Nieudolna Borussia. Kiedy wreszcie rzuci wyzwanie Bayernowi? "Nie można się tym zasłaniać w nieskończoność"
“Kiedy Bayern będzie miał słabszy okres, musimy być gotowi, by go zaatakować”. Słowa, które w Bundeslidze mają podobną wartość, jak te o wyciąganiu wniosków po porażkach. Powtarzają je wszyscy, którzy mają ambicje, by liczyć się w walce o czołowe lokaty. W tym Borussia Dortmund. A na koniec tytuł i tak wędruje do Monachium.
Czy to w Dortmundzie, czy w Lipsku, czy Leverkusen, czy w każdym innym miejscu w Bundeslidze - wszędzie mają świadomość, że aby ograć Bayern, trzeba samemu rozegrać sezon życia i liczyć na to, że po drodze dominator wpadnie w turbulencje. Nie da się pokonać monachijczyków tylko i wyłącznie własną siłą.
Wymarzona 80
W minionej dekadzie tylko czterokrotnie zdarzało się, by Bayern nie osiągał na koniec sezonu 80 punktów. Najgorszy dorobek zanotował w ubiegłym sezonie, notując 77 “oczek” na finiszu rozgrywek. Wartość i tak praktycznie nieosiągalną dla nikogo w lidze. Borussii Dortmund tylko raz w historii udało się przekroczyć barierę 80 punktów - w sezonie 2011/2012 pod wodzą Juergena Kloppa. Poza tym przypadkiem, tylko Thomasowi Tuchelowi w sezonie 2015/2016 udało się zdobyć 78 punktów, a więc pobić najgorsze osiągnięcie Bayernu w ostatnim dziesięcioleciu. O Lipsku, Bayerze czy kimkolwiek innym nawet nie ma co pisać, bo oni nie są w stanie uzbierać choćby 70 punktów w sezonie. Jak to mawiał Fred w “Chłopaki nie płaczą” - to, co dla jednych jest sufitem, dla innych jest podłogą.
Reasumując te wyliczanki - żeby stanąć w szranki z Bayernem, musisz celować w 80 punktów na koniec sezonu. Tylko wtedy masz realną szansę wykorzystać jego potknięcia. Mówiąc inaczej, w jednej rundzie powinieneś zdobyć 40 punktów. Biorąc pod uwagę fakt, że nie da się wygrać wszystkich spotkań, musisz celować w 12 zwycięstw w 17 meczach i możesz sobie pozwolić na tylko jedną porażkę. Załóżmy, że z Bayernem. Mówiąc inaczej - jeśli chcesz rzucić wyzwanie Bayernowi, wcale nie musisz z nim wygrywać bezpośrednich starć. Możesz przegrać nawet oba mecze, Ale absolutnie nie możesz pozwalać sobie na porażki z Werderem, Kolonią czy Unionem.
Inwestycje
Nawiązuję oczywiście do Borussii Dortmund, która ma ambicje, by bić się z Bayernem o trofea. Pokazują to wydatki na transfery. Tylko w ciągu ostatnich pięciu lat Borussia wydała na nowych piłkarzy grubo ponad pół miliarda euro! Oczywiście, gros z tych środków sama sobie wygospodarowała, kupując tanio światowe supertalenty, które po oszlifowaniu sprzedała potentatom za krocie, nie zmienia to jednak istoty rzeczy. Nie wydawałaby takich środków, gdyby nie miała z tyłu głowy permanentnej myśli o rzuceniu rękawicy Bayernowi. Nawet jeśli w Monachium wydają tych pieniędzy jeszcze więcej i nawet jeśli Hans-Joachim Watzke wraz z Michaelem Zorkiem nieustannie zaciągają hamulec ręczny i do znudzenia zwracają uwagę na to, jak wielki dystans dzieli ich jeszcze finansowo od Bayernu. Ale gdy wydajesz w ciągu pięciu lat ponad 500 mln euro na same transfery (nie licząc gaż czy prowizji), to jednak kibice mają prawo oczekiwać, że pokonasz beniaminka z Bremy, czy zbieraninę piłkarskich odrzutów z Kolonii i że przekujesz słowa w czyn - wykorzystasz wreszcie fakt, że Bayern ma znowu słabszy okres. Albo przynajmniej postawisz go pod ścianą i pod presją wyniku, by musiał cię gonić, a nie uciekał przed tobą.
Terzic do poprawki
Marco Rose nie zdołał zaskarbić sobie wielkiej sympatii wśród sympatyków Borussii Dortmund. Raz, że okres jego pracy kosztował klub blisko 15 mln euro (5 mln odstępnego dla Gladbach, 5 mln rocznego uposażenia i blisko 5 mln odprawy), a dwa, że wyniki były dalekie od oczekiwanych. BVB strzelała co prawda jak na zawołanie (85 bramek w 34 meczach w samej lidze, czyli 2,5 gola na mecz), ale także bardzo dużo goli traciła (52 w 34 meczach, średnia 1,52). 69 punktów zdobytych w 34 kolejkach też trudno było uznać za sukces, bo to zaledwie nieco ponad dwa punkty na mecz. Aby utrzymywać się na kursie “80”, średnio trzeba zdobywać po 2,3 punkta na jedno spotkanie.
W Borussii zmieniono więc trenera i postawiono na ukochanego syna Dortmundu, czyli Edina Terzicia. W klubie przez lata poszukiwano, jeśli nie klona, to chociaż namiastki Juergena Kloppa, a więc trenera, z którym utożsamiałby się tłumy na trybunach, kogoś, kto będzie miał czarno-żółte serce, kto tchnie w cały klub nową nadzieję, kto wyzwoli euforię wśród kibiców. Terzic to nie tylko dortmundczyk z urodzenia, ale i zatwardziały fan BVB. Także dlatego ma wręcz nieograniczony kredyt zaufania, zarówno u bossów, jak i wśród sympatyków drużyny. Jestem przekonany, że gdyby inny trener miał po dziesiątej kolejce ligowej taki bilans, jaki ma obecnie Terzic, to dyskusja o jego kompetencjach i o tym, czy to właściwy trener dla Borussii, byłaby zdecydowanie bardziej intensywna.
Dziesięć meczów w lidze to może nie jest wielka próba, na podstawie której można snuć daleko idące wnioski, tym niemniej bilans Terzicia daleki jest od “ok”. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni Borussia na obecnym etapie sezonu miała ujemny bilans bramkowy. Nie pamiętam, kiedy miała zaledwie 13 strzelonych goli. W analogicznym momencie poprzednich rozgrywek na jej koncie widniało ich już aż 27. Ktoś powie, że to efekt braku Erlinga Haalanda, który przykrywał swoimi golami wiele problemów, jakie trapiły ten zespół. I po części będzie miał rację. Ale tylko po części. Bo Rose też musiał sobie w wielu meczach radzić bez Norwega. Nie miał też do dyspozycji ani Anthony’ego Modeste’a, ani Karima Adeyemiego, a mimo tego średnie punktowe i średnie zdobywanych goli bez Haalanda wcale tak drastycznie nie spadały. Bez Haalanda na boisku Borussia strzelała średnio 2,2 gola na mecz, traciła 1,2 i zdobywała średnio 1,9 punktów. W każdym z tych aspektów była więc lepsza od drużyny z bieżącego sezonu. Mówiło się, że Terzic ustabilizował grę defensywną BVB. Tymczasem, mimo transferów Niklasa Suelego, Nico Schlotterbecka czy Saliha Ozcana, zespół ma już aż 14 straconych bramek, czyli zaledwie jedną mniej, niż po dziesięciu kolejkach ubiegłego sezonu. Sezonu, w którym na wyczucie dortmundczycy tracili gole przy niemal każdej nadarzającej się ku temu sposobności.
Oczywiście, broń Boże, nie nawołuję do zwalniania Terzicia. To bardzo wczesny etap jego pracy. Jeśli ma to być efekt długofalowy, to należy cierpliwie poczekać. Ale - skoro już jesteśmy przy terminologii filmowej - Edin “to nie jest żubr, żeby go trzymać pod ochroną”. Dostał do prowadzenia klub z ogromnymi aspiracjami i niemałymi możliwościami. Nawet jeśli kibice utyskują na bossów i przez pryzmat nie zawsze trafionych transferów to ich w największym stopniu obarczają za to, co się dzieje z Borussią w ostatnich latach, a Hummels grzmi w mediach na swoich kolegów z drużyny, to i trener nie może uciekać od odpowiedzialności za wyniki. Tym bardziej, że komfort pracy ma zdecydowanie większy niż poprzednik, a liczby wykręca - póki co - znacznie gorsze.
Skrzydłowi na alibi
A propos krytyki ze strony Hummelsa - po meczu z Sevillą drugi kapitan BVB wyraził niezadowolenie z gry niektórych piłkarzy. Narzekał, że często wybierają oni na boisku skomplikowane rozwiązania i że zbyt często próbują robić coś nadzwyczajnego, zamiast skupić się na tym, co potrzebne i właściwe.
Po spotkaniu z Unionem odniósł się bezpośrednio do Karima Adeyemiego, którego nieudane zagranie piętką doprowadziło do straty drugiego gola. Hummels stwierdził z przekąsem, że czasem wystarczy zagrać bezpieczne podanie do tyłu na 20 metrów, nawet jeśli nie trafi się dzięki niemu na kanały społecznościowe. Oczywiście, błąd Adeyemiego był w tej sytuacji niezaprzeczalny. Ale jeśli ze statystyk meczowych wynika, że ofensywni zawodnicy występujący w bocznych sektorach boiska, czyli Malen i Adeyemi, nie wykonali ani jednego udanego dryblingu w tym spotkaniu (Adeyemi nie podjął nawet choć jednej próby dryblingu!), to zastanawiam się, czy taka medialna połajanka nie sprawia, że piłkarze BVB boją się potem podejmować ryzyko na boisku. W spotkaniu z Unionem grali bardzo bezpiecznie. Co z tego, że posiadali piłkę przez blisko 70% czasu, skoro było to posiadanie jałowe i nic z niego nie wynikało. W większości akcji grali wszerz boiska w okolicach linii środkowej. Jakby w głowie ciągle dzwoniły im słowa Hummelsa, że lepiej zagrać do tyłu i bezpiecznie i mieć “czyste kapcie”.
Aby pokonać Bayern, wcale nie musisz go ogrywać
Oczywiście, trzeba mieć na uwadze, że nie wszystko w Dortmundzie zafunkcjonowało od początku sezonu tak, jak to sobie zaplanowali. Znów mają mnóstwo kontuzji, znów dopadają one klubowych graczy. Ogromnym ciosem była dla nich diagnoza o wykryciu nowotworu jądra u Sebastiana Hallera, gdyż to on miał być centralną figurą w ataku Borussii. Jedni powiedzą, że to klucz, bo żeby nawiązać walkę z Bayernem, musisz mieć trochę szczęścia i wszystko musi ci się optymalnie ułożyć. Z drugiej strony jednak - BVB ma wystarczająco silną kadrę i bez Hallera, by wygrywać z Kolonią czy Werderem oraz powalczyć o punkty z Unionem oraz Lipskiem.
Aby pokonać Bayern na długim dystansie, wcale nie musisz go ogrywać w pojedynczych meczach. Wystarczy, że będziesz lepszy od reszty, a wtedy szansa sama się pojawi. Taki też musi być cel Borussii. Nie można w nieskończoność zasłaniać się tym, że w Monachium są zdecydowanie większe możliwości finansowe. Owszem, są, ale i w Dortmundzie mają pod tym względem olbrzymią przewagę nad pozostałymi drużynami w lidze. I cały problem polega na tym, że często tego nie widać na boisku. Zbyt często. Borussia nie potrafi nawiązać walki z Bayernem nie dlatego, że jest od niego słabsza finansowo, a dlatego, że nie ogrywa tych, którzy od niej samej są pod tym względem wiele słabsi.