Superkompromitacja PZPN. Rekord żenady na Narodowym, ponury "żart" przy wręczaniu medali

Superkompromitacja PZPN. Rekord żenady na Narodowym, ponury "żart" przy wręczaniu medali
Kacper Pacocha / pressfocus
Jan - Piekutowski
Jan PiekutowskiWczoraj · 12:25
Nie będę oryginalny. Nie da się określić środowego wydarzenia inaczej niż Superkompromitacją. Z meczu, który miał być zabawą, świetnym wydarzeniem dla kibiców i ekscytującym widowiskiem, zostały zgliszcza. Taki Superpuchar Polski równie dobrze mógłby nie istnieć.
Ten mecz uwierał wszystkich. Najbardziej uwierał PZPN, na którego wylewano słuszne wiadro pomyj w związku z brakiem jakiejkolwiek sprawczości. Federacja stojąca na czele piłki nożnej w naszym kraju nie potrafiła doprowadzić do rozegrania meczu o trofeum. To było nie tyle niepoważne, co po prostu żenujące. Skala irracjonalności tylko rosła z biegiem czasu.
Dalsza część tekstu pod wideo
Przez kilka miesięcy przerzucano się rozmaitymi terminami i wszystkie z nich - jak jeden mąż - były torpedowane. A to stadion zajęty, a to konflikt terminów w Lidze Konferencji, a to konflikt terminów w I lidze. Ostatecznie ustalono, że dobry będzie 2 kwietnia, że 2 kwietnia to jest data odpowiednia. Niektórym mogło się wydawać, że udało się dzięki temu wyjść z kompromitacji. Wystarczyło jednak tylko delikatnie poruszyć kijkiem, odgarnąć liście, żeby zobaczyć, co śmierdzącego tak naprawdę kryje się pod spodem.
Okazało się, że jedynym pozytywem wtorkowego spotkania były występy Jagiellonii i Wisły Kraków, bo zespoły te, zwłaszcza w pierwszej połowie, dały radę. W teorii to mocny argument, bo przecież w futbolu powinno chodzić o futbol, prawda? No właśnie nie do końca.
Piłkę nożną bez kibiców ogląda się źle, tymczasem Stadion Narodowy świecił pustkami, przywodził na myśl pandemiczne granie. PZPN zawalił sprawę pod każdym możliwym względem. Przeniósł Superpuchar do Warszawy, wobec czego mecz został zbojkotowany przez kibiców Jagiellonii.
Sprawa jest grubsza, bo takie spotkania tradycyjnie odbywają się na stadionie mistrza Polski, ale wtedy na obiekcie nie pojawiliby się fani Wisły, a Jarosław Królewski grzmiał, że wtedy jego klub spotkanie zbojkotuje. Grzmiał, pisząc o niesprawiedliwości, a jednocześnie pomijając, że kibice Wisły potrafią na zamalowywanie murali wybrać się z miotaczem ognia i maczetami. Grzmiał, zapewne, bez pokrycia, bo wcześniejsze ostrzeżenia, tym razem względem ligowego starcia z Miedzią Legnica, okazały się pustosłowiem.
PZPN wpadł więc na genialny pomysł zmiany lokalizacji, żeby udobruchać jedną stronę, bo na Stadion Narodowy "Biała Gwiazda" wejść może. Zapomniał przy tym całkowicie, że druga może się ostro wkurzyć.
Zapomniał też o tym, że mecz odbędzie się w samym środku tygodnia. Że dla obu zespołów i ich kibiców Warszawa oznacza kilkaset kilometrów podróży. Że tego samego dnia grają FC Barcelona, Liverpool i AC Milan, więc postronni raczej zostaną na kanapie. Zapomnieć musiał, bo jak inaczej wytłumaczyć horrendalne ceny biletów? 100 złotych albo 80? Jawne plucie fanom w twarz, a efektem najniższa w historii frekwencja na Stadionie Narodowym. Niespełna 11 tysięcy osób.
Dodam tylko, że trening Realu Betis przed derbami z Sevillą oglądało... 31 tysięcy widzów.
Na tym problemy z Superpucharem się nie skończyły. Chłód z trybun mroził, ale większe ciarki wywołało to, co stało się już po zakończeniu spotkania. Jagiellonię uhonorowano w takim stylu, że wcale bym się nie zdziwił, gdy puchar za zwycięstwo miał śrubę mocującą podstawkę i nieoderwaną pomarańczową cenówkę. Wielka feta na kilometr śmierdziała bylejakością.
"Duma Podlasia" cieszyła się przy praktycznie pustych trybunach. Kibiców Wisły jakoś nieszczególnie obchodziła radość rywali, kibiców Jagiellonii w gruncie rzeczy nie było. Szopką okazało się też wręczenie medali. To, że nagród było "za mało" i Łukasz Masłowski przekazał swój krążek jednemu z członków sztabu, to w zasadzie małe piwo. Pula jest określona, to zwycięzca odpowiada za dystrybucję.
Same nagrody wręczał jednak Adam Kaźmierczak. Nie wiecie kto to? Spokojnie, nic strasznego. Kaźmierczak pełni rolę wiceprezesa PZPN do spraw piłkarstwa amatorskiego, nie jest postacią zbyt medialną.
Amatorska organizacja, zatem - przy całym szacunku do pana Adama - działacz ds. piłkarstwa amatorskiego. Świetny, ponury żart. Ma to ręce i nogi.
Cezarego Kuleszy na Stadionie Narodowym w ogóle nie było. Prezes poświęca czas na wojaże, które mają na celu załatwienie mu poparcia w głosowaniu do zarządu UEFA. Niby nic zdrożnego, bo takie stanowisko ważne jest nie tylko dla samego Kuleszy, ale i polskiego futbolu. Tylko że.
Absolutnie pierwotny termin - zaaprobowany przez Jagiellonię - zakładał rozegranie Superpucharu Polski 13 lub 14 lipca 2024 roku. Na to nie zgodził się PZPN. 14 lipca odbywał się finał EURO 2024, a działacze nie wyobrażali sobie, aby miało ich zabraknąć w Berlinie. Jednocześnie chcieli też zaszczycić swoją obecnością mecz Jagiellonii z Wisłą. Finalnie zaszczycili tak, że do federacji znów przykleiła się łatka całkowitego pośmiewiska. Niezmiennie składam gratulacje, bo takiej żenady, i to na absolutnie każdym poziomie, dawno nie było.

Przeczytaj również