To będzie najdroższy obrońca w historii. Idealnie pasuje do świata Pepa Guardioli
Najlepsze kluby świata sypią złotem za środkowych pomocników w typie Declana Rice’a i Jude’a Bellinghama, ale zaraz potem towarem luksusowym jest środkowy obrońca z dominującą lewą nogą. Pep Guardiola już wie: od roku jak sęp krążył nad Josko Gvardiolem, a teraz zostało mu tylko krzyknąć ”Here we go”. Manchester City dokłada kolejny puzzel i będzie jeszcze mocniejszy.
Harry Maguire może powoli zrywać etykietkę najdroższego obrońcy świata. Transfer Gvardiola z Lipska do Premier League od początku szykowany był jako ten, który dokona przetasowania. Chorwat ma dopiero 21 lat, ale mógłby grać wszędzie, bo chciał go i Real, i Liverpool, a w tle migotały też Chelsea i Juventus. Manchester City pukał do niego ostatniego lata, a po mundialu w grudniu zaczął wręcz kopać, z każdym kolejnym miesiącem nakręcając obsesję.
W tym momencie jest już naprawdę blisko. Lipsk twardo negocjuje i sprawnie liczy, bo na Nkunku i Szoboszlaiu zarobił 130 mln euro, a zaraz dorzuci minimum kolejną stówkę. City z kolei pokazuje, że ma plan na każdą pogodę, umiejętnie wyprzedza konkurencję, a przede wszystkim sprawnie łata dziury. Odejście Ilkaya Guendogana szybko przykrył transferem Mateo Kovacicia, a teraz za Aymerica Laporte’a wskoczy Gvardiol, co jest ogromnym zyskiem, bo przecież ten pierwszy w poprzednim sezonie pełnił rolę marginalną.
Białe kruki futbolu
Był taki moment trzy lata temu, gdy Laporte robił za oczko w głowie Pepa. Zaraz na początku sezonu 2020/21 wracał po pięciu miesiącach kontuzji, a trener City wygłosił wykład na konferencji prasowej po meczu z Sheffield United, jak zmienia się styl gry drużyny, gdy ma do dyspozycji środkowego obrońcę grającego lewą nogą. Taki piłkarz inaczej wyprowadza piłkę i dynamizuje akcję. Podaje pod innym kątem, o czym zresztą często opowiada też Mikel Arteta. Bask, gdy przychodził do Arsenalu, poprosił o lewonożnych Pablo Mariego i Gabriela. Określił ich jako ”otwierających boisko”, co z czasem stało się standardem. Najlepsi chcą mieć ten komfort na obu flankach.
Rynek już się do tego dopasował. Mówi się, że średnio co piąty piłkarz ma dominującą lewą nogę, więc popyt rzadko współgra z podażą. Wiedział o tym Ajax Amsterdam, gdy rok temu targował się z Manchesterem United w sprawie Lisandro Martineza. Argentyńczyk był w wąskiej grupie ludzi wyjątkowo poszukiwanych, więc trzeba było kilkanaście milionów dorzucić. Podobnie było z Jakubem Kiwiorem w Arsenalu, Svenem Botmanem w Newcastle i Nayefem Aguerdem w West Hamie. Cała trójka nie tylko dobrze czuje się z piłką przy nodze, ale przede wszystkim gra lewą nogą i daje inne opcje drużynie. Erik Ten Hag do tego stopnia zwraca na to uwagę, że gdy po mundialu wypadł mu Martinez, to wyjątkowo przesunął do środka obrony Luke’a Shawa. Nie chciał korzystać z prawonożnego Maguire’a.
Opcja idealna
W tym momencie nie ma od tego odwrotu. Każdy kolejny sezon od rozgrywek 2015/2016 coraz pokazuje większy udział w grze obrońców. Najlepsi budują akcje od bramkarza, dominują krótkie podania, więc trzeba mieć do tego odpowiednich ludzi. Giorgio Chiellini miał rację, gdy pięć lat temu mówił w ”Marce”, że Pep Guardiola zrujnował całe pokolenie włoskich obrońców. Że system nie promuje już tylko tych, którzy umieją kryć. Trzeba posuwać akcje albo po prostu robić jedno i drugie. Właśnie tak grają dziś piłkarze najlepiej wyceniani przez rynek. Jeśli do tego mają lewą nogę jak Alessandro Bastoni (Inter) albo Pau Torres (Villarreal), to tym lepiej dla klubów, które sprzedają. Ten ostatni zresztą też był na liście Guardioli jako opcja nr 2 w przypadku muru w sprawie Gvardiola.
To, że City za chwilę dopnie ten transfer, będzie ogromnym sukcesem dyrektora Txikiego Begiristaina. Gvardiol jest idealnym piłkarzem do systemu zarówno z trójką, jak i czwórką obrońców, a tak grał Manchester City w poprzednim sezonie, mieszając systemy i wbijając do głów graczy, że muszą być elastyczni. Świetnie odnajdywał się w tym choćby Nathan Ake, który ostatniego lata mógł z klubu odejść, a nagle stał się jednym z fundamentów potrójnej korony. Nie wybierał łatwych rozwiązań, a mimo to miał celność podań na poziomie 90,1 procent. Gvardiol w Bundeslidze plasował się na podobnym poziomie. Był piątym piłkarzem w Niemczech ze średnią największą liczbą podań w trakcie spotkania (71.3).
Mały Pep
Guardiola ma go znakomicie rozpracowanego. Wie, że to idealny piłkarz do kontrataku, bo często korzysta też z długich podań i są one celne na poziomie 59 procent, co też dawało mu miejsce w czołówce ligi. Taka gra, gdy trzeba skorzystać z innej skrzynki narzędzi, przydała się City w meczu z Arsenalem w kwietniu (4:1). Gvardiol poza rozegraniem daje także spokój w pressingu. Trudno jest odebrać mu piłkę, zresztą on sam czasem pozwala sobie na drybling i na 15 takich prób zanotował w Bundeslidze 88.9 procent skuteczności. Innymi słowy: to gość bez układu nerwowego, ze świetnym czuciem przestrzeni i rywala. Być może ta elegancja w grze bierze się z tego, że zaczynał kiedyś w pomocy. Stąd też przezwisko ”Mały Pep” - nie tylko ze względu na podobieństwo nazwiska, ale też byłą pozycję na boisku trenera City.
Czasem można ponarzekać, że Gvardiol mógłby być lepszy w starciach jeden na jeden (akcje z Messim na mundialu) albo, że stać go na poprawę pojedynków główkowych, bo o dziwo często je przegrywa. Z drugiej strony City w tej statystyce w poprzednim roku było najgorsze w Premier League, a jakoś nie przeszkodziło im to pozamiataniu konkurencji.
Guardiola patrzy gdzie indziej. Ciągle zresztą trzeba sobie przypominać sobie, że chłopak ma dopiero 21 lat i że zanim złapie go efekt pełnego brzucha, może się jeszcze nieprawdopodobnie rozwinąć. Letnie okno zdominowali ostatnio środkowi pomocnicy jak m.in. Mount, Mac Allister, Bellingham, Tonali, Maddison albo Szoboszlai, ale kto wie, czy za rok nie powiemy, że najlepszym ruchem był obrońca i że znowu najlepsze oko miał Guardiola.
Autor jest dziennikarzem Viaplay.