Majestatyczny geniusz, którego chcieli wszyscy. Najpierw musiał przejść tabloidowe piekło

Nie osiągnął tyle, co mniej utalentowani rówieśnicy. Przeszkodziły mu kontuzje. Albo zwyczajnie przeceniono jego potencjał. Joe Cole przeszedł jednak przez coś, czemu zapewne dałoby radę niewielu. Większość by się poddała. Każdy zamknąłby się w sobie. On nie zamierzał się poddać. W końcu za bardzo kochał popisywać się sztuczkami z piłką przy nodze.
- Nie zmieniasz się ty, zmieniają się ludzie wokół ciebie - wspominał jakiś czasu temu Joe Cole. - Idziesz do szkoły i nawet u dorosłych nauczycieli pojawia się zazdrość, zawiść. Stajesz się celem.
Najlepszy na Wyspach
- Joe Cole był najlepszym [nastoletnim] piłkarzem w Anglii, kiedy miał 15 lat - przywoływał wielokrotnie Harry Redknapp. Kto jak kto, ale były menedżer West Hamu United miał oko do talentów. Frank Lampard, Rio Ferdinand, Michael Carrick, Joe Cole - wszyscy ci zawodnicy byli wprowadzani do dorosłego futbolu w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia właśnie przez Redknappa.
To ten ostatni - niski, lecz niesamowicie wyszkolony technicznie - był spośród tego, jak się później okazało, wybitnego grona ceniony najwyżej. Nie tylko przez trenerów. Cole co prawda nie dorównywał popularnością o dwa lata młodszemu Sonny’emu Pike’owi, ale… aż tak wiele mu nie brakowało. Co miało, jakżeby inaczej, swoje negatywne konsekwencje.
- Kiedy miałem 15 lat, w jednym z tabloidów pojawiła się niedorzeczna historia - opowiadał po latach Cole. - Napisano w niej, że zarabiam o pięć tysięcy funtów tygodniowo więcej od premiera! Taka informacja znalazła się na okładce niedzielnego wydania wielkiego dziennika. Była zupełnie nieprawdziwa i wymyślona. Nie zarabiałem wówczas nic. Jak każdemu młodemu zawodnikowi Akademii West Hamu zwracano mi tylko pieniądze za dojazdy na treningi. Pamiętam, że poszedłem następnego dnia, w poniedziałkowy poranek, do szkoły i mój świat się zmienił. Ni z tego, ni z owego zostałem naznaczony.
W odróżnieniu od Pike’a, Cole’owi udało się potraktować tamtą sytuację jako wartościowe doświadczenie na przyszłość i część podróży, przez jaką musiał przejść. - Nigdy bym tego nie zmienił - powiedział już po zakończeniu kariery.
Niespełniony
Czy karierę Joe Cole’a można jednak uznać za spełnioną? Czy jeden z najbardziej utalentowanych nastolatków w historii angielskiego futbolu wykorzystał pełnię potencjału? Czy jest dziś wspominany jako jeden z najbardziej wybitnych piłkarzy swojego pokolenia?
Z pewnością nie. Lista osiągnięć 38-letniego dziś byłego reprezentanta kraju raczej nie rzuca na kolana. Po wszystkie swoje trofea sięgał jako zawodnik Chelsea. Każde z nich wywalczył na krajowym podwórku. Mowa o trzech tytułach mistrzowskich, dwóch Pucharach Anglii oraz po jednym Pucharze Ligi i Tarczy Wspólnoty. Indywidualnie tylko raz wybierano go do jedenastki sezonu Premier League. Dwukrotnie był uznawany najlepszym graczem rozgrywek w swoich klubach (raz w West Hamie i raz w Chelsea).
Liczbą sukcesów nie zbliżył się ostatecznie do… Lamparda, Ferdinanda ani Carricka. Wraz z nimi - i wieloma innymi - należy do niespełnionego pokolenia angielskich piłkarzy na arenie reprezentacyjnej. Choć aż czterokrotnie brał udział w międzynarodowych turniejach rangi mistrzowskiej (trzy razy w Mistrzostwach Świata i raz w Mistrzostwach Europy).
W drugiej części kariery problemy zdrowotne nie pozwalały Cole’owi na dobre rozwinąć skrzydeł. Nie zaaklimatyzował się w Liverpoolu. Nie sprawdził na dobre po powrocie do West Hamu. Rozegrał niewiele meczów w Aston Villi. Jego ostatnim angielskim klubem było występujące na poziomie trzeciej klasy rozgrywkowej (League One) Coventry City. Karierę kończył po drugiej stronie oceanu.
Majestatyczny
- Jako młody chłopak mógł pójść wszędzie: do Manchesteru United, Arsenalu, chciał go każdy klub w kraju. Alex Ferguson go uwielbiał, był zdesperowany, żeby go pozyskać. Ja miałem wtedy kilka nieprzespanych nocy - Harry Redknapp.
- Bez Gianfranco [Zoli], potrzebuję zawodnika, który potrafi dryblować. Uważam, że Joe Cole jest takim typem gracza. W mojej opinii może grać na każdej pozycji w pomocy, od lewej do prawej strony lub za dwójką napastników. Jest fantastyczny w sytuacjach jeden na jeden, bardzo inteligentny i bardzo dobrze podaje piłkę. Lubię go, gdy mecz jest zacięty. Potrafi dryblować, podawać, zdobywać bramki. Jest silny - Claudio Ranieri.
- Messi potrafi robić zdumiewające rzeczy, ale wszystko to potrafi również Joe, jeśli nie lepiej. W przeszłości szokował nas na treningach, wykonując sztuczki piłką golfową, których większość piłkarzy nie potrafiłaby zrobić normalną piłką - Steven Gerrard.
Powyższe opinie mówią wiele o wyjątkowym talencie i umiejętnościach, jakimi Joe Cole zachwycał na przestrzeni swojej kariery. Nie należy zapominać, że Anglik należał do ważnych zawodników pierwszej, mistrzowskiej drużyny Chelsea pod wodzą Jose Mourinho. W sezonach 2004/2005 i 2005/2006 był nie tylko podstawowym graczem “The Blues”, ale rzeczywiście niejednokrotnie rozstrzygał swoimi zagraniami i golami wspomniane, zacięte mecze. Być może nieprzypadkowo Cole opuścił z powodu kontuzji większość kolejnych rozgrywek, w których Chelsea straciła ligowy tytuł na rzecz Manchesteru United.
Późniejsze odejście z klubu Mourinho nie zahamowało jednak kariery ówczesnego reprezentanta Anglii na Stamford Bridge. Wręcz przeciwnie. To Cole został wybrany najlepszym zawodnikiem Chelsea w sezonie 2007/2008, zakończonym łamiącą serce porażką w finale Ligi Mistrzów. Dwa lata później żegnał się z klubem w chwale, jako mistrz kraju pod wodzą Carlo Ancelottiego.
Przebłyski swojego piłkarskiego geniuszu dawał zresztą w każdym ze swoich kolejnych zespołów. Nieliczne zdarzały się w Liverpoolu i z powrotem w West Hamie. Bardzo dobrze wspominają Cole’a w Lille, gdzie spędził sezon na wypożyczeniu. Autor tego tekstu określił jego umiejętności majestatycznymi, oglądając z wysokości trybun być może ostatni bardzo dobry występ Anglika na poziomie Premier League w koszulce Aston Villi.
Dwie twarze
Czy tylko kontuzje zahamowały jednak rozwój kariery Joe Cole’a? To nie przypadek, że wśród zacytowanych powyżej trenerów i zawodników, którzy zachwycali się umiejętnościami Anglika, nie było Jose Mourinho. Portugalski szkoleniowiec, jak wszystkich swoich podopiecznych, Cole’a oczywiście kochał. Ale na swój sposób. Zdarzało się, że nie szczędził mu cierpkich słów.
- Joe zdobył bardzo ważną bramkę - mówił Mourinho po jednym ze swoich pierwszych spotkań w roli menedżera Chelsea. - Dał nam dynamikę, kiedy wszedł na boisko. Ale po tym, jak strzelił gola, jego gra się skończyła. Potrzebowałem 11 zawodników, którzy będą pracować dla zespołu, a miałem tylko 10. Jeżeli chce regularnie grać w reprezentacji Anglii, musi się poprawić i być częścią organizacji zespołu w obronie. Musi wywrzeć wrażenie na mnie, nie na publiczności. Joe ma dwie twarze. Jedna jest piękna. Drugiej nie lubię.
Co ciekawe, podobnego zdania co Mourinho był sam… Pele.
- Numer 10 w Chelsea, Joe Cole, jest bardzo dobrym zawodnikiem i kiedy widziałem go przeciwko Charltonowi, był świetny w pierwszej połowie - opisywała legenda futbolu. Ma umiejętności Brazylijczyka, ale musi się nauczyć, kiedy pokazywać te umiejętności, a kiedy grać prostą grę. W drugiej połowie, kiedy mecz był bardzo zacięty, ciągle tracił piłkę, ponieważ za bardzo się starał, przez co Chelsea niemal przegrała.
Z czasem wszyscy zaczęli zdawać sobie sprawę nie tylko z niesamowitych umiejętności, ale również ograniczeń tego niezwykle utalentowanego, ofensywnie usposobionego pomocnika.
Tych chyba najczęściej spotykanych u piłkarzy o ponadprzeciętnych możliwościach technicznych. Cole niekoniecznie się wracał. Nie zawsze reagował po stracie. Odbudowanie ustawienia nie przychodziło mu z automatu. Mieć piłkę przy nodze uwielbiał tak bardzo, że momentami… ciężko przychodziło mu się z nią rozstawać. Dosłownie i w przenośni.
Choć przepowiednia Mourinho dotycząca występów Cole’a w narodowej reprezentacji akurat się nie sprawdziła. - Nawet, gdy wykonywał zbyt wiele sztuczek, w niewłaściwych miejscach o niewłaściwym czasie, zawsze trwałem w stawianiu na niego - z uśmiechem opowiadał znany z lekkiego serca selekcjoner Sven-Goran Eriksson.
Silnik
Być może istnieją zatem dwa powody, dla których Joe Cole - niegdyś cudowny nastolatek angielskiego futbolu - nie zrobił aż tak dużej kariery, jaką mu wróżono. Biorąc pod uwagę, przez co ten urodzony w Londynie wielokrotny reprezentant swojego kraju musiał przejść jeszcze tak naprawdę jako dziecko, i tak można jednak tylko chylić mu czoła (jak inaczej potoczyła się jego kariera w porównaniu do tej Sonny’ego Pike’a). Cole miał bowiem coś, co posiadali nieliczni. Oddajmy na koniec jeszcze raz głos Mourinho.
- Udzieliłem mu trochę pomocy, ale to on był silnikiem tego procesu. Jeżeli Joe odnosi teraz sukcesy, to dlatego, że zawsze był otwarty na krytykę, pomoc i chęć rozwoju. Nigdy się nie poddawał, kiedy to nie on dostawał szanse gry, więc zasługuje na wszystko, co mu się teraz przydarza.
Wojciech Falenta