Rewolucja w składzie pod okiem “futbolowego Midasa”. Sevilla za swój świetny sezon może dziękować Monchiemu

Przed startem tego sezonu do Sevilli wrócił bóg rynku transferowego. Monchi, po nieudanej przygodzie w Rzymie, postanowił ponownie wspomóc klub z Andaluzji w walce nie tylko na krajowym, ale i europejskim podwórku. Minęły dwa okienka transferowe i już widać, że na Ramón Sánchez Pizjuan chyba nigdy nie znajdą lepszego specjalisty.
Jeszcze przed startem obecnych rozgrywek pisaliśmy o transferach, które przeprowadził zespół z Sewilli. Łącznie, wliczając w to również zimowe mercato, założony w 1890 roku klub ściągnął aż 17 nowych zawodników.
Często mówi się, że zbyt wiele zakupów skutkuje problemami i zdecydowanie lepiej jest dokonywać rozsądnych, systematycznych wzmocnień. Monchi jednak udowodnił, że można znaleźć wyjątek od każdej reguły. Jego posunięcia okazały się kluczowe dla postawy zasłużonej drużyny.
Udana rewolucja
Poczynania andaluzyjczyków na rynku transferowym należałoby określić mianem nie “remontu”, ale “przebudowy”. Wyjściowa jedenastka wygląda kompletnie inaczej niż jeszcze rok temu. Gdy ekipa Julena Lopeteguiego eliminowała we wtorek Wolves, od pierwszej minuty na boisko wybiegło - uwaga - dziewięciu, tak DZIEWIĘCIU zawodników, którzy przyszli do klubu w tym sezonie. “Rodzynkami” byli jedynie Jesús Navas i Éver Banega.
Jeśli spojrzymy na zestawienie piłkarzy z największą liczbą uzbieranych minut w tych rozgrywkach, to w pierwszej dwunastce znajdziemy aż dziewięć letnich nabytków. Jak więc widać, ryzykowna polityka kadrowa przyniosła świetne efekty. Ściągnięci gracze pomogli nie tylko zajść daleko w europejskich pucharach, ale i zaliczyć bardzo udaną kampanię na krajowych boiskach.
"Turniej finałowy" Ligi Europy, gdzie już niedługo zmierzą się z Manchesterem United, to ukoronowanie świetnego roku. “Los Nervionenses” po ponad dekadzie oczekiwania w końcu zajęli miejsce w czołowej trójce LaLiga. Zostali pierwszym od 2012 roku zespołem, który przełamał dominację trio Barcelona - Real - Atletico, wyrzucając tych ostatnich z podium. Cień w tym roku rzuciła jedynie porażka z drugoligowym Mirandés w 1/8 finału Pucharu Króla, ale to można uznać za wypadek przy pracy.
Rozgrywki ligowe Sevilla zakończyła serią 15 spotkań bez porażki, przedłużając ją jeszcze o dwa dodatkowe mecze, z Romą i Wolverhampton Wanderers. A w centrum tego wszystkiego mamy trzon zespołu, zbudowany przez Lopeteguiego właściwie od nowa z piłkarzy, których ściągnął mu Monchi.
Nowy trzon drużyny
Każda formacja ekipy z Ramón Sánchez Pizjuan opiera się na pozyskanych w ostatnim czasie graczach. W ofensywie bryluje Lucas Ocampos, najlepszy strzelec drużyny. Argentyńczyk zdobył już 17 goli, co stanowi najlepszy wynik w całej karierze wychowanka River Plate. Zresztą, to jego trafienie zadecydowało o pokonaniu “Wilków” w Duisburgu.
W środku pola królują przede wszystkim Joan Jordan i Fernando. Pierwszy to zawodnik bardziej wszechstronny i posiadający pewne inklinacje do dyrygowania grą. Drugi jest ryglem, zabezpieczającym linię obrony. W duecie gwarantują balans, potrzebny do odpowiedniego “kierowania” boiskowymi wydarzeniami przez Evera Banegę. Dzięki ich świetnej współpracy Argentyńczyk ma swobodę, której potrzebuje, aby móc odgrywać rolę kreatora gry.
W linii obrony mamy z kolei nową parę środkowych obrońców, która spisuje się wręcz rewelacyjnie. Młody Jules Koundé oraz Brazylijczyk Diego Carlos, ściągnięci z Ligue 1, stanowią podporę trzeciej najlepszej defensywy La Liga. Obaj dobrze czują się z piłką przy nodze, co sprawia, że z pewnością znajdą się na liście życzeń czołowych klubów Europy i zapewne dadzą Sevilli okazję do pokaźnego zarobku. Zresztą starszego z nich media wymieniały już w kontekście transferu do Liverpoolu.
Wśród świetnych ruchów Monchiego należy wymienić również wypożyczenie Sergio Reguilona. Lewy obrońca Realu Madryt dzięki przenosinom do Sevilli wszedł na wysoki, stabilny poziom, przez co znalazł się w kręgu zainteresowania wielu mocnych klubów. Chelsea, Napoli czy PSG rozważają podobno złożenie oferty za 23-latka. Co ciekawe, władze “Królewskich”, nawet po udanym sezonie, mają uważać go za zbędny balast. A może wypadałoby to przemyśleć?
Dowód kunsztu Monchiego
To tylko najbardziej spektakularne z ostatnich zakupów, za które odpowiadał dyrektor sportowy. Powrót na stare śmieci wyraźnie mu posłużył. Już pierwszy rok z powrotem w Hiszpanii był bardzo pracowity, ale i niesamowicie produktywny. To pozwoliło na odbudowanie reputacji, podawanej przez niektórych w wątpliwość po nieudanym epizodzie w Romie.
Oczywiście, w ostatnim czasie również nie ustrzegł się pomyłek. Munnas Dabbour czy Chicharito opuścili klub po zaledwie sześciu miesiącach. Rony Lopes, po słabej pierwszej połowie rozgrywek, przeniósł się do Nicei. Niemniej, żaden z nich nie przyniósł pokaźnej straty. Zresztą, przy zyskach z transferów Wissama Ben Yeddera czy Pablo Sarabii, te kilka milionów na minusie to praktycznie nic.
“Los Nervionenses” są niczym przedsiębiorstwo, funkcjonujące dzięki promowaniu zawodników i sprzedawaniu ich drożej. Monchi idealnie odnajduje się w roli człowieka, który ma wyławiać takie perełki i trudno znaleźć lepszego, bardziej pasującego do tego środowiska eksperta w tej dziedzinie.
Gracze, którzy przechodzą przez jego proces skrupulatnej selekcji, pchnęli drużynę na wyższy poziom. Najlepsi z nich zapewne przyciągną uwagę europejskiej czołówki i zostaną sprzedani z zyskiem. Te pieniądze będą znowu obrócone i proces się powtórzy. Wszyscy dobrze wiemy, jak to działa.
Udana przygoda w Lidze Europy oznacza, że 51-latek może z dumą patrzeć na występy zespołu, mówiąc: “ja to zbudowałem”. Wypada chwalić również Julena Lopeteguiego, ale nie należy zapominać o wkładzie speca od rekrutacji. To on dostarcza odpowiednich zawodników. Graczy, stanowiących fundamenty ekipy, która niedługo stawi czoła Manchesterowi United.
Tak udana rewolucja w składzie? To coś niebywałego. To coś, czego mógł dokonać chyba tylko futbolowy Midas. Nie ma lepszego człowieka do takiej roboty niż Monchi. Na Ramón Sánchez Pizjuan dobrze o tym wiedzą, dlatego mu zaufali.