Pokonali Legię, ale już nie będą ulubieńcami kibiców. Pewien etap się skończył. "Zderzenie z rzeczywistością"

Warta Poznań pokonała Legię Warszawa i po wielu trudnych tygodniach wreszcie opuściła strefę spadkową. Żeby na dobre zacząć brać udział w grze o utrzymanie musiała jednak wyraźnie zmienić pomysł na siebie. To już nie jest drużyna, którą wielu postronnych kibiców jeszcze niedawno darzyło sporą sympatią.
Warta pojawiła się w PKO Ekstraklasie mocno niespodziewanie. Przed sezonem, który zakończył się awansem, miała się po prostu spokojnie utrzymać w pierwszej lidze. Zespół Piotra Tworka przebił wszelkie oczekiwania, dysponując jednym z najniższych budżetów w pierwszej lidze wdarł się na najwyższy szczebel.
Awans w pięknych okolicznościach
To była romantyczna i pełna ciekawych wątków historia. W Warcie było biednie, w pokoju trenerów i sali konferencyjnej przeciekał dach, zespół był oparty w dużej mierze o zawodników z regionu, a mecze domowe musiał grać na wyjeździe w Grodzisku Wielkopolskim. Trener Tworek potrafił wytworzyć aurę wyjątkowości wokół ludzi, z którymi pracował. Robił inspirujące odprawy, opowiadał o ciekawych, interesujących, niezłomnych charakterach, piłkarzy nazywał „swoimi żołnierzami”. O wyjątkowej atmosferze opowiadali też sami zawodnicy, których z czasem zaczęto nazywać "Swojską Bandą".

Na boisku, mimo wyraźnych niedoskonałości piłkarskich, zawsze zostawiali serce, zawsze starali się znaleźć pomysł na podjęcie walki z rywalem. Może nie byli najbardziej efektownie grającym zespołem, ale charakteru i zaangażowania nigdy nie brakowało. O tym zresztą często mówił sam Tworek, który lubił używać ciekawych porównań, grać na emocjach. W składzie miał też głównie Polaków, obcokrajowcy byli nielicznym wyjątkiem. Umiejętnie wykorzystywały to media klubowe. Coraz częściej i odważniej pokazywały drużynę od środka. Można było zobaczyć pomysły na świętowanie wygranych, prezenty i życzenia, jakie zawodnicy dostawali na urodziny. To wszystko tworzyło sympatyczną, przyjemną i rodzinną atmosferę. Było autentyczne, a tego we współczesnym futbolu już się w zasadzie nie widuje.
Doprowadziło do tego, że Warta cieszyła się ogólną sympatią. Była idealną kandydatką na tzw. drużynę drugiego wyboru, czyli kogoś, komu oprócz kibicowania ulubionemu klubowi, dobrze się życzy. Powszechnie liczono, że uda jej się utrzymać, ponieważ wnosiła do PKO Ekstraklasy coś ożywczego.
Nieuniknione pożegnania
Realia futbolu są jednak brutalne. W kolejnych rozgrywkach szybko okazało się, że na dłuższą metę wyjątkowości utrzymać się już nie da. Latem z Warty odeszło kilku ważnych zawodników: Jakub Kuzdra, Robert Janicki, Gracjan Jaroch i Mariusz Rybicki. Nie wszyscy sportowo odnaleźli się w PKO Ekstraklasie, ale nawet jeśli nie grali, to byli ważnym elementem drużyny. Wiedzieli skąd się Warta wywodzi, jaką drogę przeszła, znali realia i tożsamość klubu.
W ich miejsce pojawili się zawodnicy, dla których w większości Warta była po prostu kolejnym klubem. Nic w tym złego, tak wygląda piłka nożna, dla wielu to miejsce pracy jak każde inne, ale trudno było ukryć, że pod względem ludzkim było już trochę inaczej. Główny problem był jednak taki, że nie przełożyło się to na rozwój sportowy. Drużyna grała nudno, źle, z czasem na dobre pojawiła się w strefie spadkowej.
Na początku listopada zwolniony został Tworek, co pokazało, że w klubie nie ma sentymentów. Człowiek, który wprowadził Wartę do PKO Ekstraklasy i skończył w niej sezon na 5. miejscu kilka miesięcy później już w niej nie pracował. Dla wielu decyzja była bolesna, niezrozumiała niekoniecznie ze względów sportowych, bo na boisku zespół się nie bronił, ale bardziej z ludzkiego punktu widzenia. Warta przecież miała być inna niż pozostałe kluby w lidze. Oparta na wartościach, lojalności, miała być jedną wielką rodziną, a nie zwykłym przedsiębiorstwem.
Żeby zwiększyć szanse na utrzymanie musiała od tego odejść, trochę stać się klubem jak każdy inny. Najlepiej widać to w zimowym oknie transferowym. Jakiś czas temu władze Warty w wywiadach deklarowały, że nie chcą w zespole za wielu obcokrajowców, że ich optymalna liczba to trzech, maksymalnie czterech. W drużynie miało być jak najwięcej ludzi związanych z regionem, najlepiej młodych i ambitnych.
Niespełnione deklaracje
Trudno było temu nie przyklasnąć, ale odważne deklaracje nie wytrzymały zderzenia z rzeczywistością. Tylko zimą do Warty przyszło czterech obcokrajowców. Jeden z nich, Frank Castaneda, podpisał kontrakt tylko na kilka miesięcy, wiadomo już, że dłużej w Warcie nie zostanie. Trudno ten ruch krytykować, Kolumbijczyk niedawno grał w Lidze Mistrzów przeciwko Realowi Madryt, na papierze wygląda na duże wzmocnienie. Nie zmienia to faktu, że myślenie i strategia musiały się wyraźnie zmienić. Liczy się tu i teraz, utrzymanie za wszelką cenę, co pokazuje też duża liczba wypożyczonych zawodników. Przed nimi konkretne zadanie: uratować dla Warty obecność w PKO Ekstraklasie. O tym co później, będzie można myśleć po zakończeniu sezonu.
To już nie jest Warta, która zdobywała ogólną sympatię. Stała się w dużej mierze zespołem jak każdy inny. Teraz na uznanie musi zapracować na boisku. Nie jest to niemożliwe, bo odkąd trenerem został Dawid Szulczek, drużyna robi postępy, czego najlepszym przykładem jest też zwycięstwo przy Łazienkowskiej. Powrotu do romantycznej, wyjątkowej historii już chyba jednak nie ma.