To był świetny pomysł UEFA. Federacja wreszcie zasługuje na uznanie. "Ten projekt to szansa dla Ekstraklasy"

To był świetny pomysł UEFA. Federacja wreszcie zasługuje na uznanie. "Ten projekt to szansa dla Ekstraklasy"
Ziga Zupan / Press Focus
Przed zbliżającymi się półfinałami Ligi Konferencji można śmiało powiedzieć - najmłodszy pucharowy twór pod szyldem UEFA to sukces organizacyjny i sportowy. Dlaczego kwestionowane przez wielu rozgrywki są potrzebne piłkarskiej Europie? I czemu właśnie w takim formacie?
UEFA od lat mocno pracuje nad pozycją europejskich pucharów. Zmiany w formule Ligi Mistrzów, próby powstrzymania projektów takich jak Superliga, czy też wdrażanie nowych reguł do rozgrywek, np. rezygnacja z promowania bramek wyjazdowych - oto niektóre z pomysłów. O europejskiej centrali trudno mówić ciepło i zachwycać się jej działalnością, ale kilka ostatnich ruchów trzeba po prostu obiektywnie pochwalić. Jednym z nich jest utworzenie Ligi Konferencji, czyli rozgrywek nietraktowanych z początku poważnie.
Dalsza część tekstu pod wideo
Po co komu kolejny puchar? Jak pomieścić dodatkowe rozgrywki w kalendarzu? Kto to w ogóle będzie oglądał? Przed startem roboczego projektu “Liga Europy 2” znaków zapytania było sporo, ale koniec końców UEFA może odtrąbić sukces. Liga Konferencji to format, który ma prawo się podobać. I przy okazji przyniósł korzyści wszystkim, choć nie jest też tak, że nie ma miejsca na poprawki.

Więcej drużyn, szerszy zasięg

Idea stworzenia trzeciego europejskiego pucharu była prosta i w pewnym sensie szlachetna. Do rywalizacji miały przystąpić mniejsze kluby, często z federacji pozbawionych do tej pory realnej szansy na grę w Europie. Rozkładając wszystko na czynniki pierwsze nie wyglądało to jednak tak kolorowo. Liga Europy została obcięta z 48 do 32 drużyn w fazie grupowej, nowy projekt także zakładał 32 miejsca w grupach. Pojawiło się zatem 16 nowych miejsc. Tylko i aż. Patrząc na ilość chętnych “do wykarmienia” - bez rewelacji. Ale do całego przedsięwzięcia UEFA podeszła dość rozsądnie (poniższy screen za "transfermarkt.pl")
LKE tabela 28.04
transfermarkt
Przede wszystkim format mocno promuje zespoły z lig, które według współczynnika UEFA zajmują miejsca 16-50. Takie federacje w eliminacjach do LKE mają trzy zespoły. Najmocniejsze ligi otrzymały tylko jedno miejsce. Pozwoliło to zwiększyć minimalną liczbę reprezentowanych krajów w fazach grupowych wszystkich pucharów.
Z jednej strony maluczcy mogli narzekać, że oddaje im się “puchar pocieszenia”, a zabiera szansę np. na grę w Lidze Europy. Z drugiej - kiedy Austria, Norwegia, Serbia czy Azerbejdżan miały ostatnio szansę oglądać swoje zespoły na wiosnę w Europie w jednym sezonie? Do tego w fazie grupowej pojawiły się zespoły z Estonii, Armenii czy Gibraltaru (!). Nawet 48-zespołowa Liga Europy raczej nie pozwoliłaby na taką różnorodność. Co zresztą historia tych rozgrywek potwierdza.

Więcej rynków, większa kasa

Oczywiście UEFA nie stała się nagle instytucją charytatywną. Za taką konstrukcją LKE stoi chęć dodatkowego zarobku z mniejszych rynków. O ile Liga Mistrzów cieszy się zainteresowaniem odbiorców na całym świecie, o tyle Liga Europy - przynajmniej na etapie grup - interesowała przede wszystkim fanów konkretnych zespołów.
Trudno było zatem dotrzeć do miejsc, które swoich reprezentantów w LE nie miały. Teraz? Estonia mogła oglądać w akcji Florę Tallin na tle Partizana czy Gentu, a w Słowenii mecz Mury z Tottenhamem był pewnie bardziej elektryzujący dla fanów, niż pojedynki Legii z Napoli. Koszula bliższa ciału, a za tym idą realne zyski. I to zresztą nie odnosi się wyłącznie do mniejszych ekip, czego przykładem może być Roma.
Nie bez przyczyny zresztą zdecydowano o tym, że LE i LKE będą grały w czwartki. UEFA nie traktowała obu pucharów jako tworów mających o widza zaciekle walczyć, ale raczej jako uzupełnienie oferty w krajach o mniejszym potencjale klubowej piłki. Przy okazji podzieliła się częścią tortu, bo na występach w LKE można nieźle zarobić.
Już za pierwszą rundę eliminacji do zgarnięcia było 150 tys. euro. Za drugą 350 tys. euro, trzecią 550 tys. euro, czwartą 750 tys. euro. W meczach grupowych sytuacja wyglądała jeszcze lepiej. Sam awans to blisko 3 mln euro, remis w meczu grupowym kolejne 166 tys. euro, a wygrana 500 tys. euro. W fazie pucharowej kasa jest jeszcze większa. Półfinaliści dostaną 2 mln euro, awans do finału to 3 mln euro. Za wygranie LKE premia wynosi 5 mln euro. Jeśli pozbierać to w całość, wychodzą naprawdę niezłe kwoty.
Dla mniejszych ekip to zatem szansa sportowa - rywalizacji w meczach o stawkę z drużynami, które reprezentują podobny poziom, a do tej pory nie miały okazji się zmierzyć. Ponadto można liczyć na zastrzyk gotówki do klubowej kasy, a zawodnicy na wypromowanie się na europejskiej arenie. Czysty zysk dla wszystkich. Włącznie z kibicami, którzy mają szansę zobaczyć ukochane zespoły na wielkiej scenie. Nawet jeśli to tylko support do gwiazd grających w Champions League.

Format skrojony pod możliwości

Sam pomysł trzeciego, europejskiego pucharu nie budził tylu wątpliwości, co pomysł na skopiowanie wzorca już istniejącego. Bardziej sentymentalni kibice liczyli choćby na powrót idei Pucharu Zdobywców Pucharów, lub stworzenie czegoś zupełnie innego, innowacyjnego. Trzeba jednak powiedzieć sobie wprost - prostota w tym przypadku okazała się kluczem.
PZP w obecnych czasach nie bardzo ma rację bytu. No bo jak zorganizować puchar, którego większość “beneficjentów” zaangażowana jest w inne rozgrywki pod szyldem UEFA? Czołowe kluby urządziłyby bojkot rozgrywek, lub posłały do gry głębokie rezerwy. Zrzucanie miejsca na kolejny zespół z drabince krajowego pucharu? W tym sezonie w Anglii trzeba by cofnąć się do półfinału - i to wciąż dość komfortowa sytuacja, bo często kluczowe mecze FA Cup rozgrywa między sobą ścisła czołówka. Efekt? Puchar grany rezerwowymi, lub złożony z drużyn… które ze “zdobywcą (krajowego) pucharu” mają niewiele wspólnego.
Druga opcja to “coś innowacyjnego”. Pytanie tylko co? Znając zapędy światowych władz piłkarskich, i tu obok UEFA można przywołać też FIFA, powstałby piłkarski potworek. Dlatego pójście utartym już szlakiem, wykorzystanie stworzonego już systemu klasyfikacji poszczególnych lig, jest systemem najbardziej przejrzystym i uczciwym. Choć nie sposób odrzucić myślenie, że UEFA zostawiła sobie furtkę do tego, aby koniec końców uczynić z decydujących meczów walkę gigantów, nawet w pucharze teoretycznie stworzonym dla klubów z peryferii wielkiego futbolu.

Puchar (nie) dla małych

W półfinałach LKE zmierzą się Roma z Leicester, a także Feyenoord z Marsylią. Jakby na to nie spojrzeć, zespoły z czołowych europejskich lig. I można naginać rzeczywistość twierdząc, że Roma w tym momencie nie jest zamieszana w grę o Scudetto, Leicester to zespół przeciętny jak na warunki Premier League, Marsylia wyraźnie odstaje we Francji od PSG, a Feyenoord to niższa półka niż Ajax czy PSV w sprzeciętniałej na tle większych lig Eredivisie.
Będzie to jednak zakłamywanie rzeczywistości. Tak naprawdę mamy tu kluby z lig nr 1, 3, 5 i 7 w Europie. Do promocji federacji z miejsc 16-50 zatem bardzo daleko. Patrząc zresztą na półfinałowe pary wspominanej już nieco wcześniej Ligi Europy, można odnieść wrażenie, że gdyby zamieszać w tym kociołku, to potencjał drużyn jest na zbliżonym poziomie i gdyby zamienić je miejscami nikt się nie zorientuje. O triumf w LE zagrają przecież West Ham, RB Lipsk, Eintracht Frankfurt i Rangers.
Co zatem z szansą dla małych? Zniknęły wraz z odpadnięciem w ćwierćfinale LKE Bodo/Glimt, czy nawet PAOK-u oraz Slavii Praga. Jest metoda kija i marchewki, jest uchylanie drzwi do przedsionka raju dla słabszych, ale koniec końców do stołu siadają tylko grube ryby. To zarówno atut, jak i przekleństwo tych rozgrywek.
W końcu Marsylia i Leicester to tak naprawdę “spadkowicze” z Ligi Europy, czyli pucharu dla zespołów co najmniej średniej kategorii. O Romie i Feyenoordzie także trudno rozpisywać się w kategorii kopciuszków. Reguły gry były jednak klarowne i nikt nie powinien mieć o nie pretensji. Patrząc na to zestawienie trochę śmiesznie wygląda - poza kwestiami finansowymi - kwestia bonusu za triumf w LKE, którym jest miejsce w Lidze Europy. Żadna to nagroda dla Marsylii, która walczy o Ligę Mistrzów. Roma do LE ma spore szanse awansować przez krajowe rozgrywki, podobnie jak Feyenoord. W nieco innej sytuacji jest Leicester, ale to oczywiste przy silnej Premier League.
To jednak jedyny mankament LKE. Z drugiej strony wygrana jednej z topowych marek może tylko nakręcić zainteresowanie rozgrywkami, co nie jest bez znaczenia na przyszłość. No i powiedzmy sobie szczerze, kogo choć trochę nie kręci perspektywa walki w finale europejskiego pucharu Romy z Marsylią, czy Feyenoordu z Leicester? To wielkie marki, ale pewnie nie mające zbyt wielkich szans na grę w finale Ligi Mistrzów.
Jeśli potraktujemy LKE jako pewne przedłużenie Ligi Europy, do tego docenimy fakt, że mniejsze kluby mają w końcu jakiekolwiek pole do rywalizacji - chociażby jesienią - to projekt ten zasługuje na uznanie. I może być też zalążkiem budowania rankingu dla takich lig jak rodzima Ekstraklasa. Pod warunkiem, że polskie kluby zakwalifikują się choćby do fazy grupowej, bo w premierowej edycji ta sztuka się nie udała.

Przeczytaj również