Wisła Kraków ma spory problem. I to podwójny. "Powinno być pięć, jest zero"
Ostatni raz w oficjalnym meczu Wisły Kraków trafił do siatki jeszcze w listopadzie. Łukasz Zwoliński musi jak najszybciej odzyskać formę, bo przynajmniej w najbliższych dniach, a może nawet tygodniach, nie wyręczy go kontuzjowany obecnie Angel Rodado.
Przygoda Łukasza Zwolińskiego z Wisłą Kraków to jak na razie spora sinusoida. Duże oczekiwania już na starcie, potem falstart, przebudzenie w wielkim stylu, a ostatnio znów pogłębiający się kryzys. 32-letni napastnik w koszulce “Białej Gwiazdy” gra póki co seriami. Czas najwyższy, by przedłużającą się niemoc ponownie zamienił na passę udanych występów.
Od ściany do ściany
Zwoliński w pierwszych 11 meczach po przenosinach pod Wawel strzelił tylko jednego gola, ale potem solidnie się rozkręcił. W drugiej części rundy jesiennej był już zdecydowanie najjaśniejszym punktem w ofensywie Wisły, przyćmiewając nawet samego Angela Rodado. Grał nie tylko efektywnie, ale też efektownie. Złapał luz, strzelał z każdej pozycji, ratował drużynie punkty. Na zimową przerwę udawał się z bilansem 10 bramek i pięciu asyst. Wstydu zatem nie było.
Apetyty kibiców 32-latek podkręcił też w trakcie zimowej przerwy, bo w sparingach spisywał się świetnie. W sześciu meczach kontrolnych strzelił aż siedem goli. Wydawało się zatem, że oddech od oficjalnych występów absolutnie nie wybił go z rytmu, a może nawet pozwolił wejść na jeszcze wyższe obroty.
Mamy natomiast już kwiecień, a Zwoliński nadal czeka na pierwszego gola czy asystę w rundzie wiosennej. Gra praktycznie od deski do deski, dostaje duży kredyt zaufania, ale w żadnym z sześciu ostatnich spotkań nie miał bezpośredniego udziału przy jakimkolwiek trafieniu Wisły. Nawet mimo tego, że “Biała Gwiazda” w tym okresie karciła rywali aż 11 razy.
Jeśli do wspomnianego okresu posuchy doliczymy jeszcze trzy ostatnie mecze 2024 roku, bo w nich Zwoliński także nie strzelał i nie asystował, otrzymamy już łącznie dziewięć spotkań bez jakiejkolwiek zdobyczy. To ponad 740 minut. W tym czasie wspomniany Rodado, grający w tym duecie napastników nieco niżej, strzelił sześć goli, a na listę strzelców wpisywali się nawet trzej środkowi obrońcy - Mariusz Kutwa, Alan Uryga i Wiktor Biedrzycki.
Zawodzi skuteczność
Zwoliński nie jest oczywiście w grze Wisły całkowicie bezwartościowy, bo też nie warto sprowadzać jego zadań wyłącznie do strzelania goli. 32-latek potrafi utrzymać się przy piłce, wygrać pojedynek, wywalczyć stały fragment, a bywa i tak, że z asyst “okradają” go koledzy. Choćby w miniony weekend napastnik “Białej Gwiazdy” kapitalnie wywalczył piłkę i zagrał do Rodado, ale ten po krótkim rajdzie przegrał pojedynek oko w oko z bramkarzem Kotwicy Kołobrzeg.
Głównym problemem Zwolińskiego wydaje się w tym momencie po prostu skuteczność. Dochodzi on do sytuacji, które pewnie jeszcze kilka miesięcy temu wykorzystywałby z zamkniętymi oczami. Teraz natomiast, jakby mniej pewny siebie, marnuje okazję za okazją. W ostatnim spotkaniu miał kapitalną szansę, by pokonać golkipera rywali strzałem głową, ale nie wykorzystał idealnego dogrania Freda Duarte. Niedługo później, choć ostatecznie i tak arbiter dopatrzył się spalonego, “Zwolak” zmarnował też szansę sam na sam z Koziołem.
W kilku wcześniejszych meczach wyglądało to dość podobnie. W starciu z Miedzią napastnik Wisły także nie przycelował dobrze w idealnej wydawało się sytuacji, a i w spotkaniach z Arką Gdynia, Górnikiem Łęczna czy Zniczem Pruszków nie wykorzystywał naprawdę dobrych szans. Nawet kiedy “Biała Gwiazda” pokonała Ruch Chorzów aż 5:0, jej najbardziej wysunięty napastnik nie potrafił się przełamać.
Jak na X zauważył Tobiasz Pacholski, Zwoliński na wiosnę oddał już 32 strzały, a żadnego z nich nie potrafił zamienić na gola, choć jego xG (współczynnik goli oczekiwanych) wyniósł w tym okresie… 4,91. Według tych wyliczeń snajper Wisły powinien zatem zgromadzić w tej rundzie już pięć trafień. Nie zgromadził żadnego.
Ulubiony rywal? Jagiellonia
Kiedy Zwoliński w końcu się przełamie? W najbliższym czasie powinien mieć sporo okazji, bo Wisła rozpoczyna prawdziwy maraton meczów. Już w środowy wieczór powalczy z Jagiellonią o Superpuchar Polski, a potem na przestrzeni ośmiu dni rozegra aż trzy ligowe mecze.
Co ważne, także z perspektywy Zwolińskiego, przynajmniej w jednym, a być może i kilku kolejnych spotkaniach, nie zagra drugi z napastników - Angel Rodado. Hiszpan nabawił się bowiem kontuzji barku, która na pewno wyłączy go z gry w dwóch najbliższych meczach, a zakładając najbardziej czarny scenariusz, czyli konieczną operację, nie pozwoli zagrać mu już w tym sezonie.
Odpowiedzialność za ofensywne poczynania zespołu w jeszcze większym stopniu spada więc teraz na będącego w wyraźnym kryzysie Zwolińskiego. Kto jednak wie, czy on, osamotniony w ataku, na tym nie... zyska. Jesienią, gdy błyszczał formą, Rodado był co prawda u jego boku, ale miał wtedy słabszy okres. Póki co wygląda to zatem trochę tak, jakby zawsze jeden przyćmiewał drugiego. Rzadko obaj potrafią zagrać na równie wysokim poziomie. To na pewno martwi sympatyków Wisły, bo taki duet, w wysokiej dyspozycji, w realiach pierwszoligowych mógłby być po prostu nie do zatrzymania.
Być może Zwoliński, który długie lata spędził w polskiej Ekstraklasie, przełamie się w meczu z rywalem, z którym w swojej karierze bardzo lubił grać. W 17 meczach przeciwko Jagiellonii strzelił do tej pory aż 10 goli i zanotował trzy asysty. Co ciekawe, przeciwko żadnej innej drużynie nie trafiał do siatki aż tak często. To, co zdecydowanie potwierdzają liczby, jego “ulubiony” przeciwnik.