Legia Warszawa z nim na ławce zachwycała w Europie. Teraz wraca zabić jej marzenia o Lidze Mistrzów

Legia Warszawa - nie bez problemów - pokonała pierwszy schodek w drodze do bram Ligi Mistrzów, wygrywając z Linfield FC 1:0. Teraz czeka ją jednak wyższy stopień. Omonia Nikozja, prowadzona przez starego i bardzo dobrego znajomego, Henninga Berga. Pod jego wodzą Legia święciła triumfy i godnie reprezentowała nasz kraj w Europie. Teraz Norweg zrobi wszystko, by z tej samej Europy “Wojskowych” wyrzucić.
Berg przychodził do Legii zimą 2013 roku. Zastąpił Jana Urbana, choć Legia w tamtym momencie prowadziła w tabeli Ekstraklasy, a nad drugim Górnikiem Zabrze miała pięć punktów przewagi. Decyzja władz była więc odważna, ale po czasie zdecydowanie się obroniła. Wiosną Legia prezentowała się bowiem rewelacyjnie. Na murawie przegrała tylko jeden mecz (bo trudno brać tu pod uwagę walkower dla Jagiellonii po zamieszkach na trybunach) i to dopiero pod koniec sezonu, gdy miała już zapewniony tytuł mistrzowski. Poza tym - 12 zwycięstw i dwa remisy.
Zespół pod batutą Berga grał nie tylko skutecznie, ale i wyjątkowo miło dla oka. 5:0 z Wisłą Kraków, 3:0 z Górnikiem, 3:0 z Zawiszą, 3:1 z Zagłębiem Lubin. Prawdziwą weryfikacja miał jednak przejść - jak zawsze - w Europie. To właśnie kiepski wynik na tym polu pozbawił pracy Jana Urbana. Legioniści zdobyli wówczas zaledwie trzy punkty w grupie Ligi Europy. To przelało czarę goryczy. Na nic zdało się liderowanie w Ekstraklasie.
Gdyby nie ta zmiana...
A Berg do pucharów wszedł bez kompleksów. Co prawda na starcie przydarzyła się mała wpadka, bo pierwszy mecz II rundy eliminacji do Ligi Mistrzów “Wojskowi” zremisowali (1:1) z irlandzkim St. Patricks, ale już w rewanżu całkowicie przejechali się po rywalach, wygrywając 5:0. A później przyszedł pamiętny dwumecz z Celtikiem…
Legia grała wtedy fenomenalnie. Śmiało można powiedzieć, że spotkanie w Warszawie okazało się jednym z lepszych występów polskich drużyn na arenie europejskiej. Skończyło się na 4:1, a przecież był to najmniejszy wymiar kary. Szkoci mogli dziękować Ivicy Vrdoljakowi, że ten dwukrotnie zmarnował rzuty karne. Co ciekawe, na środku obrony w zespole gości występował pewien znany Holender - Virgil van Dijk. Kompletnie nie radził sobie jednak z wrzucającym go na karuzelę Miroslavem Radoviciem. Dziś brzmi to dość abstrakcyjnie.
"Wojskowi" wyraźnie lepsi byli też na Celtic Park. Tam wygrali 2:0, a ich myśli krążyły już przy ostatniej rundzie eliminacyjnej. Jeśli nadal prezentowaliby się wtedy tak znakomicie, szanse na awans do Ligi Mistrzów byłyby naprawdę duże. Ale doskonale wiemy, co się wówczas wydarzyło. Tragiczne wejście na murawę zawieszonego Bartosza Bereszyńskiego zabrało Legii historyczną szansę. Zabrało tę szansę także Bergowi, którego do dziś może w Warszawie by noszono na rękach.
Świetnie w Europie, gorzej w Ekstraklasie
Choć za tamten okres i tak Norweg zasługuje na słowa pochwały. Legia co prawda wymiksowała się z walki o Champions League, ale już w Lidze Europy pozamiatała przeciwników. Na sześć spotkań wygrała pięć, kończąc zmagania grupowe na pierwszym miejscu. W tyle zostały Trabzonspor, Lokeren i Metalist Charków. Grupa śmierci to może nie była, ale przecież aktualnie polskie zespoły mają problemy z rywalami o kilka klas gorszymi.
Dopiero na etapie 1/16 finału lepszy okazał się Ajax. Legionistów pogrążył wówczas Arkadiusz Milik, strzelając w dwumeczu trzy gole.
Tym razem jednak Legia nie zdobyła mistrzostwa Polski. Uprzedził ją Lech Poznań, a wiemy, że brak najważniejszego trofeum na naszym podwórku to dla “Wojskowych” zawsze cios w sam środek serca. Pocieszeniem było wygranie Pucharu Polski, ale mimo wszystko pozycja Berga z tygodnia na tydzień słabła.
“Formuła się wyczerpała”
Chociaż norweski szkoleniowiec kolejny raz wywalczył z klubem awans do fazy grupowej Ligi Europy, wytrwał jeszcze tylko przez dwie kolejki tych rozgrywek. Legia zdążyła przegrać z Midtjylland oraz Napoli. Przeważyła jednak raczej średnia dyspozycja w lidze. Po 11. kolejkach piłkarze Berga zajmowali czwarte miejsce, a do pierwszego Piasta Gliwice tracili aż dziesięć punktów. Po spotkaniu z Górnikiem Zabrze klub poinformował, że Norweg nie będzie już prowadził Legii.
- Dotychczasowa formuła współpracy z trenerem wyczerpała się i nie gwarantowała pełnej realizacji celów założonych na bieżący sezon w obszarze wyniku sportowego oraz rozwoju Legii. Decyzja ta nie jest spowodowana oceną wyniku czy gry drużyny w meczu przeciwko Górnikowi Zabrze - argumentował ówczesny prezes Legii, Bogusław Leśnodorski.
Przygoda Berga z Warszawą potrwała więc niespełna dwa lata. I z perspektywy czasu trzeba przyznać, że był to czas niezwykle udany. 97 oficjalnych spotkań - 60 zwycięstw, 16 remisów, 21 porażek. Średnio ponad dwa punkty zdobyte na mecz. Do tego najlepszy od lat występ polskiej drużyny w fazie grupowej europejskich pucharów, mistrzostwo kraju, Puchar Polski. Zabrakło tylko awansu do upragnionej Ligi Mistrzów.
Karuzela jedzie dalej
A jak potoczyły się losy Norwega po wyprowadzce z Warszawy? Przez rok trenował węgierski Videoton, gdzie dopiero w ostatniej kolejce jego zespół przegrał bezpośredni mecz o mistrzostwo z Honvedem. Po tych wydarzeniach Berg spakował manatki i udał się na kilka miesięcy urlopu, po czym zatrudnił go norweski Stabaek. W Skandynawii też nie zagościł na długo. Po jednym sezonie współpracy przeniósł się na Cypr, przejmując Omonię.
I w zespole z Nikozji punktuje póki co równie dobrze, a nawet minimalnie lepiej niż w Legii. Zdobywa średnio ponad dwa oczka na mecz. Pewnie pomyślicie, że skoro dziś Omonia walczy o Ligę Mistrzów, to pod wodzą Berga zdobyła mistrzostwo kraju. Oficjalnie nie. W momencie zawieszenia rozgrywek przez pandemię koronawirusa zespół był liderem, choć miał tyle samo punktów co drugi Anorthosis. Wyższe miejsce zawdzięczał jednak lepszemu bilansowi meczów bezpośrednich. Sezon ligi cypryjskiej oficjalnie anulowano, mistrzostwa nie przyznano, ale Omonia - jako ówczesny lider - zyskała możliwość walki o Champions League.
Niewiele jednak brakowało, a potknełaby się już na pierwszej przeszkodzie. Armeński Ararat postawił Cypryjczykom trudne warunki. Omonia szalę zwycięstwa na swoją stronę przeciągnęła dopiero w dogrywce, wygrywając 1:0.
Cypryjczycy tylko z nazwy
Zespół Berga to prawdziwa międzynarodowa mieszanka. We wspomnianym wyżej spotkaniu tylko jeden obywatel Cypru zagrał od pierwszej minuty. Poza tym - Brazylijczycy, Czesi, Słowacy, Hiszpan, Grek, Węgier, Portugalczyk. Najbardziej znana postać to zdecydowanie 34-letni Tomas Hubocan, niegdyś piłkarz takich drużyn jak Olympique Marsylia, Zenit, Trabzonspor czy Dynamo Moskwa.
Legię czeka więc trudne zadanie, ale to podopieczni Aleksandara Vukovicia są faworytem. Być może sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby mecz miał odbyć się w Nikozji. Termometry w stolicy Cypru pokazują dziś bowiem 36 stopni. O trudnościach gry w takich warunkach przekonała się niegdyś Wisła Kraków. Na szczęście jednak to Omonia musi zjawić się w Warszawie.
Początek spotkania o godzinie 20.00. My z tego meczu przeprowadzimy dla Was oczywiście tekstową relację na żywo.