Klęska Lecha Poznań. Fatalna druga połowa, kompromitacja bramkarza i sędziów. "Pojawił się Święty Mikołaj"

Klęska Lecha Poznań. Fatalna druga połowa, kompromitacja bramkarza i sędziów. "Pojawił się Święty Mikołaj"
PressFocus
Lech Poznań już na pierwszej rundzie eliminacyjnej zakończył swoją walkę o awans do Ligi Mistrzów. “Kolejorz” rewanż z Karabachem Agdam zaczął od najszybciej strzelonego gola w historii swoich występów na europejskiej scenie, ale później w Świętego Mikołaja zabawił się bramkarz - Artur Rudko. Nie pomogli też sędziowie, którzy podjęli kilka fatalnych decyzji. Mistrzowie Azerbejdżanu ostatecznie wygrali aż 5:1 i to oni wciąż mogą marzyć o sforsowaniu bram raju.
Przed meczem na stadionie w Baku zorganizowano specjalny koncert. Gdy jednak muzyka ucichła, a na murawie pojawili się piłkarze ubrani w czarne oraz niebieskie koszulki, słychać było już tylko 25 tysięcy podekscytowanych kibiców, którzy… zamilkli po 19 sekundach. Joao Amaral przejął piłkę w środku pola, znakomicie wypuścił Kristoffera Velde, a Norweg mocnym uderzeniem posłał futbolówkę w kierunku bramki gospodarzy. Piłka odbiła się jeszcze od poprzeczki i zatrzepotała w siatce.
Dalsza część tekstu pod wideo
Nieoczekiwanie bohaterem “Kolejorza” mógł zostać więc najbardziej krytykowany piłkarz ostatnich miesięcy. Norweg zawodził w poprzednim sezonie, ostatnio przeciętnie zagrał też u siebie z Karabachem, ale dziś był najjaśniejszym punktem ofensywy Lecha. Nie tylko zdobył bramkę. Kilka razy nieźle urywał się też rywalom. Zagrał dużo lepiej niż biegający po przeciwnej flance Michał Skóraś, który, delikatnie ujmując, nie miał dobrego dnia.
Velde mógł (powinien?) mieć na swoim koncie również wywalczony rzut karny. W 16. minucie wpadł w pole karne i został powalony na ziemię. Gwizdek arbitra jednak milczał. Zdecydowanie zabrakło systemu VAR. Po raz drugi tego dnia. I nie po raz ostatni.
Zanim jednak w ogóle do tej sytuacji doszło, Karabach wyrównał. Jak? Po serii nerwowych ruchów piłkarzy Lecha. Najpierw futbolówkę stracił Mikael Ishak, który domagał się odgwizdania na nim faulu (tu też VAR mógłby się przydać), a chwilę później Kady miał zdecydowanie zbyt dużo swobody. Nie doskoczył Pedro Rebocho, nie pomógł w asekuracji Radosław Murawski. A Artur Rudko, akurat przy tym trafieniu, był bez szans.
W szeregach “Kolejorza” zrobiło się bardziej nerwowo. Brakowało spokoju, utrzymania się przy piłce. Gospodarze nie zostawiali graczom z Poznania miejsca. Nie dawali czasu na spokojne operowanie piłką. Ale żeby być sprawiedliwym trzeba zaznaczyć, że wcale nie stwarzali oni wielu groźnych sytuacji. Aż do 42. minuty. Wtedy Święty Mikołaj pod postacią Artura Rudki pojawił się po raz pierwszy i podarował Karabachowi taki oto prezent:
Warto zwrócić też uwagę na zachowanie Lubomira Satki, który wyraźnie złamał w tej sytuacji linię spalonego. Słowak był dziś jednym z najsłabszych ogniw w szeregach Lecha.
W drugiej połowie wszystko posypało się już jak domek z kart. Zaczęło się od niepozornego rzutu wolnego dla gospodarzy. Broniący dostępu do bramki “Kolejorza” Rudko wypluł piłkę po uderzeniu Abdellaha Zoubira. Z jego błędu skorzystał Kevin Medina, popisując się skuteczną dobitką. Jak pokazały jednak powtórki - Kolumbijczyk był na wyraźnym spalonym. Kolejny raz tego dnia zabrakło systemu VAR. Widzimy jak na tacy, ile znaczy dziś w świecie futbolu wsparcie technologii.
Teraz to Karabach miał w rękach awans. Korzystny wynik sprawił, że gospodarze dostali skrzydeł, grając z coraz większą fantazją. Lechici wyglądali z kolei jak zbite psy. Kolejne gole dla mistrzów Azerbejdżanu były już tylko kwestią czasu. Nie pomogły zmiany w ekipie z Poznania. Filip Szymczak chwilę po pojawieniu się na boisku stracił piłkę, Milić dał się bardzo łatwo ograć Kady’emu, a Rudko tym razem postanowił przepuścić futbolówkę między swoimi nogami. Zrobiło się 4:1, a niedługo 5:1. Kropkę nad “i” postawił Abbas Huseynov.
***
Wygrał zespół zdecydowanie lepszy. Zespół bardziej ograny w europejskich pucharach. Zespół, który był dziś silniejszy nie tylko piłkarsko, ale i mentalnie. Gospodarze ustrzegli się fatalnych błędów, które z minuty na minutę coraz częściej przytrafiały się podopiecznym Johna van den Broma. Póki “Kolejorz” miał wynik pod kontrolą, wyglądało to przyzwoicie. Później Karabach pokazał, że jest po prostu zespołem bardziej klasowym, a kapitalne serie osiągane na własnym stadionie nie są żadnym przypadkiem.
Czy kogoś z poznańskiego zespołu w ogóle można dziś pochwalić? Może Murawskiego, który przez większość meczu wyglądał naprawdę dobrze. Pewnie wspomnianego już Velde, choć i on gasł z minuty na minutę. To jednak już, nie ukrywajmy, szukanie pozytywów nieco na siłę.
Lech zagra teraz w drugiej rundzie kwalifikacji Ligi Konferencji i zmierzy się tam z przegranym pary Slovan Bratysława - Dinamo Batumi. Nie czas zatem jeszcze żegnać się z Europą, ale bramy raju zostały dziś zamknięte. Kolejny raz dla polskiego klubu.

Przeczytaj również