Nowa ziemia obiecana Polaków. Mamy tam "stare" i wschodzące gwiazdy. "Jego wartość rośnie"
Kiedyś były Niemcy, potem Włochy, ale w ostatnim czasie to Turcja stała się ulubionym kierunkiem polskich piłkarzy. Naszych jest tam coraz więcej, a za ilością idzie też jakość. Polacy grający nad Bosforem zapewniają dobrą reklamę swoim rodakom. Niewykluczone, że niedługo zobaczymy ich tam jeszcze więcej.
Jakiś czas temu w Internecie wywołano dyskusję na temat Polaków grających, a raczej często grzejących ławkę w zagranicznych zespołach. O ile w ligach takich jak La Liga, Premier League czy Ligue 1, naszych reprezentantów, pomijając bramkarzy, rzeczywiście możemy wymienić na palcach jednej ręki, nie wszędzie wygląda to aż tak marnie. Wciąż posiadamy silną kolonię we Włoszech, a w kadrach ekip z Serie A znajduje się aktualnie 12 naszych rodaków. Od pewnego czasu pałeczkę pierwszeństwa jako ulubionego zagranicznego kierunku dla rodzimych zawodników próbuje przejąć jednak Turcja.
Obecnie w Super Lig występuje 10 polskich piłkarzy. W sumie stanowią oni cztery procent wszystkich zawodników w tych rozgrywkach. Procentowy udział naszych rodaków w żadnej innej z czołowych dziesięciu europejskich lig nie może się równać temu, który obserwujemy aktualnie nad Bosforem. W Turcji jesteśmy teraz szóstą najliczniejszą nacją - więcej swoich reprezentantów mają tam tylko Brazylijczycy, Francuzi, Ghańczycy i Nigeryjczycy. Skąd taki boom akurat na ten kierunek? Powodów jest co najmniej kilka.
Żaden piksel
W historii tureckiej ekstraklasy wystąpiło w sumie 65 Polaków. Pionierem był Janusz Kupcewicz, który trafił do niej na sam koniec swojej bogatej kariery i sezon 1988/1989 spędził w Adanasporze. W latach 90. przez Turcję przewinęło się w sumie aż 12 naszych rodaków, w tym Roman Kosecki, który aż do tego roku pozostawał jedynym Polakiem z minutami dla Galatasaray. W tej grupie znalazł się też Roman Dąbrowski, legendarny gracz tamtejszej ligi, który później przyjął nawet tureckie obywatelstwo i dla wielu kibiców znany jest jako Kaan Dobra. Już wtedy wyjazd do Super Lig oznaczał przede wszystkim ogromny skok finansowy, ale dla niektórych okazał się ciekawym oknem wystawowym przed transferem do silniejszej ligi, czego najlepszym dowodem jest właśnie Kosecki.
- Trzeba pamiętać, że piłkarz to także człowiek, nie maszyna czy piksel w grze od EA Sports, więc miejsce do gry wybiera nie tylko na bazie prestiżu klubu czy ligi oraz pieniędzy, ale także miejsca do życia. Turcja to świetny kraj, nie tylko dla turystów, ale także dla kogoś, kto miałby tam zostać na dłużej. To raj i wielu piłkarzy chętnie zamieniłoby Zabrze czy nawet Wrocław na Stambuł i Antalyę. Sama liga potrafi być świetną trampoliną do dalszej kariery. Piłkarz, który w innej lidze byłby “szarą myszką”, w Turcji może zmienić się w rasowego kota, któremu podkładają najlepsze jedzenie, wszyscy go głaszczą i noszą na rękach. Do tego dochodzi oczywiście też kwestia finansów, bo płacą tam naprawdę dobrze - opowiada w rozmowie z nami Krzysztof Gerlak, specjalista od tureckiej piłki.
Tamtejszy rynek otworzył się mocniej na naszych piłkarzy w okolicach 2010 roku. W pewnym momencie w kadrze Trabzonsporu było aż czterech Polaków, z Adrianem Mierzejewskim na czele. Przez kilka kolejnych lat ruch na trasie Warszawa - Stambuł nieco osłabł, aż w końcu rozkwitł na nowo w sezonie 2019/2020. Od tego czasu tylko w trakcie jednego okna transferowego do Turcji nie trafił żaden nasz rodak, a tak co rundę w Super Lig debiutuje kolejny polski piłkarz.
- Lata temu taką laurkę Polakom wystawiali seryjnie sprowadzani do Trabzonu Mirosław Szymkowiak, Arkadiusz Głowacki, bracia Piotr i Paweł Brożkowie czy wspomniany już Mierzejewski. Później temat wyhamował przy okazji ciągłych zmian Turków w temacie limitów obcokrajowców oraz kilku gorszych epizodów Polaków na tamtejszych boiskach. Renesansowi na pewno sprzyjają spektakularne wejścia w ligę Sebastiana Szymańskiego i Krzysztofa Piątka, niezawodność Jakuba Szumskiego i Michała Nalepy, a także to, jak bardzo rokuje Jakub Kałuziński. Do tego dochodzi po prostu dobry stosunek jakości do ceny. Polacy nie są wśród najlepiej zarabiających piłkarzy ligi, a jednocześnie nie generują w ostatnich latach tak spektakularnych wpadek jak często gwiazdy sprowadzane z lig TOP5 - mówi nam z kolei Filip Cieśliński, znawca tureckiego futbolu.
Zaczęło się od “Sebomanii”
Aktualnie polską kolonię w Turcji tworzy tak naprawdę 13 naszych rodaków występujących na dwóch najwyższych poziomach rozgrywkowych. 10 z nich reprezentuje barwy klubów z Super Lig: Krzysztof Piątek i Patryk Szysz (Istanbul Basaksehir), Sebastian Szymański (Fenerbahce), Jakub Kałuziński (Antalyaspor), Kacper Kozłowski (Gaziantep), Jan Biegański (Sivasspor), Mateusz Lis (Goztepe), Jakub Słowik (Konyaspor), Kamil Piątkowski (Kasimpasa) oraz Przemysław Frankowski (Galatasaray). Natomiast w 1. Lig takich zawodników jest trzech: Michał Rakoczy (Ankaragucu), Michał Nalepa (Genclerbirligi), a także Jakub Szumski (Sakaryaspor).
- Tak naprawdę wszystko zaczęło się od “Sebomanii”, czyli po transferze Sebastiana Szymańskiego do Fenerbahce. W zeszłym sezonie grał jak z nut, był gwiazdą całej ligi. W związku z tym tureccy skauci zauważyli, że ściąganie Polaków może okazać się podwójnie owocne - raz będziesz miał piłkarza na już, a dwa w perspektywie możesz go drogo sprzedać. Pomogli też Adam Buksa czy Piątek, którzy również wyróżnili się ponadprzeciętną jakością i formą. Oczywiście turecka “życiówka” tego drugiego przypada na ten sezon, ale poprzedni także miał dobry. To dzięki nim pewnie już wkrótce kolejni polscy piłkarze będą mogli rezerwować swoje bilety nad Bosfor - opowiada Gerlak.
Buksy w Turcji już nie ma, choć mógłby do dzisiaj z powodzeniem tam występować. Po udanym poprzednim sezonie w Antalyasporze miał ofertę z Besiktasu, ale zdecydował się na transfer do FC Midtjylland. Szymański i Piątek są do dziś wiodącymi postaciami w całej lidze. Ten pierwszy w obecnym sezonie nie notuje może takich spektakularnych liczb jak w poprzednich rozgrywkach, ale nadal jest kluczową postacią w talii Jose Mourinho, który zimą wykluczał jego transfer. Pod względem indywidualnym spektakularny okres notuje zamiast niego popularny “Il Pistolero”. Z 18 golami na koncie przewodzi klasyfikacji strzelców i wyprzedza takich graczy jak Victor Osimhen czy Edin Dżeko.
- Piątek trafił do Basaksehiru ze sporym bagażem doświadczeń i klub wykonał rewelacyjną pracę, aby ten wrócił do najlepszej formy. Tylko w jego gestii pozostaje, czy wróci na europejską karuzelę, czy pozostanie w miejscu, które daje mu pełen komfort. Fenerbahce było dla Szymańskiego natomiast trampoliną, po której szybko mógł trafić do klubu z którejś z ligi TOP5. Potem ta jego kariera nieco wyhamowała, ale nadal ma spore szanse na transfer życia. Mały efekt trampoliny spotkał już przecież Mateusza Lisa, który po świetnym czasie w Altayi trafił do grupy Ankersena i gra teraz w Turcji w znacznie mocniejszym klubie, a przy okazji w CV pojawiło mu się Southampton. Cały czas na głośny ruch pracuje też Jakub Kałuziński - wylicza Cieśliński.
Koniec umieralni
Bo Polacy w Super Lig to nie tylko Szymański czy Piątek, ale też ósemka innych piłkarzy. Spośród tej grupy regularnie nie gra tylko Patryk Szysz, który wciąż nie może wrócić do formy po kontuzji kolana. Od pewnego czasu na zdrowie narzeka też Jan Biegański, wcześniej notujący jednak kolejne minuty w Sivassporze. Reszta Polaków należy do wyróżniających się zawodników w swoich zespołach. Na szczególną uwagę zasługuje dwójka naszych bramkarzy o zwierzęcych nazwiskach, czyli Lis i Słowik.
- Nie można zapomnieć o tych nieco bardziej cichych bohaterach jak właśnie ten duet. Obaj robią fantastyczną robotę między słupkami swoich drużyn. Pierwszy zrobił z Goztepe awans, a teraz jest jednym z liderów oraz kapitanem rewelacji tego sezonu. Drugi z kolei rok temu uratował Konyaspor przed spadkiem, a aktualnie nadal jest pewnym punktem tej ekipy. To również oni, nie bramkami, ale pracowitością, pewnością czy przywództwem wykreowali wiele kolejnych ścieżek dla rodaków - być może tych, którzy mają odpowiadać za zabezpieczenie tyłów, a nie bramki jak np. Piątek - zauważa Gerlak.
Rośnie wartość rynkowa Kałuzińskiego, od którego w obecnym sezonie więcej asyst ma tylko czterech piłkarzy. Swoją formę powoli stabilizuje Kozłowski. Niemal wszystko od deski do deski gra Piątkowski. Frankowski pewnie zmierza po swoje pierwsze mistrzostwo w karierze. A i na zapleczu na regularne minuty mogą liczyć Nalepa, Szumski i Rakoczy. W Turcji Polacy nie tylko widnieją więc w kadrach poszczególnych zespołów. W zdecydowanej większości oni rzeczywiście stanowią o sile tych drużyn. Jeśli się to nie zmieni, w kolejnych latach powinniśmy obserwować kolejnych naszych rodaków trafiających nad Bosfor.
- Turcja w ostatnich latach umiejętnie zrywa z łatką umieralni piłkarskich talentów, do której trafia się wyłącznie na wcześniejszą emeryturę. Wygląda na to, że na jakiś czas porzucono też temat zaostrzania limitów obcokrajowców. Nic nie stoi więc na przeszkodzie, aby Polacy zagościli tam na dłużej. Ta miłość zdaje się być zresztą bilateralna, bo i polskie kluby coraz częściej sięgają po graczy z Super Lig, a tylko w ostatnim czasie właśnie do Ekstraklasy trafili Jani Atanasow, Ajdin Hasić czy Martin Minczew. Duża grupa Polaków w Turcji sprzyja kolejnym takim ruchom. Piłkarze znają się, spotykają ze sobą i organizują życie tak, żeby mieć czas na częstsze kontakty. Budowanie drugiej ojczyzny w taki sposób jest potencjalnie znacznie bardziej długotrwałe niż przy partyzanckich wypadach na jeden sezon, jakie zdarzały się Polakom w Super Lig kilka lat temu - podsumowuje Cieśliński.