Wyprzedził epokę i zarobił na tym fortunę. "Wilk z Andaluzji" to wzór dla dyrektorów sportowych

Nie trzeba raczej nikogo przekonywać, że w większości piłkarskich klubów najbardziej rozchwytywanymi osobami są czołowi zawodnicy, często ci, którzy po prostu zdobywają najwięcej bramek. Okazjonalnie, twarzami danych projektów są także charyzmatyczni trenerzy, o których czasami mówi się nawet więcej, niż o ich podopiecznych. Sevilla to jednak prawdziwy ewenement na skalę światową, ponieważ w klubowej hierarchii andaluzyjskiej ekipy najważniejszy nie jest dany zawodnik czy trener, ale dyrektor sportowy, Ramon Rodriguez Verdejo, znany całemu światu jako Monchi. Cudotwórca z Estadio Sanchez Pizjuan.
Hiszpan może z ręką na sercu przyznać, że Sevilla jest klubem jego życia. Monchi zdobywał szlify w szkółce “Los Nervionenses”, a następnie ugruntował swoją pozycję w pierwszej drużynie. Jego kariera sportowa nie była jednak pasmem jakichkolwiek indywidualnych osiągnięć, ponieważ przez większość czasu Monchi wcielał się w rolę rezerwowego bramkarza.
Zakończenie niezbyt udanej kariery sportowej przez Hiszpana zbiegło się w czasie z ogromnym kryzysem Sevilli, która na przełomie wieków spadła nawet do Segunda Division. W składzie klubu z Sanchez Pizjuan brakowało jakości, niemal co roku dochodziło do zmian na stanowisku prezesa, a budżet klubu nie należał do najwyższych. Andaluzyjskiemu pandemonium postanowił zaradzić nie kto inny, ale właśnie Monchi.
Wirtuozi na peryferiach
Hiszpan został dyrektorem sportowym, a jego zadaniem miało być dbanie o jakość nowych nabytków Sevilli oraz rozwój klubowej akademii. Monchi otrzymał do dyspozycji pewną sumę pieniędzy, ale zamiast szaleć na rynku transferowym, zdecydowano, że najrozsądniejszą opcją będzie inwestycja w sieć skautingu.
Monchi celował w podbój rynków, które w pierwszych latach XXI w. nie były zbyt popularne, jeśli chodzi o świat europejskiej piłki. Hiszpan wysyłał swoich łowców talentów głównie do Ameryki Południowej oraz Afryki, aby tam poszukiwali nowych diamentów gotowych do oszlifowania.
Tamtejsze rynki mogły zapewnić jakość i to w niezwykle okazyjnych cenach. Na temat każdego gracza przesyłano raport, aby nieopatrznie nie ominąć uzdolnionego zawodnika. Nie skreślono nawet Carlosa Bacci, który do dwudziestego roku zarabiał na życie łowiąc ryby i dorabiając jako kierowca autobusu. Kolumbijczyk odwdzięczył się Sevilli, a przede wszystkim Monchiemu 49 bramkami i kilkoma trofeami.
Obserwowano setki zawodników, ponieważ kluczem było możliwie jak najskuteczniejsze poszerzenie bazy danych piłkarzy, których selekcjonowano dopiero, gdy trener żądał konkretnego wzmocnienia. Monchi zresztą niejednokrotnie zaznaczał, że podstawową funkcją dyrektora sportowego jest spełnianie życzeń szkoleniowców.
Gdy Joaquin Caparros wystosował prośbę o dynamicznego wahadłowego, silnego defensywnego pomocnika lub zwrotnego napastnika, Monchi już miał gotową listę kandydatów. I tak oto w pierwszych latach jego pracy do Andaluzji trafili m.in. Dani Alves, Frederic Kanoute czy Seydou Keita. A to tylko kropla w morzu udanych transakcji hiszpańskiego dyrektora sportowego.
Tanio kupić, drożej sprzedać
W obecnych realiach niemal wszystkie topowe kluby inwestują ogromne sumy w intensywną filtrację rynków na każdym kontynencie, jednak 15-20 lat temu rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej:
- Gdy znaleźliśmy Daniego Alvesa podczas Mistrzostw Świata do lat 20 w 2003 roku w całym departamencie było nas tylko dwóch, na mundial pojechała jedna osoba. Ostatni mundial U-20 obserwowali za to skauci z ponad 60 klubów. To nowa rzeczywistość - komentował sam Monchi.
Udane łowy na rynku transferowym szły w parze z rozwojem szkółki, która w krótkim odstępie czasu wydała na świat takich zawodników, jak Sergio Ramos czy Jesus Navas. Na obu adeptach andaluzyjskiej szkółki Sevilla zarobiła ok. 50 mln euro. Horrendalne jak na tamte czasy kwoty były efektem zaufania, którym obdarzano niedoświadczonych zawodników. Caparros, a następnie Juande Ramos i Manolo Jimenez odważnie stawiali na nowe perełki, które okazywały się błyszczeć w biało-czerwonych barwach.
Modus operandi Monchiego zakładał pozyskanie zawodnika, owocną grę dla Sevilli przez 2-3 sezony i sprzedaż z kolosalnym zyskiem. Alvesa kupionego za 0,5 mln sprzedano za 40 mln, Adriano, Rakitić i Aleix Vidal kosztowali Sevillę mniej, niż 10 mln euro, a Barcelona na wszystkich trzech wydała łącznie 50 mln. Na Grzegorzu Krychowiaku uzyskano ponad 500% zysku.
Sevillę podczas pierwszej kadencji Monchiego spokojnie można było nazwać krainą trofeami i pieniędzmi płynącą. Każde okienko transferowe przynosiło ogromny zysk, a poziom sportowy “Los Nervionenses” błyszczał. Za czasów Monchiego do klubowej gabloty dołożono dwa Puchary Króla, dwa Puchary UEFA, trzy Ligi Europy oraz jeden Superpuchar UEFA.
Nieudana emigracja
Po 17 latach pracy w roli dyrektora sportowego Sevilli Monchi poczuł, że musi zmienić otoczenie. Hiszpan już w 2016 r. chciał złożyć dymisję, jednak włodarze andaluzyjskiej ekipy odrzucili wniosek Monchiego. Były bramkarz polubownie opuścił klub dopiero rok później, aby udać się w podróż do Wiecznego Miasta.
AS Roma wydawała się ciekawym klubem do prowadzenia przez Monchiego. O usługi Hiszpana zabiegały takie potęgi, jak Barcelona czy Real, aczkolwiek 52-latek wiedział, że presja w tych drużynach będzie zbyt duża, aby móc wprowadzać nieznanych dotąd szerszej publiczności zawodników.
Niestety, czas pokazał, że model pracy Monchiego nie zawsze musi odnosić sukcesy. Pracując jeszcze na Estadio Sanchez Pizjuan dyrektor sportowy nieraz borykał się z odejściem największych gwiazd, które jednak były szybko zastąpione przez nowe nabytki. W Rzymie sukcesja nie przebiegła pomyślnie, a luki po dotychczasowych filarach w postaci Nainggolana, Salaha czy Alissona nie zostały załatane.
W szeregi “Giallorossich” trafiło multum absolutnie przeciętnych zawodników, którzy na boisku tworzyli niezgraną zbieraninę, zamiast dobrze poukładanego kolektywu. Młodzi gracze jak Kluivert czy Orsic nie zdołali w krótkim czasie podnieść swojej wartości, a weterani z Pastore i N’Zonzim na czele zaczęli pikować w dół. Jednym z niewielu udanych ruchów Monchiego było pozyskanie za 4,5 mln euro zjawiskowego Nicolo Zaniolo.
Odnowiona Roma notowała niezadowalające wyniki w lidze, a czarę goryczy przelała ubiegłoroczna klęska w Lidze Mistrzów. “Wilki” pożegnały się z europejskimi pucharami już na etapie 1/8 finału, gdy rywalami rzymian było FC Porto. Za ten blamaż głowami zapłacili trener, Eusebio di Francesco oraz sam Monchi.
Sevilla 2.0
Bezrobotny Hiszpan wrócił do ojczyzny, gdzie pomocną dłoń wyciągnęli “Los Nervionenses”. W trakcie dwóch lat rozłąki zarówno Monchi, jak i włodarze Sevilli spostrzegli, że tylko pracując razem mogą święcić triumfy. Działając w pojedynkę obie strony ceniowały.
Nauczony przykrymi doświadczeniami z Romy Monchi wiedział, że sama filtracja młodocianych talentów nie wystarczy. Dynamiczny rozwój piłki sprawił, że nawet klub pokroju Sevilli musiał dołączyć do transferowego wyścigu zbrojeń, wydając bajońskie sumy.
Żadnego z wydanych latem milionów nie można jednak żałować, ponieważ jakość składu Sevilli wzrosła kilkukrotnie. Sprowadzony za 15 mln euro Lucas Ocampos jest najlepszym strzelcem w drużynie Lopeteguiego, wypożyczony z Realu Sergio Reguilon plasuje się w czołówce klubowych asystentów, a na uwagę zasługują także młodziutcy Jules Kounde i Maximilian Wober.
Sevilla bez Monchiego ani razu nie zajęła miejsca w TOP4, a dziś Andaluzyjczycy znajdują się za niedoścignioną dwójką - Barceloną i Realem. Odświeżony skład dobrze radzi sobie także na arenie europejskiej, gdzie, gdyby nie koronawirus, już dziś doszłoby do starcia Sevilli z... Romą. Ryzyko rozprzestrzeniania się choroby zablokowało możliwość rozegrania derbów Monchiego.
I chociaż w stolicy Włoch raczej mało który fan “Wilków” dobrze wspomina kadencję Hiszpana, każdy wie, że Monchi to bezsprzecznie najlepszy dyrektor sportowy na świecie. Nieudana przygoda w Wiecznym Mieście skłoniła Hiszpana do kilku refleksji, z których wyciągnął natychmiastowe wnioski. Obecny skład Sevilli jest dowodem na to, że Monchi wciąż ma smykałkę do interesów oraz budowania czegoś z niczego. Hiszpan to po prostu futbolowy Angus MacGyver.
Mateusz Jankowski