Nastała era nowego typu golkipera. Bramkarz-libero to już codzienność w czołowych klubach

Futbol jest pięknym dialogiem. Wyreżyserowanym, ale nie schematycznym. „A” nie zawsze odpowiada „B”. Oglądamy wszak napastników, którzy nie mają strzelać bramek czy też obrońców, którzy rzadko goszczą na własnej połowie. W dobie taktycznego pragmatyzmu, każda pozycja na boisku podlega swobodnej interpretacji. Najmniejsze pole manewru, siłą rzeczy, jest w roli golkipera. A i w tym aspekcie taktycy i wizjonerzy prześcigają się w rzucaniu nowoczesnych rozwiązań.
Historia, tradycyjnie przewrotna, zna przypadki takich ekscentryków, jak René Higuita, który bynajmniej nie planował oglądać całych spotkań na stojąco. Jego nonszalanckie rajdy z futbolówką przyniosły mu pseudonim „El Loco”, jednak z perspektywy była to „sztuka dla sztuki”, bez określonego korzystnego wymiaru taktycznego.
Już na długo przed Kolumbijczykiem kształtowała się rola „bramkarza-libero”. Uważany za najlepszego w historii futbolu Lew Jaszyn zwykł łamać wszelkie ogólnie przyjęte konwenanse, wychodząc daleko poza swoje terytorium i oferując linii defensywnej dodatkową asekurację.
Naczelnym promotorem tego rodzaju „kontrolowanej ekscentryczności” naszych czasów był (i jest) Manuel Neuer, który zarówno w maszynie Juppa Heynckesa w Monachium, jak i Joachima Löwa w kadrze operował niemalże na połowie rywali.
Nawet wzorzec ukształtowany przez Niemca nie można nazwać efektem końcowym długotrwałego procesu rewolucyjnego, jaki objął pozycję bramkarza. Produkt (na tę chwilę) finalny jest przedmiotem mojego tekstu, jednak z całą pewnością i ten prototyp wkrótce doczeka się kolejnych udoskonaleń.
Libero, jak w siatkówce, w innym kolorze
Na przełomie lat 80. i 90. pewien złotousty geniusz, definiując swój styl, położył nacisk właśnie na „jedynce”: „W moich drużynach bramkarz jest pierwszym atakującym, zaś napastnik pierwszym broniącym”. Ojcem tych słów jest oczywiście Johan Cruyff, promotor futbolu totalnego i po prostu jeden z najwybitniejszych ludzi w historii sportu. To za jego czasów, jeszcze raczkujące i spontaniczne akcje asekuracyjne obróciły się w przemyślaną kalkulację.
Trenerzy-idealiści, którzy hołdowali grze skrajnie ofensywnej, opartej na intensywnym naporze na szeregi rywali, poczęli drapać się po głowie, kiedy na stole pojawiał się morderczy argument – kontratak. Przesunięcie całości linii defensywnej na wysokość koła środkowego tworzyło odpowiednią przewagę z przodu, ale jednocześnie na własnej połowie pozostawiało olbrzymią wyrwę do eksploatacji przez oponentów.
Minięcie wysoko postawionej linii w tym wypadku wymaga jednak precyzyjnego zagrania prostopadłego w pole, które na poniższej grafice zaznaczyłem na zielono. To jest właśnie królestwo bramkarskiego libero. Przeciwnik, który minie pułapkę ofsajdową staje naprzeciw stale zmniejszającego pole golkipera. Przeważnie to ten drugi z nich wychodzi z podobnych pojedynków zwycięsko.
Rysując miarodajny przykład, roli „granatowych koszulek” można postawić RB Lipsk Ralpha Hasenhuttla, czyli drużynę wybitnie jednowymiarową, stosującą do znudzenia jeden, morderczo skuteczny wariant. Mając napastnika tak szybkiego, jak Timo Werner, Niemcy eksploatowali przestrzenie za linią defensywy rywali. Ostatecznie jednak trafiła kosa na kamień. A nawet dwa, wyjątkowo twarde – Maurizio Sarri i Pepe Reina.
Ówczesny szkoleniowiec Neapolu dokładnie wiedział jak zneutralizować siłę ognia swoich przeciwników. Wyznaczył swojemu bramkarzowi szczegółowe instrukcje, oparte na wysokim okupowaniu przedpola. Reina przy każdej piłce znajdował się tuż przed Wernerem. Sarri bardzo cenił sobie tę predyspozycję Hiszpana, bowiem jego zdolność do gry asekuracyjnej pozwalało Napoli operować zdecydowanie wyżej i śmielej.
W sezonie 2017/18 Reina zamknął podium w statystyce „udanych interwencji na przedpolu”, których zaliczył 19. Najlepszy w tej kategorii, nota bene znajdujący się regularnie w czołówkach rankingów, odkąd się takowe prowadzi, jest Hugo Lloris. Francuz jest specjalistą w opuszczaniu własnego pola, co pozwala Tottenhamowi angażować obie flanki defensywy w akcje ofensywne.
Narodziny nowego gatunku
Dodatkowy atut w postaci gry na przedpolu jednak bynajmniej nie można równać z obrazem nowego, zrewolucjonizowanego gatunku golkipera, czyli „bramkarza grającego nogami”. Nawet gdybyśmy chcieli wyprowadzać tu jakiekolwiek zależności, to pierwsze z brzegu przykłady wytrącają ten argument z ręki. Hugo Lloris, Wojciech Szczęsny czy też Petr Cech – każdy z nich, choć pewny przy wyjściach, gubi się z piłką przy nodze.
Od 1992 roku golkiperom nie wolno łapać w ręce piłki zwrotnej od kolegi z drużyny. To właśnie ta zasada, dziś zupełnie oczywista, dała początek długotrwałej rewolucji pozycji numer „jeden”. Odtąd nie liczyła się już tylko sprawność dłoni, ale czystej maści warsztat piłkarski. Przełom rozwoju nastąpił za panowania Pepa Guardioli w Barcelonie. Wówczas okres największego rozkwitu przeżywała katalońska La Masia, a szeregi “Blaugrany” raz po raz zasilali chłopcy przesiąknięci identyczną filozofią.
Jednym z nich był Víctor Valdés. To on stanowił zarodek każdej akcji rozgrywającej w maszynie Guardioli. Jak sam mówił, „koniecznie trzeba być gotowym do gry jako kolejny ze stoperów”. To jedna z cech koronnych systemów hiszpańskiego geniusza. W Bayernie do podobnej roli desygnował duet Neuer-Reina, z kolei jego premierową decyzją w Manchesterze City było pożegnanie klubowej ikony, Joe Harta.
Anglik statystycznie wypadał blado, biorąc pod uwagę wyjątkowo istotne dla Guardioli aspekty, takie jak celność długich i krótkich zagrań. W feralnym sezonie, jego liczby były o niemal 30 punktów procentowych niższe od Claudio Bravo, który zastąpił go między słupkami „The Citizens” (83,9% - 55,1% celnych podań). To było nie do zaakceptowania w systemie, który Manchester City wówczas zaczynał przyswajać.
Mimo najwyższej (73,6%) celności zagrań w Premier League, liczne ułomności Bravo w aspektach czysto bramkarskich zmusiły Guardiolę do sięgnięcia po nowszy model. Ederson, bo tak ten wynalazek się zwie, wyniósł grę City w pierwszej trzeciej boiska na zupełnie inny poziom. Przede wszystkim jednak otworzył cały wachlarz nowych możliwości.
Przede wszystkim – bramkarz ZAWSZE jest możliwością rozegrania. Ederson bynajmniej nie jest przyklejony do swojej linii – podąża za grą i swoim ustawieniem oferuje bezpieczny wariant gry. Po drugie, umożliwia zaangażowanie olbrzymich pokładów siły ofensywnej, łatając powstałe dziury. Przeważnie włączenie do ataku obu flank wymaga zejścia defensywnego pomocnika między stoperów, jednak w tym przypadku są oni odciążeni przez samego bramkarza.
To Ederson uzupełnia linię i mimo że wymaga to zdwojonej orientacji i koncentracji pary stoperów, cel z całą pewnością uświęca środki. Defensywny pomocnik, odciążony z roli środkowego stopera, może zabezpieczać środek, wszak jego partnerzy (nominalnie Silva i De Bruyne) mają zupełnie inne zadania.
Po trzecie: dodatkowa głowa w rozegraniu od tyłu stanowi istną mordęgę dla pressujących. Nawet ustawienie najlepiej przystosowane do ciągłego, kontrolowanego nacisku na szyki obronne, czyli 4-3-3, nie jest w stanie odciąć pięciu rywali od rozegrania. Następuje stłamszenie w tłumie. Nacisk na trójkę złożoną ze stoperów i golkipera staje się płonny, kiedy pole gry rozciągają boczni obrońcy. Pressing wymaga wówczas zaangażowania większej ilości głów, a stąd już prosta droga do samobójczego odsłonięcia.
I w końcu po czwarte: Ederson zapewnia olbrzymi spokój. Jego podania są mierzone co do centymetra, co bardzo często owocuje płynnym wyjściem spod własnej „szesnastki”. Brazylijczyk nie kalkuluje intensywności pressingu, nie podskakuje mu ciśnienie, kiedy widzi nadbiegającego napastnika. On ma w głowie nakreślony plan i go realizuje.
Przykłady podobno najlepiej się rysuje na bazie przeciwieństw. Nie trzeba daleko sięgać, bo zaledwie do naszego rodzimego podwórka. Bramkarze w Ekstraklasie są bardzo podatni na pressing, choć precyzja ich zagrań nie jest wprost proporcjonalna do czasu przy piłce. Nie zawsze nacisk rywala powoduje utratę piłki. Golkiperzy na polskich boiskach mają nawyk grania długich piłek, mimo że często obce jest im pojęcie precyzji.
Szczęście w nieszczęściu
W momencie, w którym stopa Maurizio Sarriego po raz pierwszy stanęła na Stamford Bridge, sytuacja klubu była znacznie mniejszą niewiadomą, niż przedstawiały to media. Włoch przybył do Londynu w towarzystwie swojego pupila Jorginho, toteż stało się jasne, że nowa Chelsea stanie się kalką Napoli. Jedyną niewiadomą był Thibaut Courtois.
Zamieszanie wokół jego osoby, skutkujące odejściem do Madrytu okazało się idealnym zwrotem akcji dla Sarriego. Belg, mimo swej pewnej pozycji wśród najlepszych bramkarzy globu, zwyczajnie byłby hamulcowym w nowej taktyce. Nowy szkoleniowiec „The Blues” wykonał więc telefon w celu zasięgnięcia porady Pepe Reiny, co zaowocowało rekordowym transferem Kepy Arrizabalagi z Athletiku Bilbao. 80 milionów Euro.
Już po dziewięciu ligowych spotkaniach można gołym okiem wyłapać progres, jaki Chelsea poczyniła na tej pozycji. 82,4% celnych podań, przy 70,4% Courtoisa nie tylko robią różnicę w kontekście samej ciągłości akcji, ale też czynią Kepę pewnym punktem zaczepnym dla zmagającej się z pressingiem defensywy. Nie jest bowiem dziełem przypadku, że dotąd elektryczna i neurotyczna para Luiz-Rudiger wskoczyła na wyższy poziom od zmiany bramkarza.
Obaj, grając z Courtoisem, starali się szukać mniej oczywistych rozwiązań, a zagranie do tyłu było ostatecznością. Sam Belg bowiem nie zapewniał spokoju w rozegraniu, a jego poczynania z piłką w dużej mierze owocowały wrzutem z autu dla rywala. Trójkąt, który stoperzy tworzą z Kepą (wzorem Edersona w City), jest ostoją linii obronnej. Średnia celność zagrań ich trzech to 88,54%.
Pirlo, tylko że z rękawicami
Jednym z najważniejszych atutów tzw. „ball playing goalkeeper”, poza krótkimi zagraniami, są te długie. To właśnie przeszywające piłki, bezpośrednio łączące bramkarza z linią ataku zapaliły lampkę w głowie tych, którzy jeszcze niedawno pukali się po czole patrząc na olbrzymie kwoty przeznaczane na golkiperów.
Mowa tu oczywiście o Alissonie, Kepie i Edersonie, czyli nie tylko trzech najdroższych bramkarzach w historii, ale i trzech przodownikach w kategoriach gry nogami. Golkiperzy Liverpoolu i Chelsea kompletują po 52% swoich długich podań, Ederson zaś 47%. Reszta ligowej stawki nie przekracza pułapu 40%.
Warto jeszcze dołożyć jedną statystykę, by zrozumieć, co z tych podań wynika. Mowa o xGBuildupie, czyli najefektywniejszym sposobie pomiaru „użyteczności ofensywnej” każdej akcji danego piłkarza, wyłączając kluczowe podania i strzały. Nieco uproszczając, dane te pozwalają sprawdzić wkład (w tym wypadku bramkarzy) w akcje bramkowe swojego zespołu.
W tej kategorii przodują Brazylijczycy, co zakreśla już odmienność ich ról od tej, którą pełni Kepa, bowiem to Hiszpan ma spośród nich najwięcej długich zagrań. Ederson średnio na 90 minut osiąga 0,24 xGB, Alisson – 0,18, Kepa zaś 0,09.
Guardiola doskonale wie, jak wykorzystać swobodę Edersona w rzucaniu długich piłek. Brazylijczyk w poprzednim sezonie ustanowił rekord Guinnessa w kategorii najdłuższego zagrania z „piątki”, posyłając piłkę na 75,3 metrów. Kiedy taka piłka zostaje rzucona do przodu, rozciąga całość szyków rywali. Jedni wracają spod szesnastki „The Citizens”, drudzy już gonią za napastnikiem. Mało kto bowiem wie, że z „piątki” nie ma spalonego. Ederson wie to na pewno.
Kepa z kolei podaje bardziej pośrednio. Tak jak Ederson celuje w napastnika, ale nie za jego plecy, tylko przed niego. Hiszpan zagrywa piłki na okolice koła środkowego, gdzie schodzi (najczęściej) Giroud i kieruje piłkę do boków. Precyzyjne rozegranie tego wariantu pozwala „The Blues” przejść z wznowienia gry do fazy ofensywnej w dwóch podaniach.
Dinozaury też wyginęły
Żeby nie odnieść błędnego wrażenia, jakoby „bramkarze grający nogami” bytowali jedynie w Premier League, zaznaczę, że taki typ zawodnika jest integralną częścią każdej drużyny, która stawia na grę piłką i jej jak najbardziej efektywne utrzymanie. Ter Stegen w Barcelonie również występuje jako część składowa rozegrania, dysponuje umiejętnością przetrzymania piłki, co jego koledzy wykorzystują do naprawienia ustawień.
„Die Mannschaft” na całej przestrzeni XXI wieku była bardzo ciekawym polem do analizy pod względem integralności bramkarzy specjalizujących się w dystrybucji. Zarówno Oliver Kahn, jak i Jens Lehmann zapisali się w historii futbolu złotymi zgłoskami, a selekcjonerzy kadry mieli niemałą bolączkę przy wyborze „jedynki”. Renomą górował Kahn, jednak na mundialu w 2006 Jürgen Klinsmann postawił na Lehmanna. Z prostego powodu – golkiper Arsenalu oferował znacznie więcej mając piłkę przy nodze.
Podobną samą historię pisze Alphonse Areola, górując nad Gianluigim Buffonem w wyjątkowo wymagającym technicznie systemie Thomasa Tuchela. Analogicznie nieodzownie od lat Manuel Neuer w Bayernie czy też Keylor Navas w Realu Madryt. Wielkie drużyny kolektywnie doszły do wspólnego wniosku, że potrzebują między słupkami tego typu zawodnika. Czasy rewelacyjnych na linii „wybijaczy piłek” powoli już mijają. Naturalna kolej rzeczy, piłkarska ewolucja. Trudno bowiem mając opcję gry w jedenastu, wybrać dziesięciu i pół.
Rafał Hydzik
@Hydzzik
@Hydzzik