Niedawno najlepszy obrońca świata, teraz piłkarz z problemami. "To świadczy o jego bezradności"
Virgil van Dijk - nazwisko przez długi czas budzące strach i podziw wśród zawodników, zwłaszcza tych ofensywnych, którym przychodziło grać przeciwko - zdaniem wielu - jednemu z najlepszych środkowych obrońców w historii Premier League. Rzeczywistość piłkarska jednak szybko się zmienia, a holenderski defensor jest tego znakomitym przykładem.
Liverpool w bieżącej kampanii srogo zawodzi swoich fanów. Chyba najwięksi pesymiści nie sądziliby, że po dziewięciu kolejkach ligowej rywalizacji, “The Reds” do liderującego Arsenalu tracić będą aż 14 punktów. Nawet jeśli podopieczni Kloppa rozegrali na razie jeden mecz mniej niż większość zespołów. Nie zmienia to smutnej rzeczywistości. Liverpool na osiem spotkań wygrał dwa, zremisował cztery i przegrał dwa.
Diagnoza problemu
- Nie ma nas w wyścigu po mistrzostwo kraju. Wyobraźcie sobie, że siedzę tutaj i opowiadam o tym, że jesteśmy blisko celu… Mamy dużo problemów, ale są pozytywy. Graliśmy z Arsenalem, ekipą w świetnej formie i pomimo naszej fatalnej sytuacji oraz wielu złych decyzji, które zagrały przeciwko nam, wciąż stworzyliśmy im realne zagrożenie. Taka jest prawda - mówi o problemach trener Jurgen Klopp, jednocześnie szukając pozytywów.
Jednym z głównych powodów niepowodzeń jest beznadziejna gra w defensywie, której ostoją zwykł być Virgil van Dijk. Holender w ostatnich latach kreowany był na nieomylne monstrum, które potrafi powstrzymać razem z defensywą Liverpoolu każdą drużynę świata. I rzeczywiście, powszechna opinia o van Dijku miała wiele wspólnego z prawdą. Holender w swojej najwyższej formie był czołowym, być może nawet najlepszym środkowym defensorem świata. Teraz jednak niektórzy zadają sobie - nieco żartobliwie - pytanie, czy jest on chociaż najlepszym… holenderskim obrońcą w Premier League.
Okrutne statystyki
Van Dijk trafił do Liverpoolu 1 stycznia 2018 roku. W każdym pełnym sezonie Premier League, tj. 2018/19, 2019/20, 2020/21 i 2021/22 z Holendrem w składzie “The Reds” tracili kolejno: 22, 33, 42 i… 26 goli, co daje średnio 0,58, 0,86, 1,10 i 0,68 bramki na mecz. Jak widać, jedynie w sezonie 2020/21 statystyka straconych goli odbiegała od normy. To była kampania, podczas której Holender był wykluczony z gry przez niemal cały sezon z powodu zerwania więzadeł krzyżowych w kolanie.
Można więc śmiało wywnioskować, że w ostatnich latach, kiedy Juergen Klopp mógł korzystać z usług reprezentanta Holandii, Liverpool miał bardzo niski wskaźnik straconych goli. Obecny sezon jest na ten moment anomalią - van Dijk jest zdrowy, a Liverpool mimo to traci sporo bramek. Obecnie, po ośmiu spotkaniach Premier League, przeciwnicy zdołali strzelić im 12 goli, co daje 1,5 gola na mecz. To znacznie więcej niż w sezonach poprzednich z dyspozycyjnym Holendrem, kiedy Liverpool tracił zdecydowanie mniej niż jedną bramkę na mecz.
Brak pewności siebie
To jak obecna gra van Dijka nie daje komfortu kolegom z boiskowego otoczenia, znakomicie oddaje sytuacja z 90. minuty meczu przeciwko Arsenalowi. Wystarczyło dalekie wybicie Aarona Ramsdale’a przed pole karne Liverpoolu. Van Dijk w swojej optymalnej formie szybko pozbyłby się zagrożenia, tymczasem teraz swoim zachowaniem stworzył duże zagrożenie, nie tylko dla bramki strzeżonej przez Alissona, ale i dla… zdrowia Gabriela Jesusa.
Przez brak pewności siebie i poczucia przestrzeni na boisku, przy spadającej z wysoka piłce, zdecydował o zostawieniu jej Alissonowi. Sęk w tym, że bramkarz nie spodziewał się takiej reakcji Holendra i pozostał w pobliżu swojej bramki. Gdy brazylijski golkiper zorientował się, że zza pleców van Dijka wybiega Gabriel Jesus, ten wyszedł naprędce w okolice 15. metra. W wyniku nieporozumienia napastnik Arsenalu został wzięty w kleszcze i padł na murawę. Niewiele brakowało, by zakończyło się to rzutem karnym.
- Pewność siebie to bardzo ważna rzecz. Wszyscy jesteśmy ludźmi, w niektórych momentach brakuje nam właśnie pewności siebie. Potrzeba jej trochę, żeby grać na najwyższym poziomie. Jeśli nie wygrywamy regularnie tak jak wcześniej, zaczyna nam jej brakować. Wiemy, że musimy ciężko pracować, tylko tym sposobem możemy iść do przodu - mówi sam van Dijk, nie ukrywając, że jest duży problem.
O poczuciu bezradności van Dijka świadczyć może też choćby nieudana próba zdezorientowania Bukayo Saki przed podejściem do wykonania rzutu karnego.
Złe wzorce
Gdy Harry Maguire przychodził w 2019 roku do Manchesteru United, miał być on konkurentem van Dijka do miana czołowego defensora w całej lidze. “Czerwone Diabły” za wszelką cenę chciały mieć “swojego van Dijka”. W tym sezonie bliżej do stwierdzenia, że to Liverpool ma “swojego Maguire’a”. A to określenie raczej nie należy do komplementów.
- Nie boję się odpowiedzialności. Wcale nie jestem idealny. Byłem chwalony w ciągu ostatnich kilku lat i to było w porządku, ale zawsze wspominałem, że nie tylko ja odnoszę sukcesy. Wszyscy odnosimy sukcesy razem - przypomina holenderski obrońca.
Rzecz jasna, świat mediów i społeczność kibiców lubi popadać ze skrajności w skrajność i należy mieć do tego dystans, ale niedawno van Dijk był w świadomości wielu najlepszym obrońcą świata, który swoją grą dawał spokój całej formacji defensywnej. Do tego wyprowadzenie piłki, którym dysponował, często otwierało szanse na skuteczne ataki “The Reds”. Obecnie tego brakuje.
Kibice drużyny z miasta Beatlesów muszą ściskać mocno kciuki za to, by obrońca zaczął przypominać najlepszą wersję siebie z ostatnich lat. Jeżeli zmiana formy pojedynczego zawodnika może zmienić oblicze całej drużyny, to trudno wybrać kogoś innego niż van Dijka. Skuteczność w grze i pewność siebie bijąca z jego twarzy jest niezwykle ważna dla całej drużyny.