"Gdy przegrywasz, stajesz się nikim". Miał być jak Leo Messi, pokonała go psychika

Debiut w wielkiej Barcelonie w wieku zaledwie 16 lat. Premierowa bramka w oficjalnym spotkaniu chwilę po skończeniu siedemnastki. Pierwszy mecz dla kadry narodowej, mając za sobą tylko 18 wiosen. Wydawałoby się, że kariera jak z pięknego snu, nieprawdaż? A jednak, losy Bojana Krkicia w kolejnych latach potoczyły się inaczej, niż można się było tego spodziewać. Gwiazda Hiszpana z serbskimi korzeniami zgasła, nim tak naprawdę na dobre zdążyła rozbłysnąć.
Dziś Bojan ma na karku zaledwie 29 lat, aczkolwiek już od kilku sezonów, choć zabrzmi to brutalnie, nie znaczy wiele w poważnym futbolu. Obecnie wychowanek “Dumy Katalonii” reprezentuje barwy Montreal Impact, chociaż teoretycznie powinien znajdować się w tzw. “peaku” swojej kariery. Przygoda Krkicia idealnie obrazuje, że w piłce na najwyższym poziomie talent to niestety nie wszystko.
Złoty chłopak
Można powiedzieć, że Bojan miał miłość do futbolu zapisaną w genach. Jego ojciec reprezentował barwy Crveny Zvezdy Belgrad, a dalekim kuzynem jest całkiem niezły gracz, może kojarzycie nazwisko, Leo Messi. Z takim rodowodem raczej nikogo nie zdziwiło, że Krkić trafił do słynnej La Masii już w wieku 9 lat.
Powiedzieć, że Bojan wyróżniał się w młodzieżowych sekcjach “Dumy Katalonii”, to właściwie nic nie powiedzieć. Hiszpan szturmem przedzierał się przez kolejne sekcje juniorskie, strzelając z niespotykaną dotąd regularnością. Przeszukując informacje o statystykach Krkicia w młodzieżówkach “Blaugrany”, można natknąć się na kilka różnych liczb, ale najczęściej podawane jest, że Bojan zdobył, uwaga, 889 (!) bramek w ciągu kilku lat. Takiej skuteczności nie miał nawet sam Messi.
Nic dziwnego, że młodziutkiego Bojana jak najszybciej przetestować chciał Frank Rijkaard, który sprawował wówczas pieczę nad seniorami z Katalonii. Holender, mimo że posiadał w składzie m.in. Messiego, Ronaldinho, Eto’o czy Henry’ego, zdecydował się przenieść Krkicia do pierwszej drużyny. Przeskok na poziom seniorski nie zrobił na hiszpańskim napastniku żadnego wrażenia.
Pierwsze trafienie dla Katalończyków zaliczył w wieku 17 lat i 88 dni. Został najmłodszym strzelcem w historii klubu. Rekord dopiero niedawno został pobity przez Ansu Fatiego, kolejną perłę barcelońskiej akademii. Aby uzmysłowić klasę Krkicia, wystarczy powiedzieć, że pierwsze 10 ligowych bramek skompletował przed osiemnastymi urodzinami. Takim osiągnięciem nie może się pochwalić nawet… Kylian Mbappe.
W marcu 2008 r. Barcelona mierzyła się na Camp Nou z Realem Valladolid. Faworyt był wszystkim dobrze znany, zatem wynik 4:1 dla gospodarzy raczej nikogo nie zdziwił. Tamten wieczór został zapamiętany wyłącznie dzięki jednoosobowemu popisowi Bojana, który ustrzelił dublet, dokładając do tego dwie asysty. Cała Hiszpania oszalała na punkcie nastoletniego wirtuoza.
Od razu pojawiły się porównania Krkicia do Leo Messiego. Mundo Deportivo napisało wprost “Bojan Crackić”, stosując ciekawą grę słów. “Crack” to określenie, którym Hiszpanie opisują zawodników nieprzeciętnych, wybitnych. Wszystko układało się pięknie, ale w zbyt szybkim tempie.
“Jeździłem na mecz z obawą, że zemdleję”
Zastanawiając się nad przyczynami regresu Bojana, pod żadnym pozorem nie można wskazywać jego piłkarskiej jakości. Gdyby w piłkę grało się tylko nogami, Krkić prawdopodobnie nadal reprezentowałby bordowo-granatowe barwy, mając na koncie, lekko licząc, kilkaset bramek. Szkopuł w tym, że w przypadku Hiszpana głowa ewidentnie nie dojechała do nóg.
Z naszej perspektywy dzielenie szatni z czołowymi zawodnikami, szansa gry na EURO, będąc nastolatkiem czy medialny splendor, mogą się jawić jako spełnienie marzeń. Ten cały wir wydarzeń jednak przytłoczył Bojana, który po prostu nie był gotowy na tak ogromny napływ presji z każdej możliwej strony. Rok wcześniej Krkić występował w rezerwach, grając z rówieśnikami. Po chwili miał reprezentować Hiszpanię na turnieju rangi mistrzowskiej. Psychika wychowanka Barcelony nie wytrzymała.
Powyższy fragment wywiadu nie jest jedynym bolesnym wyznaniem i rozliczeniem Bojana z przeszłością. W rozmowie z “L’Equipe” Hiszpan przyznał, że gdy trafił do szatni Barcelony, bał się wszystkiego. Wiedział, że nie może niczego zrobić źle. Odczuwał strach nawet przed tak prozaiczną czynnością, jak sięgnięcie po butelki przy kolegach, żeby się napić. Popadał w paranoję.
W trakcie sezonu 2009/10 Bojan zanotował świetne liczby, notując 12 bramek i 4 asysty. Brał udział przy trafieniach swojej drużyny średnio co ok. 100 minut, a w pewnym momencie wygryzł ze składu nawet Zlatana Ibrahimovicia. Pep Guardiola ufał swojemu młodemu podopiecznemu, ale ten czuł, że dalsza gra w Barcelonie zniszczy go od wewnątrz. W 2011 r. Hiszpan został wypożyczony do Romy, gdzie liczył na drobny oddech. We Włoszech było tylko gorzej.
Bojan, który nie został Messim
- W Hiszpanii i we Włoszech, gdy wygrywasz, to jesteś najlepszy, ale gdy przegrywasz, stajesz się nikim. W Rzymie pewnego razu strzeliłem gola i nie mogłem wyjść na ulicę, bo ludzie byli tak entuzjastyczni. Gdy przegraliśmy, te same osoby szalały. Pewnego razu straciliśmy 3 punkty i fani czekali na nas przed boiskiem treningowym. Następny mecz graliśmy z Lazio. Powiedzieli nam, że przegraliśmy jedno spotkanie, ale następnego nie możemy. Po prostu nie możemy. Nie mówili tego w miły sposób - opowiadał dla "BBC".
Niejednokrotnie otwarcie podsumowywał swoją karierę, zwracając uwagę na destrukcyjny wpływ otoczenia. Niektórzy piłkarze potrafią odciąć się od medialnych doniesień i oczekiwań fanów, presja spływa po nich, jak po kaczce, ale są też ludzie pokroju Bojana, którzy muszą non stop zmagać się z wewnętrznymi lękami.
- W Rzymie i Mediolanie ludzie myśleli, że będę nowym Messim. Ja jestem Bojan. Nie żaden Messi. To nie jest łatwe. Leo potrafi strzelać po 3 gole na mecz. Jeśli strzelisz jedną bramkę, nie jesteś Messim. Zaczynają się kłopoty - kontynuował hiszpański napastnik.
Kolejnym przystankiem Bojana okazał się Ajax Amsterdam, gdzie medialna nagonka szła w parze z codzienną samotnością. Opowiadał po latach, że jedynym człowiekiem, z którym mógł rozmawiać po hiszpańsku, był trener Frank de Boer. Czuł się fatalnie. Trening, dom, sen, trening, dom, sen. Tego typu rutyna w oparach alienacji tylko pogłębiła jego psychiczną zapaść.
Z dala od błysku fleszy
W 2014 r. zawodnik postanowił wreszcie zrezygnować z marzeń o grze dla najlepszych klubów, decydując się na transfer do Stoke. Szydercy mogli triumfować, ponieważ dokonał się ostateczny upadek “nowego Messiego”, ale w barwach “The Potters” Krkić wreszcie odczuł ulgę, spokój. Na Britannia Stadium nikt nie oczekiwał od niego 50 bramek i 30 asyst.
Brak wszechobecnej presji wpłynął na Bojana kojąco. Krok w tył w postaci podpisania kontraktu ze Stoke, pozwolił Krkiciowi iść naprzód, zapomnieć o minionych porażkach. Usunięcie mentalnej blokady przyczyniło się do ogromnego skoku jakościowego. Wreszcie nawiązał do najlepszych lat swojej kariery.
Niestety, gdy zaczął wreszcie wychodzić na prostą, na drodze do osobistego renesansu stanęła poważna kontuzja w postaci zerwania więzadła krzyżowego. W połowie kampanii 2014/15 Stoke mierzyło się z Rochdale, a po jednym z fauli Krkić opuścił murawę na noszach. Uraz kolana okazał się na tyle poważny, że pauzował do końca sezonu.
Następnie próbował jeszcze swoich sił w czołowych europejskich ligach, jednak epizody w Mainz oraz Deportivo Alaves zakończyły się klapą. Po latach wojaży po kontynencie, wychowanek Barcelony zdecydował się wreszcie na przenosiny do MLS. I w trykocie Montrealu Impact znów potrafi czarować.
Pod względem czysto sportowych umiejętności Bojan zapewne nadal byłby w stanie z powodzeniem reprezentować solidne kluby na Starym Kontynencie. Poprzednie lata stanowiły jednak niezbity dowód na to, że dla niego znacznie lepszym miejscem będą peryferyjne obszary futbolu.
Losy Hiszpana powinny być nauczką, a zarazem przestrogą dla wszystkich młodych zawodników oraz… dla nas, obserwatorów piłki. Gdy pojawi się następny utalentowany nastolatek, nie trzeba od razu nazywać go kolejnym wcieleniem Messiego, Pele, Maradony i Bóg wie kogo jeszcze.
Niech Messi pozostanie Messim, Bojan - Bojanem, a Ansu Fati - Ansu Fatim. Nadmierna presja dla jednych będzie czynnikiem motywacyjnym. Są jednak ludzie, którzy, nie mogąc sprostać oczekiwaniom, przeżyją mentalny koszmar. Dla takich, jak Bojan prawdziwa walka nie odbywa się na boisku, ale w umyśle. Rywalem są własne demony.
Mateusz Jankowski