Takiego beniaminka nie było od lat! Mało kasy, już sporo sukcesów i trener z papierami na wielką karierę

Takiego beniaminka nie było od lat! Mało kasy, już sporo sukcesów i trener z papierami na wielką karierę
Renato Olimpio /LM/ IPA/I/SIPA/PressFocus
Kiedy rozpoczynał się obecny sezon, nikt nie spodziewał się po Spezii niczego dobrego. Oczywiście, była to fajna historia, w końcu ekipa z Ligurii awansowała do Serie A po raz pierwszy w ponad stuletniej historii. Jednak patrząc na jej skład i sposób, w jaki awansowała, trudno było o optymizm. Tymczasem podopieczni Vincenzo Italiano mają już na rozkładzie między innymi Milan oraz Napoli i grają naprawdę przyjemną dla oka piłkę.
Żywot beniaminka Serie A z reguły nie należy do najprzyjemniejszych, ani najdłuższych. Przekonało się o tym dobitnie chociażby Benevento w sezonie 2017/18. “Czarownice” przez pierwszych 18 kolejek obrywały od każdego jak leci. Zdołały wówczas zremisować zaledwie jeden mecz - z Milanem, po golu Alberto Brignolego, bramkarza, w 95. minucie spotkania. Reszta spotkań to były regularne porażki, często zresztą dotkliwe: 0:6 z Napoli, 1:5 z Lazio, 0:4 z Romą.
Dalsza część tekstu pod wideo
Kiepsko wyglądały także początki Crotone, które w rozgrywkach 2015/16 po 29 kolejkach miało na koncie zaledwie trzy wygrane - do tego z Empoli, Chievo oraz innym beniaminkiem, Pescarą. “Pitagorejczycy” zdołali co prawda się wówczas utrzymać, w okolicznościach co najmniej niesamowitych (dziewięć ostatnich meczów zakończyli sześcioma wygranymi i dwoma remisami), jednak większość sezonu to była dla nich droga przez mękę.
Zresztą także w obecnych rozgrywkach kibicom “Rekinów” z Crotone z pewnością daleko jest do optymizmu. Mają najmniej punktów w lidze i najwięcej straconych goli. Na koncie zaledwie cztery wygrane, z czego dwie z pozostałymi beniaminkami i jedną ostatnio, z Torino. O jakości gry nie ma co wspominać. Eufemistycznie ujmując - szału nie ma. Taką jakość, przynajmniej na początku, miało Benevento, które jednak z biegiem sezonu także staje się drużyną, którą coraz trudniej się ogląda.



Przyczyny tego stanu rzeczy są dość proste. Drużynom z zaplecza Serie A z reguły po prostu brakuje odpowiednich finansów, by po ewentualnym awansie móc rywalizować z najmocniejszymi klubami we Włoszech. Grając w drugiej lidze, często opierają się na zawodnikach wypożyczonych. I nie mówimy tu o gwiazdach. Tylko z reguły o piłkarzach niepotrzebnych drużynom z najwyższej klasy rozgrywkowej lub młodych graczach, którzy idą szczebel niżej po to, by zdobyć doświadczenie. A po sezonie i awansie ci piłkarze wracają do macierzystych klubów.
Oczywiście, jak w każdym przypadku, tak i tu zdarzają się chwalebne wyjątki. Takim było na przykład Empoli, prowadzone w sezonie 2014/15 przez Maurizio Sarriego. Może pod względem punktowym jego podopieczni nie zrobili szału, natomiast zdołali zapewnić sobie utrzymanie, wypromowali kilku ciekawych, młodych zawodników i przede wszystkim grali miłą dla oka, ofensywną piłkę. Ich mecze oglądało się - w przeciwieństwie do większości beniaminków - ze sporą dawką przyjemności. W nagrodę Sarri powędrował do Napoli. I kto wie, czy identyczną drogą nie podąży Vincenzo Italiano, trener Spezii.

Piękni i bestie

Przed startem sezonu zdecydowanym faworytem do bycia najmocniejszym wśród beniaminków było Benevento. Tak naprawdę tylko tej ekipie dawano realne szanse na utrzymanie. “Czarownice” mieli porządne zasoby finansowe, byli po prawie doskonałym, bijącym rekordy sezonie w Serie B, a w kadrze zgromadzili kilku bardzo doświadczonych piłkarzy.
Spezia? Na ten zespół raczej nikt nie stawiał. Zapowiadał się na typowego dostarczyciela punktów, który przemknie przez Serie A bez echa. Brak wielkiej kasy, brak znanych i doświadczonych nazwisk, brak ciekawych transferów - a nawet plotek o takowych. Nawet awans wywalczył ledwo-ledwo, po tym jak w finale baraży najpierw wygrał, a potem przegrał 1:0 z Frosinone. I kto wie jak skończyłaby się wtedy dogrywka, czy karne, gdyby nie to, że promocją premiowana była drużyna, która w fazie ligowej zajęła wyższe miejsce.
Umówmy się, nie brzmiało to rewelacyjnie. Tymczasem Spezia jest w obecnych rozgrywkach jednym z najbardziej pozytywnych zaskoczeń. Ogląda się ją z bardzo dużą przyjemnością - zwłaszcza przeciwko mocnym rywalom - a po trudnym początku zaczęła regularnie punktować i kto wie, czy na koniec sezonu nie zdoła się utrzymać. Dzisiaj wyprzedzają Parmę, Cagliari czy Torino, a punktują na poziomie Fiorentiny, Genoi i Bologni.
W zeszłą sobotę zawodnicy Spezii zremisowali z Benevento i wystarczyło obejrzeć tylko to spotkanie, by zobaczyć, jak wielka jest przepaść między tymi drużynami. Punktują identycznie, mają na koncie po 26 “oczek”, ale różnice w podejściu do gry i przyjemności z ich oglądania są niczym noc i dzień. Drużyna prowadzona przez Filippo Inzaghiego gra od kilku tygodni piłkę toporną i przede wszystkim skupia się na przeszkadzaniu rywalom, podczas gdy Spezia jest mecz w mecz proaktywna, starając się narzucać swój styl przeciwnikom, grać atrakcyjną piłkę.
Dość powiedzieć, że w bezpośrednim starciu zespół Vincenzo Italiano miał aż 73% posiadania piłki. Poza bramką piłkarze z Ligurii dwukrotnie obijali poprzeczkę i stworzyli sobie kilka dogodnych sytuacji do zdobycia gola, a xG Benevento wyniosło zaledwie marne 0.32. I choć mecz zakończył się wynikiem 1:1, to pod względem jakości i podejścia do gry były to dwa różne światy.

Nowy Sarri?

No właśnie, Vincenzo Italiano. Trener bez wielkiego doświadczenia, który jeszcze w 2018 roku trenował w Serie D, a kurs trenerski ukończył niedawno, razem z Andreą Pirlo. Zanim to nastąpiło, na początku poprzedniego sezonu prawie został zwolniony, gdy po siedmiu kolejkach Serie B Spezia miała na koncie zaledwie jedno zwycięstwo i aż pięć porażek. Dzisiaj jest wymieniany wśród głównych faworytów do tego, by po sezonie przejąć Napoli po Gennaro Gattuso. I trzeba przyznać, że w pełni sobie na takie uznanie zapracował.
W Pucharze Włoch, grając drugim garniturem, Italiano zdołał zasłużenie wyeliminować Romę. Później co prawda odpadł z Napoli, jednak jego drużynie nie brakowało ani waleczności, ani jakości w ofensywie. Zagrała na tyle dobrze, że do szatni Spezii udał się sam właściciel drużyny spod Wezuwiusza.
- De Laurentiis przyszedł do naszej szatni, żeby pogratulować nam udanego meczu, to było coś pięknego. Kiedy powiedziano mi, że idzie do nas prezydent Napoli, to myślałem, że jest to jakiś kawał - wspominał Italiano. - To powód do ogromnej dumy i zadowolenia, było to dla nas dowodem uznania, którym byliśmy zaszczyceni - dodał.
Mauro Meluso, dyrektor sportowy Spezii, porównał niedawno szkoleniowca pod względem filozofii do Zdenka Zemana, zaznaczając jedynie, że przykłada większą uwagę także do kwestii defensywnych.
- Italiano bardzo przypomina mi Zemana, który był moim trenerem w Foggii. Być może Zdenek był trochę bardziej ekstrawagancki jeśli chodzi o ofensywę - mówił Meluso. - Nawet jeśli wyniki nie zawsze były po naszej myśli, to praktycznie zawsze prezentowaliśmy się dobrze, a piłkarze są zachwyceni podejściem trenera. To fajny człowiek, nigdy nie narzeka - podkreślał.
O porównania do Maurizio Sarriego oraz jego Empoli także nietrudno. To wręcz pierwsze, co przychodzi na myśl. I jest coś zastanawiającego w tym, że najciekawsze pod względem stylu oraz pomysłu na grę nowe trenerskie nazwiska we Włoszech przychodzą przede wszystkim z niższych lig. Patrząc wstecz, poza Empoli Sarriego to także Sassuolo Eusebio Di Francesco, czy Benevento Roberto De Zerbiego.
Liguryjczycy są zresztą chwaleni wręcz powszechnie.
- Spezia gra w piłkę beztrosko i lekko, widać po nich, że na boisku dobrze się bawią, mają jasne założenia i cechy charakterystyczne - twierdził już na początku sezonu Marco Giampaolo, wtedy jeszcze trener Torino. A Roberto D’Aversa chwalił ich entuzjazm i porównywał do swojej Parmy, gdy ta była beniaminkiem.
Zresztą trudno się temu dziwić. Piłkarze Spezii od pierwszego meczu Serie A mają konkretny plan na grę, świetne funkcjonują jako drużyna i przede wszystkim nie opierają się na przeszkadzaniu rywalowi. Sami chcą dominować na boisku, kreować i zdobywać bramki, przez co oglądanie ich, zwłaszcza w starciach z mocnymi rywalami, jest po prostu przyjemne dla oka. Mają zdecydowanie najwięcej polotu ze wszystkich beniaminków. Udinese, Torino czy Genoa też mogłyby się czegoś od nich nauczyć.
Imponować może także podejście trenera drużyny z Ligurii. Po wygranej z Napoli nie mydlił oczu i wprost przyznał, że mieli od groma szczęścia.
- Piłka nożna potrafi być dziwna i zaskakująca. Zagraliśmy nasz najgorszy mecz w Serie A i zdobyliśmy w nim trzy punkty przeciwko czołowej drużynie ligi - stwierdził wówczas Italiano, dodając, że mimo to z pewnością takie zwycięstwo da im więcej entuzjazmu w kolejnych spotkaniach.
Włoch regularnie powtarza jednak, że punkty to nie wszystko - owszem, są ważne, potrzebują ich do utrzymania się, ale przede wszystkim chce, by po każdym meczu mogli schodzić z boiska z wysoko uniesionymi głowami. Przeciwko Juventusowi w obu meczach przez pierwszą godzinę grali jak równy z równym, bez strachu, bez murowania. Mierząc w wygraną. W obu przypadkach padli po godzinie gry, dobici przez jakościowych zmienników “Starej Damy”, ale przyjemnością było ich oglądać.
Trener Spezii powtarza, że przez lata podziwiał Milan Arrigo Sacchiego, Barcelonę Pepa Guardioli, Napoli Maurizio Sarriego, drużyny prowadzone przez Zdenka Zeman, ale także Juventus Antonio Conte, który zachwycał go agresywnością i doskonałą organizacją.
- To były drużyny różne, z różnych lig, jednak nieodzownie charakteryzowane przez swoich trenerów - zwracał uwagę Italiano.
I takie mają być także jego “Orzełki” - grające własny futbol, oparty na jego konkretnej wizji, niewstydzące się swojego stylu, niezależnie od tego, kto akurat jest ich rywalem. I z pewnością nie mieli się czego wstydzić chociażby po meczu z Milanem - a tam i punkty się w pełni zgadzały.
- Spezia w pełni zasługiwała na to zwycięstwo, to nasza pierwsza zasłużona porażka w całym sezonie - stwierdził po 0:2 trener Milanu. - Nie mieliśmy odpowiedniej jakości ani intensywności, męczyliśmy się cały mecz, nic nie funkcjonowało, ani moje wybory, ani występy piłkarzy - podsumowywał Stefano Pioli.
I tak naprawdę co innego miał powiedzieć, skoro Milan, wtedy jeszcze lider tabeli, nie zdołał oddać nawet jednego celnego strzału? “Orzełki” wzbiły się tamtego wieczór pod nieboskłon.
Sam Italiano zachwycał się później, że był to najlepszy występ jego piłkarzy w całym sezonie.
- Oglądanie chłopaków, którzy od pierwszej do ostatniej minuty utrzymują intensywność i agresję w pressingu, jest bardzo satysfakcjonujące - mówił trener Spezii.
Zresztą chwalił swoich piłkarzy od początku sezonu - a ten był trudny.

Biednemu wiatr w oczy

Po pierwsze, Spezia miała w składzie wielu piłkarzy, którzy wcześniej nigdy nie zagrali w Serie A. W pierwszym meczu na boisku wyszło aż siedmiu debiutantów. Po drugie, w Ligurii szybko zauważyli, że wymagania w elicie są znacznie wyższe.
- Musimy poprawić nasz poziom fizyczny i wydolnościowy, pod koniec meczów zdecydowanie odstajemy. To trudna droga, ale nie możemy się zniechęcać i wierzymy w naszą jakość - podsumowywał na początku sezonu Italiano.
I zwracał też uwagę na problem ze stadionem. Ze względu na przebudowę Stadio Picco, Spezia musiała na początku rozgrywek grać mecze domowe w Cesenie, odległej o 300 kilometrów.
- Biorąc pod uwagę, że jedziemy tam trzy godziny w jedną stronę, to bardziej mecze wyjazdowe niż domowe. Na Stadio Picco czujemy się bardziej pewnie, ale musimy się dopasowywać - wspominał trener “Orzełków”.
No i cóż, dopasowali się do ligi. Jak powtarza Italiano, utrzymanie będzie miało dla nich taki wymiar, jakby zdobyli Scudetto. Mają najniższy budżet na pensje. Wielu zawodników po raz pierwszy gra w Serie A. To też jedna z najmłodszych drużyn w - niższą średnią wieku może pochwalić się jedynie Milan. W teorii jest to przepis na spadek z ligi z hukiem.
Tymczasem podopieczni Italiano regularnie grają jak równy z równym przeciwko znacznie bogatszym zespołom. Na rozkładzie mają już Milan, Napoli, Sampdorię, Sassuolo, Udinese oraz Benevento. Zdołali zremisować z Atalantą i siedmioma innymi drużynami, przede wszystkim z Torino, grając od 9. minuty w dziesiątkę. I jeśli ktoś wtedy zasługiwał na zwycięstwo, to właśnie Spezia.
- Gra w osłabieniu to na tym poziomie duży problem i skoro moja drużyna zdołała zachować czyste konto, a poza tym stworzyć więcej dogodnych sytuacji, to znaczy że mamy odpowiednie podejście i jedność w drużynie - zachwycał się po meczu Italiano.
Ta jedność to jedna ze składowych sukcesu Spezii. Widać, że jest to wysiłek kolektywny, oparty nie o poszczególne wybitne jednostki, a o szerszą ideę i grę drużynową. Dość powiedzieć, że “Orzełki” miały serię, gdy dziewięć kolejnych bramek zdobyło dla nich dziewięciu różnych piłkarzy. Kiedy z układanki wypada jeden element, nawet tak ważny jak M’Bala Nzola, to nie jest to koniec świata. Pod tym względem przypominają Sassuolo Roberto De Zerbiego czy Hellas Ivana Juricia.
Gra drużyna, taktyka, strategia, a nie nazwiska.
- Piłkarze doceniają charyzmę, pasję, entuzjazm do pracy, miłość jaką trener czuje do swojego zawodu i futbolu - tłumaczył w wywiadzie Italiano. - Widzą co masz w środku i rozumieją kiedy robisz wszystko, by stawali się lepsi. Musisz być konkretny i szczery. I być na bieżąco: piłka nożna nieustannie ewoluuje.
Carlo Sabatini, który trenował Vincenzo Italiano w Perugii, stwierdził kiedyś, że Włoch był perfekcyjnym rozgrywającym. To pochwała oczywiście na wyrost, nie będzie jednak przesadą stwierdzenie, że były pomocnik stał się jednym z najciekawszych trenerów młodego pokolenia we Włoszech. I nawet jeśli jego “Orzełki” nie zdołają utrzymać się w lidze, to Italiano z pewnością zobaczymy w przyszłym roku w Serie A.
Natomiast jeśli uchronią się przed degradacją, to Włocha czeka dwudziestokilometrowy spacer ze Spezii do Portovenere. Obiecał, że uda się na taką trasę i ma nadzieję, że nie będzie podczas niej osamotniony.
- Mam nadzieję, że będzie to szalona procesja składająca się z tysięcy kibiców. Byłoby to piękne i z tego powodu nie marnuję nawet sekundy: chcę by kibiców Spezii nie ominęło to przeżycie - mówił trener rewelacyjnego beniaminka.

Przeczytaj również