Polska sensacja w Melbourne. Magdalena Fręch robi furorę, wyróżnią ją ważny element. "To prawdziwy przełom"
Rok temu w Melbourne najpiękniejszy czas w karierze przeżywała Magda Linette, która dotarła aż do półfinału. Teraz co prawda od najlepszej czwórki daleko jest jeszcze Magdalena Fręch, ale 4. runda to w jej przypadku i tak zdecydowanie najlepsze osiągnięcie.
W tegorocznym Australian Open Fręch powoli przyzwyczaja do niezwykle emocjonujących meczów. W 1. rundzie przeciwko Darii Saville wygrała 7:5 w 3. secie, mimo że zakończyć mogła go znacznie wcześniej - prowadziła już 5:2. Łącznie na korcie spędziła ponad trzy godziny, ale to wszystko to tak naprawdę był dopiero wstęp.
Zły bilans poprawiony
Zwycięstwo z Saville nie było wielką niespodzianką, przed meczem szanse można było rozpatrywać mniej więcej 50/50. Wydawało się jednak, że 2. rundzie z Caroline Garcią czekać może turniejowa meta. Dotychczas bilans z rywalkami z TOP 20 wynosił 0-22. Okazało się jednak, że jeśli jesteś z Polski i chcesz robić w Melbourne duże rzeczy, to warto zagrać właśnie z Garcią. Rok temu w drodze do półfinału Francuzkę ograła Linette, a teraz zrobiła to Fręch. To był prawdziwy przełom.
W 3. rundzie stanęła przed zupełnie innym wyzwaniem. Z Garcią mogła wyjść na kort, zagrać swoje i zobaczyć, do czego to doprowadzi. W kolejnej fazie okazało się, że rywalką będzie Anastasia Zacharowa, tenisistka z kwalifikacji, sklasyfikowana poza pierwszą setką. Nie chodzi o to, żeby jej nie doceniać, ale trudno też nie myśleć, że na tym etapie Wielkiego Szlema nie jest to więcej niż korzystny układ. Tym razem to Polka była faworytką. - Przed meczem starałem się rozładować napięcie, pograliśmy w kości, pożartowaliśmy - powiedział Andrzej Kobierski w rozmowie z TOK FM.
Jak jej to ciąży można było zobaczyć szczególnie w 1. secie, którego w słabym stylu przegrała 4:6, Potrafiła się, podobnie jak z Saville, odbudować i powalczyć. W kluczowym momencie 3. seta obroniła break pointy, po chwili przełamała i zwyciężyła 6:4.
Awans do 4. rundy zmienia dla niej tenisową rzeczywistość. Dotychczas w karierze najwyżej była na 63. miejscu światowego rankingu. Do turnieju w Melbourne przystąpiła z miejsca 69., a teraz w nieoficjalnym rankingu na żywo jest 49. Może być już pewna tego, że od ostatniego poniedziałku stycznia (wtedy pojawi się nowy ranking) będzie drugą najwyżej sklasyfikowaną polską tenisistką, wyprzedzi Linette.
Wejście do TOP 50
Obecność w TOP 50 daje też znacznie większy komfort udziału w najważniejszych turniejach. Niekoniecznie chodzi o Wielkie Szlemy, bo tu się akurat nic nie zmieni, ale niektóre imprezy rangi 1000 bądź 500. Dotychczas często musiała rywalizować w kwalifikacjach, a utrzymając się w okolicach nowego miejsca będzie miała zapewniony udział w turnieju głównym. To może wyglądać niepozornie, ale nawet porażka na wczesnym etapie takich zawodów daje solidną wypłatę, co też nie jest bez znaczenia.
Jeśli chodzi o pieniądze, to zarobiła pokaźne, w przeliczeniu na złotówki blisko milion złotych. To daje też spory komfort organizacyjny na dalszą część sezonu. Żeby oddać skalę - 4. runda Australian Open to zarobek rzędu ok. 210 tysięcy dolarów amerykańskich, a dotychczas tylko raz w karierze w jednym turnieju zarobiła ponad 100 tysięcy - konkretnie w Wimbledonie 2022 (154 tysiące dolarów).
To wtedy osiągnęła dotychczasowy najlepszy wynik w Wielkim Szlemie - dotarła do 3. rundy, w której przegrała z Simoną Halep. Wtedy jednak po drodze nie ograła nikogo z TOP 20. Jeśli jednak mielibyśmy szukać Szlema, w którym może sprawić niespodziankę, to wydawało się, że londyńska trwa będzie miejscem idealnym. Sama Fręch wielokrotnie podkreślała, że bardzo lubi tę nawierzchnię, że dla niej sezon na trawie mógłby trwać zdecydowanie dłużej niż kilka tygodni w roku. To było widać po wynikach, bo do 3. rundy Wimbledonu 2022 dołożyła w poprzednim sezonie ćwierćfinał WTA w Birmingham.
Niewykorzystane szanse
26-letnia tenisistka nie miała wybitnej kariery juniorskiej. Jako nastolatka przebijała się przez mniejsze imprezy ITF. Na poziomie wielkoszlemowych eliminacji zadebiutowała w 2018 roku właśnie w Australii i od razu je przebrnęła. W 1. rundzie głównego zagrała z Carlą Suarez Navarro, późniejszą ćwierćfinalistką.
Skutecznie eliminacje przeszła także kilka miesięcy później w Paryżu, tam wygrała też pierwszy mecz w fazie zasadniczej, ale później nastąpiła na półtora roku wielkoszlemowa posucha. Do grona 128 tenisistek grających w turnieju głównym wróciła w US Open 2019, oczywiście po wcześniejszych udanych kwalifikacjach. Kolejny przełom w jej karierze nastąpił w 2022 roku, kiedy w Australian Open na bazie rankingu od razu zagrała w turnieju głównym. Kilka miesięcy później w stolicy Francji była blisko sprawienia niespodzianki i wygranej z Angelique Kerber, z która miała dwie piłki meczowe. Później też zdarzyło jej się przegrać kilka pojedynków na styku z wyżej notowanymi rywalkami - z Jeleną Ostapenko i Beatriz Haddai Maią. Cały czas było blisko, ale to rywalki schodziły z kortu zwycięskie.
Z obranej drogi jednak nie schodziła i coś, co na pewno rzuca się w oczy, to to, że przez całą karierę współpracuje z jednym szkoleniowcem - Andrzejem Kobierskim. W świecie, gdzie mnóstwo tenisistek co chwilę zmienia trenerów, co rusz wymyśla inne rozwiązania, Fręch jest przykładem na to, że długoletnia praca popłaca. Kobierskiego zna z Łodzi, z której pochodzi i ten szkoleniowiec przeszedł z nią drogę od wejścia do touru aż do 4. rundy Wielkiego Szlema. Polka to zawodniczka, która grę opiera na dobrym przygotowaniu fizyczny, regularności i powtarzalności. Czasem trzeba było ją bardziej zachęcać do odwagi na korcie, przejmowania inicjatywy. Z tym jednak w najważniejszych momentach w Melbourne nie było problemu.
Teraz z Coco Gauff będzie mogła wyjść na kort bez wielkiego ciśnienia. Zrobiła w Melbourne już bardzo dużo, to na Amerykance będzie spoczywać presja. Argumentów ściśle tenisowych na pewno ma więcej niż Polka, ale waleczność, zadziorność, to są cechy, które Fręch w ostatnich dniach pokazała wielokrotnie. W niedzielę znów nie będzie miała nic do stracenia.