Imponujące odrodzenie znanego klubu. Etatowy kat giganta podnosi głowę. Dopiero co był nad przepaścią
Są takie mecze, które potrafią zmienić bieg historii danego klubu. I wcale nie chodzi mi o finały pucharów czy spotkania decydujące o zdobyciu mistrzostwa. Chodzi o mecze, które zmieniają dynamikę rozwoju klubu, od których coś zaczyna się psuć, albo odwrotnie - zaczyna iść we właściwym kierunku.
W przypadku Borussii Moenchengladbach bardzo łatwo wskazać takie punkty graniczne. Początkiem odrodzenia “Źrebaków” i fundamentem pod nadchodzące sukcesy były wygrane baraże o utrzymanie w 1. Bundeslidze w sezonie 2010/11 z VfL Bochum. 25 maja 2011 roku narodziła się drużyna, która przez kolejne dziesięć lat regularnie kwalifikowała się do europejskich pucharów - nie wyłączając Ligi Mistrzów - zaś w Bundeslidze była kamieniem w bucie Bayernu. Za koniec tego etapu uznaje się domową porażkę w derbowym starciu z Kolonią 6 lutego 2021, kiedy to Marco Rose przesadził z rotacją i bez żadnego powodu (kolejny mecz Borussia miała rozegrać siedem dni później) posadził na ławce rezerwowych najlepszych piłkarzy drużyny.
Co więcej, zaledwie kilka dni później ogłosił, że po sezonie zamienia Borussie i przenosi się do Dortmundu, co zostało fatalnie odebrane przez całe gladbachowe środowisko, bo BVB - mówiąc oględnie i najdelikatniej, jak się tylko da - nie jest specjalnie lubiana nad Dolnym Renem. Wydarzenia te zapoczątkowały serię katastrofalnych rezultatów, w efekcie czego Borussia wypadła nie tylko z kręgu drużyn walczących o Ligę Mistrzów, ale w ogóle poza strefę europejskich pucharów. Ba, z każdym kolejnym sezonem grała coraz gorzej, aż nawet stanęła nad przepaścią, bo tak należy uznać ratunek przed spadkiem z ligi w ostatniej kolejce sezonu 2023/24.
Koniec klątwy?
Nie chcę obwieszczać wzorem klasyka, że 29 marca 2025 skończył się w Moenchengladbach piłkarski komunizm, bo na to zdecydowanie za wcześnie, ale niewykluczone, że historia właśnie zatoczyła koło. Po wygranej nad Lipskiem w ostatnią sobotę, Borussia nie tylko przeskoczyła swojego rywala w tabeli, ale także mocno przyczyniła się do zwolnienia Marco Rosego, co wielu tych bardziej pamiętliwych kibiców “Źrebaków” ucieszyło pewnie nie mniej niż trzy zdobyte punkty. Schadenfreude w najczystszej postaci, ale też i nadzieja, że wygrana ta w symboliczny sposób odczyni urok i zdejmie klątwę, jaka zawisła nad klubem cztery lata temu.
Zwycięstwo z Lipskiem było tym bardziej cenne, że Borussia przystępowała do tego meczu bez swojego najlepszego napastnika Tima Kleindiensta i z nastoletnim Tiago Pereirą Cardoso w bramce, który jest dopiero trzecim golkiperem w klubowej hierarchii i dopiero zaczyna zbierać doświadczenie w poważnej piłce. Do tego swój pierwszy występ w podstawowym składzie zaliczyli powracający po długich kontuzjach najlepszy skrzydłowy drużyny Franck Honorat i najlepszy środkowy pomocnik Rocco Reitz. Drużynie “Die Fohlen” w tym roku ciągle ktoś ważny wypada z obiegu, ale nie wpływa to ujemnie na osiągane przez nią wyniki. Trenerowi Gerardo Seoane udaje się systemowo rekompensować doraźny brak jednego, dwóch czy nawet trzech ważnych piłkarzy. Jeśli brakuje pięciu z wyjściowej jedenastki, jak to miało miejsce w przypadku spotkania z Mainz, wtedy i on jest bezradny, ale postęp, jaki dokonał się w drużynie na przestrzeni ostatniego półrocza, widać gołym okiem.
I tutaj sam muszę posypać głowę popiołem. 30 października 2024 roku i mnie się ulało. Po fatalnym poprzednim sezonie, kiedy to Borussia traciła multum goli (średnio bez mała dwa na mecz - trzecia najgorsza obrona w lidze) i była w stanie zmarnować niemal każdą przewagę nad przeciwnikiem (aż 31 punktów straconych po tym, jak sama obejmowała prowadzenie, w tym w wielu przypadkach dwubramkowe), ten też nie zaczął się dla niej za dobrze. Seoane nie był w stanie wyjść poza średnią jednego punktu na mecz, która przecież w końcowym rozrachunku nie daje nawet pewnego utrzymania w lidze. A już prawdziwą wisienką na tym zakalcu było pucharowe starcie z Eintrachtem, które Borussia przegrała 1:2, mimo iż od 15. minuty grała z przewagą jednego piłkarza, a przeciwnik musiał mocno kombinować z rotacją, by nie zajechać swoich kluczowych graczy. Ponadto zawodnikom ciągle wypominano, że od niemal trzech lat (czyli od blisko 100 meczów) nie są w stanie wygrać dwóch kolejnych spotkań w lidze, a na wyjazdy jeżdżą jak na szkolną wycieczkę - pozwiedzać i spędzić fajny zaś w autokarze, bo punktów z tego i tak nie było.
Idą po puchary
Mamy kwiecień 2025 roku. Borussia ma dziś siódmą najlepszą defensywę w lidze i traci mniej niż półtora gola na mecz. Po tym, jak obejmowała prowadzenie, straciła w tym sezonie zaledwie dwa punkty (remis z Eintrachtem u siebie), a średnia punktowa wynosi blisko 1,6. Już dwukrotnie w tym sezonie zdarzała się sytuacja, w której “Źrebaki” wygrały w lidze dwa razy z rzędu, a na wyjazdy jeżdżą jak po swoje, bo z czterech ostatnich meczów na obcych stadionach przywiozły cztery zwycięstwa i generalnie nie robi im już żadnej różnicy, gdzie mecz jest rozgrywany (23 punkty u siebie w 14 meczach i 20 punktów na wyjeździe w 13 meczach).
Drużyna, która w poprzednim sezonie do ostatniej kolejki musiała drżeć o utrzymanie, dziś jest o krok od europejskich pucharów. Granicę 34 punktów, jakie zgromadziła na koniec poprzedniego sezonu, osiągnęła teraz już w 22. kolejce. W ciągu ostatnich 20 lat nie było sytuacji, w której 55 punktów na koniec sezonu nie wystarczyłoby do zajęcia szóstego miejsca w tabeli (a najczęściej wystarczało nawet mniej), co oznacza, że Borussii do wywalczenia europejskiej przepustki wystarczy zdobycie 12 punktów w ostatnich siedmiu meczach. Mówiąc wprost - Gladbach nie musi robić wyników ponad stan. Wystarczy, że utrzyma dotychczasową średnią punktową, a przecież zagra jeszcze z drużynami z dołu tabeli - St. Pauli, Holstein Kiel czy Hoffenheim, które w tym sezonie bezlitośnie i regularnie ogrywa. Na 11 meczów z siedmioma ostatnimi zespołami w tabeli odniosła… 11 zwycięstw.
Transferowy majstersztyk
Dyrektora sportowego Rolanda Virkusa zapytano ostatnio, dlaczego klub nie pozwala udzielać wywiadów Tiago Pereirze Cardoso, a więc temu 18-latkowi, który wskoczył nagle do bramki i spisuje się w niej póki co nadspodziewanie dobrze. Virkus z uśmiechem odpowiedział, że młodzian nie przeszedł jeszcze wewnętrznego szkolenia medialnego. I to znamienna wypowiedź, bo obrazuje sposób funkcjonowania Borussii pod jego wodzą. Wszystko ma być zrobione dokładnie, od A do Z. Powoli, bez pośpiechu, bez drogi na skróty. Nawet jeśli z boku wydaje się, ze pewne procesy można by było usprawnić, Virkus ma czas na wszystko, nie spieszy się z niczym. Ani z wypuszczaniem piłkarzy do mediów, ani z przedłużaniem umów (mówi się, że Lukas Ullrich czeka od miesięcy na nowy kontrakt), ani ze zwalnianiem trenera. Wykazał w lecie dużo cierpliwości i uwierzył w pracę Gerardo Seoane - mimo iż wielu już wtedy domagało się jego głowy - i teraz zbiera tego owoce.
Do tego trzeba mu oddać, że przeprowadził latem mądre transfery do klubu. Philipp Sander jest znakomitym uzupełnieniem środka pola i świetnym zadaniowcem, a ściągnięcie Tima Kleindiensta można uznać z jeden z najlepszych transferów Borussii w tym wieku.
Wnosi on do zespołu nie tylko aspekty stricte piłkarskie. To mentalny lider tej ekipy, człowiek, który scala ją od środka. Media klubowe, produkując filmiki z treningów czy dni meczowych, skupiają się przede wszystkim na nim. To właśnie on motywuje, rozdaje śmiechy i wyściskuje z radości każdego kolegę z zespołu, a kiedy zdarzają się porażki, wali pięścią w stół i mówi wprost, co mu się nie podoba. Kogoś takiego, kto nie boi się wyjść przed szereg, być spoiwem w szatni, a jednocześnie ma sportowe argumenty, by tak się zachowywać, bardzo Borussii brakowało w ostatnich latach.
Dodajmy do tego kapitalną formę Moritza Nicholasa w bramce (gdyby nie pechowa kontuzja, miałby dużą szansę na powołanie do reprezentacji Niemiec) i Ko Itakury, wreszcie równą i dobrą dyspozycję Juliana Weigla i Nico Elvediego, świetne momenty Alassane’a Plei i Robina Hacka oraz coraz lepsze występy młodych - Joe Scally’ego i Lukasa Ullricha (bo Rocco Reitz to już absolutny pewniak). Mamy obraz dobrze ułożonego i odpowiednio funkcjonującego zespołu (na boisku i poza nim), który nie gra może wielkich cudów, ale metodologicznie i konsekwentnie realizuje na boisku nakreślone przez trenera założenia. Czy wystarczy to do wytęsknionych przez kibiców pucharów? Trudno powiedzieć. Jeśli nie teraz to za rok. Albo za trzy. Albo za pięć. Roland Virkus ma czas.