Niespodziewany spadkowicz z Premier League? Kłopoty reprezentanta Polski. Nowy trener, stare problemy

Niespodziewany spadkowicz z Premier League? Kłopoty reprezentanta Polski. Nowy trener, stare problemy
James Holyoak/Pressfocus.pl
Gdy na Elland Road zadrżała ziemia, a Marcelo Bielsa został zwolniony, wielu kibiców Leeds United niemal pogodziło się ze spadkiem. W ich opinii zwolnienie Argentyńczyka było równoważne z podpisaniem wyroku skazującego. To niezwykle pesymistyczne podejście stara się zmienić jego następca - Jesse Marsch. Ma jednak niezwykle trudne zadanie.
Gdy w 1990 roku Polska stała przed wyborem nowego prezydenta, jeden z polityków wypalił: "Z Mazowieckim będziemy tylko powoli tonąć, a z Wałęsą cholera wie, co się wydarzy". Zarząd Leeds United kilkanaście dni temu kierował się podobną maksymą. Dla nich, wbrew temu, co uważali kibice, dalsza współpraca z Marcelo Bielsą oznaczała jedną rzecz - spadek do Championship. Wobec tego włodarze postawili na Jessego Marscha. Amerykanina, który przeszedł przez wszystkie etapy pracy dla piłkarskiego Red Bulla, a przy tym trenera zupełnie od Argentyńczyka innego.
Dalsza część tekstu pod wideo
Chociaż sam Marsch już na początku starał się podkreślić, że będzie kontynuował myśl trenerską Bielsy, różnice między dwojgiem szkoleniowców są widoczne gołym okiem. Dotyczą nie tylko oczywistych kwestii fizis, pracy dla wielkiego koncernu stojącego w niejakiej opozycji do romantycznej wizji świata, ale przede wszystkim podejścia do futbolu. Jesse Marsch nie jest może cudotwórcą, ale przede wszystkim nie ma w sobie genu autodestrukcji.
Amerykanin, podobnie jak włodarze, zdaje sobie sprawę, że podążanie ścieżką ukształtowaną przez Argentyńczyka jest pędzeniem na zderzenie czołowe. Problem w tym, że Leeds United jest w tym starciu wysłużoną Ładą, natomiast reszta stawki Premier League jedzie wozem pancernym podrasowanym na potrzeby opowieści ze stajni DC lub Marvela. Zadaniem nowego szkoleniowca "Pawi" jest zmiana tego kursu. Pytanie, czy wystarczy czasu.

Pierwsze wrażenie

Starcie z Leicester City - debiut Marscha u sterów Leeds United - było niczym powiew świeżego powietrza. Orzeźwiło kibiców, pokazało, że można grać inaczej. Wcześniej, jeszcze za kadencji Marcelo Bielsy, ekipa z Elland Road straciła czternaście goli (sic!) w trzech spotkaniach. Jasne, rywalem był kolejno Manchester United, Liverpool i Tottenham, lecz łatwość z jaką przeciwnicy rozrywali na strzępy defensywę Leeds była zatrważająca.
Marsch - przynajmniej na pierwszy rzut oka - zdołał to zmienić. Z Leicester City jego zespół nie tylko wyglądał na lepiej zorganizowany, ale faktycznie funkcjonował znacznie spójniej, jak jeden organizm. Amerykanin już na samym początku zrezygnował z morderczego krycia jeden na jednego, które u Marcelo Bielsy było rozciągnięte na całą powierzchnię boiska. Zamiast tego postawił przede wszystkim na strefowe zapobieganie atakom rywala i trzeba przyznać, że przeciwko "Lisom" wyglądało to cokolwiek dobrze.
Mądrzej też zakładano pressing. Wcześniej opierał on się na szaleńczej pogoni, atakowaniu przeciwnika niemal przez 90 minut. Efektem było snucie się, które urosło do miana cechy charakterystycznej dla zawodników Leeds United. Komentatorzy i eksperci często zarzucali piłkarzom, że ci biegają po prostu zbyt wolno. Jednocześnie nikt się nie dziwił, bowiem tempo wymagane przez Marcelo Bielsę potrafiło okazywać się mordercze.
Marsch również jest zwolennikiem agresywnego pressingu, ale teraz "Pawie' podchodzą do niego znacznie rozważniej. Przeciwko Leicester City starali się naciskać główne na boczne sektory boiska, wykorzystując niepewność grających tam podopiecznych Brendana Rodgersa. Na pozorne efekty nie trzeba było długo czekać, bowiem Leeds pierwszy raz od kilku miesięcy biegało równo od pierwszej do ostatniej minuty.
Co za tym idzie - było w stanie postawić rywalowi konkretne warunki. Marsch w swoim debiucie nie zdołał poprawić tylko jednej rzeczy. Szkopuł w tym, że to właśnie ona zaważyła o końcowym wyniku. Leeds United z "Lisami" zabrakło skuteczności lub, jak kto woli, szczęścia. VAR nie zasugerował karnego przy faulu Soyuncu na Rodrigo, Schmeichel zatrzymał Raphinhę i Harrisona, natomiast strzał Juniora Firpo został wybity z linii bramkowej.
Tymczasem po drugiej stronie wystarczyła jedna dobra akcja Barnesa i Iheanacho. Anglik trafił do siatki, zrobiło się 1:0, a ekipa trenera rodem z USA nie zdołała odrobić strat. Nadzieje po godzinie gry były większe niż u Dickensa, lecz ostateczny wynik uderzył fanów Leeds United prozą codzienności. Mecz z Leicester City tchnął wiarę, ale był zarazem szóstą porażką w ostatnich siedmiu meczach ligowych.

Sprowadzenie na ziemię

Ta fatalna seria sama w sobie popycha Leeds United w kierunku rozpaczliwej walki o utrzymanie. Tym bardziej, że w kolejnym spotkaniu "Pawie" nie zagrały już tak dobrze jak w debiucie Marscha. Starcie z Aston Villą było meczem bolesnym, gdzie ofensywnie usposobieni obrońcy Stevena Gerrarda - głównie Matty Cash - raz po raz przełamywali defensywę. Skończyło się na trzech ciosach prosto w szczękę i wylądowaniem na deskach.
O ile mecz z Leicester City dawał powody do optymizmu, o tyle starcie z "The Villans" ten powiew zmian zupełnie zatrzymało. Jesse Marsch zaraz po spotkaniu z "Lisami" stwierdził, że jest pewny utrzymania, jeśli tylko jego drużyna będzie grała w podobny sposób. Okazało się jednak, że uzyskanie takiej konsekwencji jest szalenie trudne, bo Leeds ma problemy nie tylko pod swoją bramką, ale i bramką rywala.
Ponownie - z Leicester City zawodziła skuteczność, ale były konkretne okazje. Współczynnik bramek spodziewanych (xG) szalał w okolicach 5. Natomiast przeciwko Aston Villi zawodnicy Amerykanina oddali tylko jeden celny strzał na bramkę! W dodatku była to próba na tyle słaba, że Emiliano Martinez mógł się jedynie uśmiechnąć, gdy widział piłkę zbliżającą się w jego kierunku.
Tym samym Leeds w czwartym kolejnym spotkaniu nie zdołało strzelić gola. To pozwala na postawienie zasadniczego pytania - jeśli twoja defensywa nie funkcjonuje prawidłowo, natomiast siła ognia jest wyraźnie ograniczona, to czym chcesz się utrzymać w Premier League? Na ten moment "Pawie" mają punkt przewagi nad Evertonem oraz dwa nad Burnley, ale oba te kluby rozegrały mniej spotkań. Widmo spadku już nie zagląda w oczy, ale odbija się w lustrze.
Mecz z Aston Villą może być dowodem na to, że Jesse Marsch po prostu otrzyma zbyt mało czasu.

Pokonanie legendy

Amerykanin na Elland Road musi zmierzyć się nie tylko z kwestiami taktycznymi w skali mikro, ale właściwie przeorganizować całe funkcjonowanie drużyny na boisku. Ma na to mniej niż pół sezonu, podczas gdy projekt Marcelo Bielsy był budowany od 2018 roku, a pierwsze przetarcia w Championship były dość bolesne. Argentyńczyk dysponował jednak komfortem. Marsch zupełnie go nie ma.
Został wszak zatrudniony z myślą o utrzymaniu w Premier League, lecz będzie to robota diabolo trudna. Widać to już po suchych statystykach - Leeds ma bezwzględnie najgorszą defensywę w lidze (64 stracone bramki) oraz co najwyżej przeciętny atak - strzelili w tym sezonie 29 goli, to dopiero szósty wynik w całej stawce. Ponadto Amerykanin, jako jedyny trener, który walczy o pozostanie w elicie, musi zmierzyć się z pokonaniem legendy, wejść w czyjeś buty i przekonać zawodników do swojej wizji, mimo że coś innego było im wpajane przez kilka lat.
To nie jest łatwa misja, nawet jeśli koniec przygody Marcelo Bielsy był rozczarowujący dla każdej ze stron, a Marsch zarzeka się, że nie będzie próbował zmienić miliona rzeczy. Problem w tym, że musi ten milion zmienić. Leeds United - mimo tego przebłysku z Leicester City - dopadła stagnacja, z której wygrzebać się jest niezwykle trudno. Wpływ na to ma kilka czynników, których suma czyni z zadania Amerykanina misję o niezwykle wysokim stopniu ryzyka.
W końcu były szkoleniowiec RB Lipsk musi nie tylko dobrać zupełnie nową taktykę, ale też jakoś ulepić zespół, którego podstawowi zawodnicy regularnie wypadają z powodu kontuzji. Jak pokazuje ankieta przeprowadzona przez "The Athletic", aż 63% obwinia urazy za słabe wyniki drużyny w tym sezonie. Ciężko się takiemu podejściu dziwić - najlepszy napastnik (Patrick Bamford) i prawdopodobnie najlepszy piłkarz (Kalvin Phillips) rozegrali w tym sezonie łącznie 29,5% możliwych minut. Znalezienie złotego środka, który zrównoważy te braki, to coś z czym Bielsa nie mógł poradzić sobie właściwie od początku bieżących rozgrywek. Siłą rzeczy to też coś, co jeszcze bardziej utrudnia pracę Marscha.
Brakuje punktów, brakuje zawodników, kadra jest wąska niczym Dom Kereta, a nowy trener ma zaskakująco mało czasu, by posprzątać chaos, z którego poprzednik ukształtował obecne Leeds United. Misja stojąca przed amerykańskim trenerem jest znacznie trudniejsza niż to, co spotkał na swojej drodze tytułowy bohater serialu Ted Lasso (został zatrudniony w myśl zasady "na złość babci odmrożę sobie uszy"). Chociaż biorąc pod uwagę sytuację na Elland Road bardziej trafne będzie porównanie Jessego Marscha do misji Nicka Nolte'a i Eddiego Murphy'ego w "48 godzinach".

Przeczytaj również