Michael Jordan w piłkarskim wykonaniu. Dlaczego nie warto drażnić Cristiano Ronaldo

I took it personal - te słowa niejednokrotnie rozbrzmiewały w bębenkach widzów, śledzących z zapałem kolejne epizody produkcji Netflixa pt. “Last Dance”. Za paliwo Michaela Jordana służyła niezłomna chęć wzięcia na kimś rewanżu, udowodnienia swojej racji. Podobny zabieg motywacyjny od lat napędza innego wybitnego sportowca, Cristiano Ronaldo. Portugalczyka był nie raz i nie dwa deprecjonowany, ale jakiekolwiek niepochlebne opinie niemal zawsze odbijały się na samych krytykach.
CR7 ma już na karku 35 lat, z czego niemal połowę spędził będąc jednym z czołowych zawodników na świecie. Tak długa supremacja nie mogłaby się ziścić, gdyby nie odpowiednia mentalność, niepohamowany głód wygrywania, nieustanna chęć udowodnienia wszystkim wokół swojej wielkiej klasy. Od wielu lat toczą się debaty, czy najlepsza odsłona skrzydłowego to ta z Manchesteru United, gdy imponował dryblingami, czy jednak mniej widowiskowa, ale znacznie skuteczniejsza z czasów reprezentowania Realu. Odpowiedź na to pytanie jest zupełnie inna. Najlepszy Ronaldo to podrażniony Ronaldo.
Przełamać “Invincibles”
W sezonie 2004/05 wychowanek Sportingu dopiero stawiał pierwsze kroki na murawach Premier League jako etatowy skrzydłowy “Czerwonych Diabłów”. Ogromny talent oraz potencjał były jednak na tyle widoczne, że stał się celem ataków trybun, a także rywali podczas spotkania Manchesteru z Arsenalem. “Kanonierzy” mogli czuć się aż nazbyt pewni siebie, ponieważ przystępowali do pamiętnego pojedynku z bilansem 32 kolejnych zwycięstw na Highbury.
Pierwsza połowa mogła napawać podopiecznych Wengera optymizmem, ponieważ prowadzili 2:1. Cristiano schodził do szatni niepocieszony ze względu na docinki ze strony Henry’ego, który chciał zaserwować niedoświadczonemu młokosowi lekcję wychowania. Portugalczyk zrewanżował się jemu oraz kibicom, którzy rzucali w niego papierkami, kapslami i wszystkim, co akurat wpadło im w ręce.
Kakofonia gwizdów ustała w momencie, gdy 19-letni Ronaldo zapakował dublet. Po bramce dającej Manchesterowi prowadzenie bezceremonialnie podbiegł do trybuny najbardziej zagorzałych fanów londyńczyków, aby ich uciszyć. Świat po raz pierwszy ujrzał słynną już “calmę” w wykonaniu Portugalczyka. Nieopierzony skrzydłowy w pojedynkę odwrócił losy spotkania, przerywając serię domowych zwycięstw “The Gunners”. Henry już nigdy więcej nie odważył się kpić z jego umiejętności.
Żołnierz na posterunku
Przenosimy się w czasie o kilka lat naprzód. Cristiano Ronaldo jest już gwiazdą Realu i jednym z dwóch najlepszych piłkarzy globu. Rywalizacja z Leo Messim stanowi sól futbolu oraz powód do polemiki. Każdy z nas ma jakieś preferencje w kwestii tego, który z portugalsko-argentyńskiego tandemu jest tym najlepszym, ale niektórzy swoją opinię próbowali przekazać w dość niepochlebny sposób.
- Ja zawsze wybieram Messiego. To świetny piłkarz, ale też dobry, miły chłopak, dlatego zdobył taką sympatię. Z kolei Ronaldo zachowuje się jak żołnierz - odpowiadał ówczesny prezydent FIFA, Sepp Blatter, jednocześnie w karykaturalny sposób imitując żołnierski chód.
Szwajcar prędko otrzymał od Cristiano stosowną odpowiedź. Oczywiście nie przed mikrofonami, a w swoim żywiole, na boisku. Kilka dni po kontrowersyjnych słowach dygnitarza Real podejmował na Santiago Bernabeu Sevillę. Przed pierwszym gwizdkiem kibice mogli liczyć na wyrównane starcie, zażarty pojedynek, lecz ten wieczór to był popis jednego aktora. Ronaldo odprawił Andaluzyjczyków z kwitkiem, strzelając hat-tricka. Każde trafienie celebrował poprzez salutowanie. Chcieliście żołnierza, macie strzelaninę.
Nie drażnij bestii
Nie tylko słowa wysoko postawionych osób, ale i docinki kibiców mogą przyczynić się do wzmożonej motywacji. W czerwcu 2015 r. doszło do rywalizacji Armenii z Portugalią w ramach eliminacji do Mistrzostw Europy. Faworyt był jasny, aczkolwiek miejscowi kibice postanowili nieco zagrać na nosie lidera kadry Fernando Santosa. Rozgrzewka reprezentacji późniejszych triumfatorów na Starym Kontynencie upłynęła przy akompaniamencie skandowania nazwiska Messiego. Ormianie chcieli za wszelką cenę wyprowadzić CR7 z równowagi za co zapłacili słoną cenę.
Mimo że pierwszego gola zdobył Marcos Pizzelli, tego wieczoru na ustach wszystkich znalazło się nazwisko Ronaldo. Kapitan Portugalczyków w pojedynkę rozprawił się z Armenią, pakując podopiecznym Sargisa Hovsepyana hat-tricka. Ostatnią bramkę celebrował w nad wyraz znaczący sposób. Po tym wyczynie już nikt na stadionie raczej nie śmiał przywoływać nazwiska Argentyńczyka.
Kto celebracją wojuje, od celebracji ginie
Dwa lata później nastąpiło apogeum walki o światowy prymat. W trakcie wiosennego El Clasico Leo Messi upokorzył Real Madryt, znajdując drogę do siatki w ostatniej sekundzie spotkania. Lider Barcelony zrezygnował z klasycznej dedykacji dla zmarłej babci. Tym razem postanowił podrażnić trybuny na Bernabeu, ostentacyjnie pokazując swoje nazwisko na koszulce. Cristiano musiał przełknąć gorycz porażki, gorliwie pielęgnując w sobie chęć powzięcia stosownej wendety.
Okazja na bezpośredni rewanż nadarzyła się dopiero po kilku miesiącach, gdy ścieżki Katalończyków i “Los Blancos” zbiegły się w ramach krajowego Superpucharu. Pierwszy mecz rozegrał się na Camp Nou, a Ronaldo na murawie pojawił się dopiero w drugiej połowie. Kilkanaście minut wystarczyło, aby zaprezentować pokaz siły. W pierwszej ofensywnej akcji Portugalczyk z łatwością nawinął Pique, po czym posłał piłkę w samo okienko bramki strzeżonej przez ter-Stegena. Camp Nou oniemiało, a Cristiano momentalnie przypomniał sobie o celebracji Messiego. “Ty podbiłeś Bernabeu, ja jestem konkwistadorem Camp Nou. Teraz jesteśmy kwita” - mógł pomyśleć gwiazdor “Królewskich”.
Zmora “Cholo”
W 2015 r. Diego Simeone powiedział, że o wiele bardziej obawia się Leo Messiego, aniżeli całego tercetu Bale-Benzema-Cristiano. Ostatni element madryckiego trio postanowił nieco naprostować optykę szkoleniowca Atletico i już przy okazji kolejnych derbów Madrytu ukąsił trzykrotnie. A to dopiero było preludium odwetu i odbierania pewnych sygnałów “personalnie”.
Gdy Ronaldo przywdział trykot Juventusu, los skojarzył turyńczyków z “Rojiblancos” w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. Na 35-latka oczywiście nie czekał komitet powitalny, ale żądne krwi trybuny i sam “Cholo”, który nie wyciągnął wniosków z przeszłości. Drugą bramkę “Atleti” trener świętował niezwykle hucznie, prezentując jak hojnie został obdarzony. Wanda Metropolitano oszalało, mając niepowtarzalną okazję do górowania nad swoim odwiecznym rywalem. Cristiano sromotnie przegrał bitwę, lecz losy wojny rozstrzygnęły się dopiero w stolicy Piemontu.
Uno, dos, tres i koniec. W rewanżu CR7 wspiął się na absolutne wyżyny piłkarskiego rzemiosła. Oblak, Godin, Simeone i wszyscy w obozie “Los Colchoneros” pozostawali bezradni. Jego kolejne bramki po raz wtóry doprowadziły do łez madryckich kibiców. Tego wieczoru Cristiano udowodnił, że Mr. Champions League jest tylko jeden, a dwumecz nie kończy się po pierwszych 90 minutach.
Futbol, podobnie zresztą jak większość dyscyplin sportu, opiera się na mentalnym przygotowaniu i gotowości do ciągłych konfrontacji. Zarówno Michael Jordan, jak i Cristiano Ronaldo dobrze wiedzą, że nic tak nie motywuje jak pragnienie udowodnienia wyższości, obalenia szyderczych zachowań i prób odebrania należytego szacunku.
Na parkietach NBA boleśnie przekonała się o tym drużyna Detroit Pistons. W świecie piłki o swój autorytet od lat dba niezmordowany Portugalczyk. Ormianie, Henry czy Simeone na własnej skórze przekonali się, że nie warto dewaluować jego umiejętności. Zemsta może się okazać zbyt okrutna. Podrażniony Cristiano rani najmocniej.
Mateusz Jankowski