Islandzki koszmar wrócił, poznański wulkan nie wybuchł. Kryzys Lecha się pogłębia

Islandzki koszmar wrócił, poznański wulkan nie wybuchł. Kryzys Lecha się pogłębia
PressFocus
Na Islandii największą atrakcją był wybuch wulkanu. Lech Poznań jednak postanowił przyćmić to wydarzenie i dać nadzieję Vikingurowi Rejkiawik na historyczny wynik w europejskich pucharów. "Kolejorz" rozegrał kolejny fatalny mecz za kadencji Johna van den Broma, który zakończył się porażką. Islandzki koszmar sprzed ośmiu lat znowu wrócił...
Lech miał jeden pomysł na mecz - rzucanie piłek za plecy obrońców. W taki sposób trzy gole w ostatnim meczu z Islandczykami na ich stadionie zdobyło szwedzkie Malmoe. Problem był taki, że rywale poprawili się w tym aspekcie, a podopieczni Johna van den Broma nie mieli innego pomysłu na to spotkanie.
Dalsza część tekstu pod wideo
Pierwsze 45 minut kolejny raz było bardzo słabe w wykonaniu lechitów. Podobnie jak Pogoń Szczecin kilka tygodni temu, mistrz Polski nie potrafił do przerwy oddać celnego strzału.
Islandczycy mieli dobry i skuteczny pomysł na mecz. Rywale przerywali każdą groźną akcję lechitów w zarodku, przez co "Kolejorz" nie mógł rozwinąć skrzydeł. A jak już o nich mowa, to zarówno Velde jak i Skóraś nie potrafili stworzyć przewagi. Ba! Nawet nie robili przewagi i zbyt często grali do tyłu. Podobnie jak wprowadzony w drugiej połowie Gio Citaiszwili.
Vikingur był dobrze ustawiony taktycznie. Prezentował właściwe nastawienie mentalne do meczu, w którym walczy o historyczny wynik, czyli awans do IV rundy eliminacji Ligi Konferencji. Islandczycy rozciągali grę i pozwalali lechitom na grę tam, gdzie ci nie mogli nic zrobić.
Jeszcze żeby tego było mało, to podopieczni Johna van den Broma kolejny raz dostali bramkę w końcówce pierwszej połowy. Lech Poznań rozegrał ósmy mecz za kadencji Holendra i pięć razy dostał bramkę w ostatnich pięciu minutach pierwszej połowy.... To niebywałe i kompromitujące mistrza Polski. A jak wiemy, Lech w tym sezonie tracąc gola jako pierwszy, ponownie nie potrafił się podnieść.

Dramat i kryzys trwają

Po przerwie obraz gry się nie zmienił. Lechici nie mieli innego pomysłu na mecz, a rywale odcinali od podań liderów "Kolejorza".
Lech w żaden sposób nie potrafił wykorzystać indywidualnej jakości piłkarskiej zawodników. Nastawienie mentalne także nie było na takim poziomie, o jaki apelował przed meczem Rafał Ulatowski. Lechici nie podejmowali ryzyka, grali bezpiecznie. Nie brali na siebie gry. Ciężko było (znowu) uwierzyć, że Lech jest mistrzem Polski. Czas leciał, a "Kolejorz" nie miał żadnego pomysłu. Wszystko było przewidywalne, za wolne.
Trener także dokonywał dziwnych zmian. W ogóle nie posłał do gry Afonso Sousy, który jest najdroższym zakupem "Kolejorza" w letnim okienku. Trudno to wytłumaczyć.
To jest wręcz nieprawdopodobne, że w lipcu druga czołowa polska drużyna przegrywa na Islandii i do przerwy nie potrafi oddać uderzenia w światło bramki rywali. Lech musi się obudzić, ale jego kibice słusznie tracą cierpliwość i ostatnie pokłady nadziei, że uda się odwrócić złą kartę. No bo co by się musiało stać i z kim Lech może obecnie wygrać? Słabszych drużyn niż Vikingur na jego drodze w tym roku już najprawdopodobnie jnie będzie.
Podopieczni Johna van den Broma zaliczyli piątą porażkę w ósmym meczu za kadencji Holendra. Przegrali pierwszy mecz w III rundzie eliminacji Ligi Konferencji i są na ostatnim miejscu w tabeli ekstraklasy. Czy może być gorzej? Zobaczymy, ale jeśli najlepszym piłkarzem "Kolejorza" jest Filip Bednarek, to nie widać w tym optymizmu.
Lechu obudź się i przestań przynosić wstyd. Bo powtórka ze Stjarnan z 2014 roku jest obecnie bardzo możliwa. W końcu wynik sprzed ośmiu lat na Islandii jest identyczny, jak wtedy...

Przeczytaj również