właśnie w tym czasie w mieście wzrosła pozycja założonego w 1922 w środowisku robotniczym Velezu. Podczas gdy Zrinjski w II połowie XX wieku nie mógł bowiem formalnie funkcjonować, Velez odnosił wtedy swoje największe sukcesy i był jednym z najbardziej utytułowanych klubów w Jugosławii. W sezonie 1974/1975 dotarł nawet do ćwierćfinału Pucharu UEFA. W pewnym momencie współczynnik tego zespołu w rankingu klubowym był wyższy nawet od Manchesteru United.

Do konfliktu niewiele trzeba

Zrinjski został ponownie powołany do życia w 1992 roku, czyli na początku wojny domowej. Zajął wtedy położony w zachodniej części miasta Stadion pod Bijelim brijegom, czyli historyczny obiekt Velezu, czego kibice tego drugiego do dzisiaj zresztą nie potrafią wybaczyć. Rozgrywki piłkarskie w Bośni i Hercegowinie pozostały z kolei w zawieszeniu do 1994. Wówczas Velez wziął udział w inauguracyjnym sezonie ligi bośniackiej. Zrinjski musiał zadowolić się występami w meczach towarzyskich rozgrywanymi zagranicą oraz udziałem w lidze dla chorwackich zespołów funkcjonujących w kraju na podobnych zasadach. Ostatecznie czwartkowy rywal Legii Warszawa dołączył do ligi bośniackiej w 2000 roku.
W tym samym roku Zrinsjki i Velez rozegrali też pierwsze od pół wieku spotkanie derbowe, które oficjalnie zostało potraktowane jako mecz towarzyski. Zakończył się on remisem 2:2. W sumie dotychczas doszło do 65 potyczek pomiędzy obiema ekipami. Lepszy bilans ma Zrinjski, który wygrał 36 meczów. Velez triumfował natomiast w 20 spotkaniach, a dziewięć razy padał remis.
Derbowego ducha widać w całym mieście. Szczególnie w okresie poprzedzającym ten mecz, na murach pojawiają się swastyki i inne symbole odwołujące się do Ustaszy, chorwackiego ruch ultranacjonalistycznego, który sprawował władzę nad Chorwacją w czasie II wojny światowej. W ostatnich latach grupy ultrasów dopuszczały się też innych haniebnych czynów, jak choćby profanacji grobów poległych w wojnie domowej. Choć obecnie relacje między mieszkańcami Mostaru są poprawne, na trybunach momentami jest naprawdę gorąco.
- Mimo wszystko, wydaje się, że w bośniackiej rzeczywistości piłkarskiej wszyscy nauczyli się żyć z innymi i te mieszane uczucia nie są aż tak eksponowane. Jeśli chodzi o historię okołosportową klubu czy to, co miało miejsce podczas ostatniej wojny, ten antagonizm w moim odczuciu nie ma sensu. Wiemy jednak doskonale, że piłce od zawsze towarzyszyły emocje czy też prowokacje. A akurat w przypadku całej Bośni i Hercegowiny niewiele potrzeba, by wytknąć rywalowi jego przeszłość czy rodowód - mówi w rozmowie z nami Jan Chodziński z “Piłkarskich Bałkanów”.

Kluczowa reforma

Jeśli chodzi o kwestie stricte piłkarskie, to w minionych latach znacznie lepiej radzi sobie Zrinjski. Podczas gdy Velez przez ostatnią dekadę tylko raz stawał na ligowym podium i zdarzyło mu się spędzić nawet cztery lata poza najwyższą klasą rozgrywkową, Zrinjski z roku na rok stawał się coraz mocniejszy. W analogicznym okresie sięgnął aż sześciokrotnie po mistrzostwo kraju, w sumie ma ich już na koncie osiem. W zeszłym sezonie był o krok od napisania historii i awansu do grupy Ligi Konferencji, ale odpadł po karnych ze Slovanem Bratysława. Na ten niezwykły sukces i udział pierwszej bośniackiej drużyny w fazie grupowej europejskich pucharów musieliśmy ostatecznie więc poczekać do tego roku.
- To oczywiście spore osiągnięcie, ale ten awans jest w głównej mierze "zasługą" reformy i utworzenia kolejnych rozgrywek. Myślę, że bez tego byłoby po prostu ciężko. Słaba infrastruktura, niskie wynagrodzenia, silna konkurencja w regionie czy też siatka układów przez lata nie stwarzały warunków do budowania zespołu na europejskim poziomie. Przez to niewielu tutejszych piłkarzy miało czy ma obycie na europejskich boiskach. W wielu też przypadkach brakowało po prostu szczęścia w eliminacjach, a zdarzały się niestety również wpadki z jeszcze teoretycznie słabszymi zespołami. Piłka w Bośni i Hercegowinie jest bardzo popularna i dała nam wielu piłkarzy, ale jednak w większości opuszczali oni rodzimą ligę w miarę szybko - tłumaczy Chodziński.
Często dochodzi jednak do ruchów w przeciwnym kierunku i piłkarze z lepszej ligi trafiają w ramach wypożyczeń właśnie do Zrinjskiego. Przez naturalnie bliższe relacje z Chorwatami, często byli i są to gracze z tamtejszej ligi. To właśnie na takiej zasadzie w 2003 roku do Zrinjskiego wypożyczony został młodziutki Luka Modrić z Dinama Zagrzeb. Późniejszy zdobywca Złotej Piłki strzelił wówczas osiem goli i został uhonorowany nagrodą dla najlepszego piłkarza ligi.

Oni przykuwają uwagę

Aktualny skład Zrinjskiego to wciąż spora mieszanka Bośniaków (14) i Chorwatów (18). Do tego wszystkiego w kadrze znajduje się jeszcze jeden Serb oraz Izraelczyk. Co jednak nie powinno zbytnio dziwić w przypadku mieszkańców tego regionu, aż 14 zawodników może pochwalić się podwójnym obywatelstwem. Wśród tej grupy jest choćby znany z boisk Ekstraklasy Zvonimir Kożulj. Pieczę nad piłkarzami sprawuje chorwacki szkoleniowiec Krunoslav Rendulić, który zespół przejął w listopadzie ubiegłego roku po tym, jak Bośniak Sergej Jakirović trafił do… chorwackiej Rijeki. Jak widać, ten mezalians pomiędzy dwoma sąsiadami w przypadku Zrinjskiego obecny jest tak naprawdę cały czas.
- Wśród kluczowych piłkarzy wskazałby Nemanję Bilbiję. To kapitan i wielokrotny król strzelców ligi bośniackiej. Kilka lat temu widziałbym tego zawodnika w Polsce, jednak ze względu na wiek z sezonu na sezon ta wizja się oddalała. Bardzo doświadczony, potrafi odnaleźć się przy bramce rywala. To on jest także naturalnie tym, który odpowiada za zdobywanie bramek. Bramkarz Marko Marić również zalicza solidne występy i daje dużo pewności swoim obrońcom. Jest też wreszcie Stipe Radicia. To jeszcze młody zawodnik, który prezentuje dobry lub jak na bośniackie warunki ponadprzeciętny poziom - dodaje nasz rozmówca.
Ta paka na arenie krajowej od dwóch lat nie ma sobie równych, a w minionym sezonie po raz pierwszy w swojej historii Zrinjski sięgnął też po podwójną koronę. Teraz do tego wszystkiego doszły sukcesy w europejskich pucharach. Najpierw były kolejne udane, zakończone już tym razem awansem eliminacje, a potem wejście “z buta” do fazy grupowej Ligi Konferencji. Choć drużyna z Mostaru przegrywała z AZ Alkmaar już 0:3, zdołała odrobić straty z nawiązką i wygrać 4:3. Z kolei w drugim meczu w Birmingham mistrz Bośni i Hercegowiny do końca walczył o punkt, a gola na wagę zwycięstwa Aston Villa strzeliła dopiero w 94. minucie.
- Jeżeli miałbym trochę zażartować, to bym powiedział, że to przez bliskość do morza i Chorwacji tak dobrze im idzie w Mostarze. Myślę, że kluczowy jest tu zrównoważony skład. Doświadczenie, młodość oraz ambitni gracze, którzy wrócili lub “odbili się” od zagranicznych klubów. Na tle rywali ligowych w tym wszystkim można doszukiwać się jakiegoś długofalowego pomysłu na konstrukcję drużyny. Nie ma spektakularnych zmian właściciela, nie ma transferów na jedną rundę czy sezon lub z myślą, by sprzedać zawodnika za granicę - uważa Chodziński.

Najważniejsze cechy

Niewykluczone jednak, że już niedługo po zawodników Zrinjskiego ustawią się zagraniczne ekipy. Wydawało się, że klub z Mostaru trafił do grupy, w której będzie tylko takim nieco egzotycznym dodatkiem, chłopcem do bicia. Tymczasem jest zupełnie inaczej i dziś nikt nie traktuje go jako potencjalnej czerwonej latarni w tej rywalizacji. Oczywiście, wcześniej w Zrinjskim mieli nieco szczęścia w losowaniu, w III rundzie eliminacji Ligi Europy trafili na islandzki Breidablik, którego pokonanie zapewniło im grę na jesień w pucharach. Niemniej, szczęście jest bardzo małą składową sukcesu tego zespołu.
- Tak jak w przypadku innych bałkańskich zespołów mówimy tu o czynnikach, których czasem próżno szukać wśród naszych drużyn. Chodzi mi o wolę walki i zaangażowanie. Dodatkowo wydaje się, że bardzo mocno piłkarze Zrinjskiego uwierzyli w siebie, a atmosfera na stadionie nie sparaliżuje ich. Przed piłkarzami Legii stoi nie lada wyzwanie. Jeśli Zrinjski wyjdzie z tej grupy, to będę zaskoczony, ale z pewnością sam udział w pucharach to święto dla mającej wiele problemów bośniackiej piłki. Jeśli nie popadną w jakiś wielki samozachwyt i dobrze wykorzystają moment, to możemy spodziewać się klubu z Mostaru w kolejnych latach w Europie na jesień - podsumowuje Chodziński.
Po dwóch kolejkach w grupie E Ligi Konferencji wszystkie zespoły mają po trzy punkty i de facto to Zrinjski, mając na swoim koncie tyle samo strzelonych goli co AZ, współlideruje wraz z Holendrami w tabeli. Zespół z Alkmaar na własnej skórze przeżył to, co może wydarzyć się na stadionie w Mostarze. Dzisiaj przed tym samym wyzwaniem staje Legia Warszawa. Początek tego spotkania o 21.

Przeczytaj również