Odrzucony w FC Barcelonie i Liverpoolu FC, wystrzelił w wieku 25 lat. Nietypowa kariera gwiazdy Serie A

Mogłoby się wydawać, że granica dojrzewania w świecie piłki obniża się z każdym rokiem. Skauci i łowcy talentów potrafią coraz wcześniej oddzielić perełki od plew, a zawodnicy w przedziale wiekowym 18-20 są w stanie regularnie grać dla czołowych klubów. Całemu zamieszaniu i kultu młodości postanowił wyrwać się Luis Alberto. Pomocnik Lazio wchodził na najwyższy poziom w swoim własnym tempie.
Kariera Hiszpana przypomina nieco losy niektórych polskich zawodników. Na rodzimych boiskach mamy tendencję do uznawania nawet 25-latków za młode perspektywiczne talenty, które zaraz, już za chwileczkę, już za momencik, pokażą pełnię swojego potencjału.
W przypadku wielu graczy są to jedynie marzenia ściętej głowy, aczkolwiek losy Alberto pokazują, że warto czasem uwierzyć w zdolności, mimo niezbyt przekonującej metryki. Do 25 roku życia mało kto poznał się na jego umiejętnościach, a dziś to jeden z najlepszych pomocników nie tylko na Półwyspie Apenińskim, ale i w całej Europie.
Odrzucony
Początki hiszpańskiej "dziesiątki" układały się raczej w modelowy sposób. Skauci Sevilli dostrzegli w nim magiczny dryg już w wieku 12 lat, a po kilku sezonach w drużynach młodzieżowych miał nawet okazję zadebiutować na poziomie La Liga.
Aby chłopak nabrał potrzebnego doświadczenia i technicznego sznytu, działacze andaluzyjskiego klubu odesłali go na roczne wypożyczenie do rezerw Barcelony. W stolicy Katalonii po raz pierwszy udowodnił, że ma predyspozycje do grania na wysokim poziomie.
Na zapleczu La Liga zanotował fenomenalną kampanię zwieńczoną jedenastoma trafieniami i aż osiemnastoma asystami. Brał udział przy bramce średnio co 104 minuty. Brak dynamiki nie przeszkadzał mu występować na lewym skrzydle, gdzie wyróżniał się pod względem przygotowania technicznego. Lubił dryblować, grać kombinacyjnie, jak gdyby w Barcelonie spędził minimum kilka lat, a nie ledwie parę miesięcy.
Niestety, nawet niezwykle udane występy nie zdołały przekonać działaczy "Dumy Katalonii" do kupna Alberto. Na Camp Nou preferowano postawić na Gerarda Deulofeu, Sergiego Roberto i Rafinhę, którzy również występowali wówczas w Barcelonie B. Luis był zbyt dobry, aby kontynuować grę w rezerwach, ale jeszcze nie na tyle uzdolniony, aby na stałe trafić do seniorskiej drużyny "Blaugrany”.
Wychowankowi Sevilli pozostało wrócić do domu, gdzie znów zamknięto mu drzwi przed samym nosem. Nowy trener, Unai Emery, sceptycznie podchodził do adepta akademii. Na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan trafili wtedy m.in. Vitolo, Gameiro, Cheryshev i Cristoforo. Dla 21-latka nie znalazło się miejsce ani w środku pola, ani na lewym skrzydle, ani na pozycji fałszywej dziewiątki, gdzie także grywał w Barcelonie. Pozostało mu szukać szczęścia na obczyźnie.
Zmarnowany rok i powrót syna marnotrawnego
Gdy do Sevilli przyszła oferta opiewająca na 8 mln euro, nikt nie zastanawiał się dwa razy. Alberto momentalnie został wytransferowany do Liverpoolu, gdzie rządził Brendan Rodgers. Irlandzki trener zaakceptował pozyskanie pomocnika, chociaż tak naprawdę nie miał na niego żadnego pomysłu, nie zadbał o jego rozwój w choćby najmniejszym stopniu.
Pierwsze miesiące na Anfield można nazwać powolnym, a wręcz mozolnym wprowadzaniem Hiszpana do składu. Jego najdłuższy występ na poziomie Premier League trwał 27 minut. W co trzecim meczu Alberto w ogóle wychodził na murawę.
- Transfer Alberto to opcja długoterminowa. Luis jest młodym zawodnikiem i musi ciężko pracować na swoje szanse. Jego czas jeszcze nadejdzie - uspokajał Rodgers w marcu 2014 r.
Słowa trenera nie szły w parze z działaniami. Gdy Liverpool utrzymywał się w czołówce, a na horyzoncie jawił się upragniony tytuł mistrzowski, Alberto na dobre pożegnał się z pierwszym składem. W ostatnich piętnastu kolejkach sezonu 13/14 nie zagrał ani minuty.
W trakcie okna transferowego pewne było, że Hiszpan prędzej czy później opuści Anfield z powodu dużej konkurencji i niemal zerowego zaufania ze strony szkoleniowca. Uznano, że najlepszym rozwiązaniem będzie powrót do ojczyzny w postaci wypożyczenia do Malagi.
Trudno znaleźć pozytywy jego pobytu na La Rosaleda. W debiucie Hiszpan co prawda zdobył bramkę, Javi Gracia zakochał się w jego umiejętnościach, ale im dalej w las, tym mniej udanych spotkań. Debiutancki gol był zarazem ostatnim trafieniem w barwach "Los Boquerones". Pod koniec sezonu Alberto stracił nawet miejsce w pierwszym składzie.
Światełkiem w tunelu okazało się kolejne wypożyczenie, tym razem do Deportivo. Na El Riazor częściej zapisywał się w pamięci kibiców, o czym świadczy bilans 6 bramek i 6 asyst. Jego współpraca z Lucasem Perezem doprowadziła "Depor" do utrzymania w najwyższej dywizji. Udana kampania sprawiła, że Liverpool zwęszył okazję na zarobek. Za 4 miliony Alberto trafił do Lazio.
Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu
Już na wstępie swojej przygody z "Biancocelesti" zapowiedział, że pragnie wejść w buty Antonio Candrevy. Nieco inny pogląd na tę sytuację miał Simone Inzaghi, który bardziej ufał Balde Keicie. Przez pierwszy rok Alberto zagrał jedynie w dziewięciu spotkaniach Serie A. To nie wróżyło dobrze na przyszłość. Znowu.
W tamtym momencie wychowanek Sevilli miał już na karku 25 lat, a jego przyszłość malowała się w coraz ciemniejszych odcieniach. Poza pojedynczymi udanymi epizodami, zawodził dosłownie wszędzie, gdzie się dało. Po latach przyznał nawet, że poważnie rozważał zawieszenie butów na kołku. Ostatnią deską ratunku okazała się terapia.
- Odzyskałem wiarę w siebie, wreszcie uwierzyłem w swoje możliwości. Mój psycholog, Alvarez Campillo, sprawił, że chciałem dalej grać. Teraz jestem pewny siebie, nie boję się ryzykować na boisku, to mi pomaga - wyznał zawodnik w rozmowie z magazynem “Marca”.
Praca nad przygotowaniem mentalnym była prawdziwym strzałem w "dziesiątkę" i to nie tylko ze względu na boiskowe ustawienie Hiszpana. W sezonie 2017/18 Alberto zanotował double-double w Serie A, a niektóre z jego zagrań mogłyby swobodnie wisieć w muzeum Prado obok Ogrodu Rozkoszy Ziemskich Boscha.
- Tutaj zmieniłem swoją mentalność. W Sevilli nie byłem wystarczająco dojrzały, nie grałem na odpowiednim poziomie. Gdy siedziałem na ławce w Liverpoolu, futbol przestał sprawiać mi radość. Transfer do Lazio to największy krok w mojej karierze - zdradził 27-latek.
Orzeł wylądował
Spektakularna gra Alberto oczywiście przykuła uwagę klubów z czołówki. W trakcie ubiegłego okna transferowego katalońskie “Mundo Deportivo” spekulowało nawet o możliwym powrocie do Barcelony. Sam zawodnik jednak jasno zaznaczył, gdzie chce kontynuować swoją karierę.
Udane występy procentują na korzyść całej drużyny, która na przestrzeni bieżącej kampanii prezentowała się znakomicie. Nawet najwięksi optymiści związani z rzymskimi "Orłami" nie zakładali, że po 26 kolejkach Lazio będzie wiceliderem ze stratą ledwie jednego punktu do "Starej Damy".
Simone Inzaghi praktycznie rozpoczyna układanie galowej jedenastki od nazwiska Hiszpana. 27-latek przewodzi w lidze pod względem asyst (12), kluczowych podań (75) czy podań w obrębie ostatniej tercji boiska (263). Do tego trzeba dołożyć średnio 2.2 udane dryblingi na mecz. Najlepiej rozumiejącymi się partnerami we Włoszech pozostają duety Alberto-Immobile i Alberto-Correa. Rozgrywający idealny. Lider klasyfikacji strzelców przyznał nawet w jednym z wywiadów, że Luis zna go lepiej od… własnej żony.
- Cały czas myślę o Scudetto, marzę, aby je wygrać. Trenuję 3 razy dziennie i wiem, że, gdy wrócimy na boisko, będę gotowy - wyznał niedawno Alberto.
Pozostaje jedynie współczuć rywalom muszącym mierzyć się z karkołomnym zadaniem powstrzymania kolejnych strzałów i penetrujących podań rozgrywającego Lazio. Kibice "Biancocelesti" jeszcze przez długie lata będą mogli podziwiać zagrania zawodnika, który dojrzewał powoli, ale wreszcie osiągnął swój peak. Po latach wojaży Luis Alberto wreszcie zakotwiczył w "Wiecznym Mieście".
Mateusz Jankowski