Dziś Arabia, kiedyś Polska? Trener rewelacji MŚ mówił wprost. Dżentelmen w białej koszuli objawieniem mundialu
Herve Renard poprowadził Arabię Saudyjską do historycznej wygranej z Argentyną. Francuski trener udowadnia, że wielką karierę można robić również poza Europą, w krajach “egzotycznych”. Pokonanie “Albicelestes” to kolejny sukces selekcjonera, który, jak sam mówił, chciałby kiedyś objąć reprezentacją Polski.
Zambia, Wybrzeże Kości Słoniowej, Maroko, Arabia Saudyjska - to nie spis potencjalnych wycieczkowych kierunków na przygodę życia, ale krajów, w których Herve Renard zaskarbił sobie sympatię kibiców prowadzonych przez siebie drużyn narodowych. Wcześniej w klubowej piłce mu nie szło. Długo nie mógł opuścić niższych lig. Przepis na sukces znalazł dopiero po wyjeździe z Europy.
Choć Francuz pracował głównie w kierunkach egzotycznych z punktu widzenia Starego Kontynentu, regularnie zbiera nowe rzesze adoratorów. W CV posiada historyczne sukcesy z nisko notowanymi kadrami, ma opinię świetnego taktyka i wybitnego motywatora, budującego niesamowity team spirit. W Katarze wreszcie pojawił się w centrum futbolowego szaleństwa. A, jak sam mówił, jedną z posad jego marzeń jest… pozycja selekcjonera reprezentacji Polski.
Biała koszula
Zdecydowana większość nawet zapalonych fanów futbolu ma szansę usłyszeć o Hervie Renardzie tylko przy okazji wielkich turniejów międzynarodowych. To postać łatwa do zapamiętania. Swą aparycją przywodzi na myśl stereotypowego francuskiego amanta z komedii romantycznej - pewna siebie postawa i rozpięta pod szyją biała koszula to jego znaki rozpoznawcze, a “Daily Mail” swego czasu uznało go za najprzystojniejszego trenera na świecie. Łatwo też Renarda skojarzyć, bo z reguły pojawia się na wielkich imprezach w roli selekcjonera drużyn, z punktu widzenia Europejczyka, egzotycznych. I nie jest to przypadek, a w pełni świadome pokierowanie kariery.
Jako młody adept trenerskiego rzemiosła Herve trafił na Claude'a Le Roya, menedżera-obieżyświata, który miał okazję prowadzić reprezentacje aż dziesięciu afrykańskich i azjatyckich krajów, m.in. Kamerunu, Ghany, Malezji, Togo czy Omanu. To właśnie w jego osobie znalazł inspirację i przykład, że zawodowe spełnienie można osiągnąć nie tylko na Starym Kontynencie.
- Czasami wzruszam się, mówiąc o Claudzie Le Royu, bo naprawdę zmienił moje życie. To on dał mi pierwszą pracę poza Europą w roli asystenta w Chinach i mi zaufał. Dzięki niemu jestem na mistrzostwach świata - opowiadał Renard w rozmowie z "Esquire Middle East".
Francuz, u boku swego mentora, poza egzotycznymi z piłkarskiego punktu widzenia wyjazdami, zaliczył też krótką przygodę w czwartoligowym angielskim Cambridge United. Stwierdzenie, że “z niejednego pieca chleb jadł” pasuje do niego jak ulał. Najlepiej spisuje się jednak w roli selekcjonera. Właśnie w niej pokazuje się na szerokiej scenie, prowadząc zespoły narodowe, które nie są z topu.
Łatwo go rozpoznać, jeśli w ostatnich latach oglądało się mecze mistrzostw świata lub Pucharu Narodów Afryki z dużą uwagą. W swej białej koszuli Renard jest wręcz postacią ikoniczną. To jego talizman od ponad dekady - odkąd ją nosi, zaczął pracować na świetną opinię ze strony futbolowego środowiska.
- Graliśmy w drugim meczu Pucharu Narodów Afryki z Kamerunem [w 2010 roku]. Założyłem błękitną koszulę, ale przegraliśmy 3:2. W kolejnym spotkaniu miałem na sobie już białą. Wygraliśmy i zajęliśmy pierwsze miejsce w grupie, przed Kamerunem. Oczywiście przegrywałem od tamtej pory, może nawet i dużo. Lubię ten styl, ale wymaga odpowiedniej pogody. W Anglii biała koszula w grudniu odpadała. Może dlatego nie miałem tam sukcesów - wyjaśniał historię swego przesądu.
Afrykańskie sukcesy
Po niezbyt udanym początku przygody trenerskiej na niższych poziomach rozgrywkowych we Francji i Anglii Renard udał się do Afryki, gdzie rozpoczął pracę w reprezentacjach. Najpierw pomagał Le Royowi w kadrze Ghany, potem sam podjął wyzwanie poprowadzenia drużyny Zambii. Pracował tam krótko, ale po krótkich epizodach w Angoli i USM Algier powrócił. I tam pierwszy raz wszedł na salony.
W 2012 r., prowadząc ekipę kontynentalnych średniaków na Pucharze Narodów Afryki w Gabonie i Gwinei Równikowej, zaskoczył cały świat. Kopciuszek, który miał w kadrze zaledwie trzech piłkarzy występujących na co dzień w Europie, wygrał cały turniej. W finale, po dramatycznym konkursie rzutów karnych, pokonał faworyzowane Wybrzeże Kości Słoniowej z Didierem Drogbą, braćmi Toure czy Salomonem Kalou. Herve Renard i jego waleczni “Chipolopolo” z Zambii dokonali czegoś naprawdę wielkiego, sięgając po pierwsze w historii kraju trofeum.

Triumf ten miał też wymiar symboliczny. Przypieczętowali go w stolicy Gabonu, Libreville. Mieście, niedaleko którego 19 lat wcześniej spadł samolot z ówczesną reprezentacją Zambii, lecącą do Senegalu. Nikt nie przeżył tej katastrofy. Przed decydującym spotkaniem francuski szkoleniowiec i jego podopieczni udali się na plażę nieopodal miejsca katastrofy. To pomogło im nabrać jeszcze większej motywacji i oddać następnego dnia, już na boisku, najlepszy możliwy hołd ofiarom.
- Zredukowaliśmy różnicę między zespołami naszym fantastycznym duchem zespołu. To nie wzięło się z niczego. Możesz mieć 11 najlepszych zawodników na świecie, ale jeśli nie chcą grać razem, to będzie trudno. “Team spirit” to w futbolu wszystko - bardzo wyrównuje poziom - wspominał ten dzień.
Po pierwszym wielkim sukcesie nadszedł kolejny. Trzy lata później Puchar Narodów Afryki również padł łupem Renarda. Tym razem wygrał turniej w roli szkoleniowca Wybrzeża Kości Słoniowej. Dzięki temu jako jedyny trener zrobił to z dwiema drużynami. Sukces smakował wybornie, bo naszpikowana gwiazdami afrykańskiego futbolu drużyna czekała na mistrzostwo kontynentu aż 23 lata, w międzyczasie przegrywając dwa finały.
Tutaj nie mogło już być przypadku. Duża część obserwatorów zaczęła naprawdę doceniać pracę Renarda. Na mundialu Francuz zadebiutował w 2018 jako opiekun Maroko, wprowadzając je na pierwsze od dwóch dekad mistrzostwa świata. Co więcej, jego podopieczni w trudnej grupie, z Hiszpanią i Portugalią, poradzili sobie nieźle.
W międzyczasie szkoleniowiec próbował swoich sił również w piłce klubowej. Krótko pracował w Sochaux i Lille, lecz w obu przypadkach nie wytrzymał nawet pełnego sezonu. W futbolu reprezentacyjnym zapracował jednak na opinię selekcjonera przez duże “S”, potrafiącego wyciągnąć z w teorii przeciętnych zespołów ponad sto procent. Dlatego niedługo po ustąpieniu ze stanowiska w Maroku, gdy wraz z drużyną odpadł z PNA, szybko znalazł nowe miejsce pracy, choć bardzo wymagające. Zatrudniono go w Arabii Saudyjskiej.
Projekt “Zielonych Sokołów”
W ciągu dekady przed zatrudnieniem Renarda Saudyjczycy aż dziesięciokrotnie zmieniali trenera drużyny narodowej. Często szukali opcji zagranicznych, lecz nikt nie był w stanie utrzymać się na stołku tyle, co teraz Francuz. Powód jest prosty. On dobrze wiedział, co chce zrobić z zespołem. I co najważniejsze, podobnie jak w poprzednich miejscach pracy, wcielił plan w życie.
Sensacyjna wygrana Arabii Saudyjskiej z Argentyną, jedna z największych sensacji w historii mistrzostw świata, to dowód świetnej pracy wykonanej 54-latka, nawet jeśli jego drużyna niekoniecznie pokazała swoją najczęściej prezentowaną boiskową twarz.
- Po objęciu pracy przede wszystkim wprowadził dużo większy reżim taktyczny. Wcześniej było widać względnie wyraźny podział na linię obrony i linie ataku. Teraz już tak nie jest i zawodnicy nauczyli się płynnie przechodzić między formacjami, w zależności od tego, czy bronią, czy atakują. Nie ma już takiego chaosu, dzidy do przodu i gry na aferę, tylko zdecydowanie dłuższe rozgrywanie piłki - mówi nam Adam Zmudziński, piszący o futbolu egzotycznym dla portalu "W Okienko - piszemy o piłce".
Reprezentacja Arabii Saudyjskiej pod wodzą francuskiego szkoleniowca przegrała jak do tej pory tylko jeden z 19 meczów o stawkę - w lutym, z Japonią. 54-latek zaszczepił podopiecznym nie tylko pomysł szybkiej, intensywnej gry, opartej na pressingu, szybkim odbiorze i błyskawicznym przeniesieniu futbolówki w strefę defensywną przeciwnika, ale i wiarę we własne umiejętności. Mentalnością i charyzmą potrafił nieraz natchnąć ich do wyciśnięcia z siebie wszelkich pokładów talentu i sił.
Cztery lata temu, w Rosji, zespół “Zielonych Sokołów” wypadł słabo, odpadając w fazie grupowej i na inaugurację przegrywając z gospodarzami aż 0:5. Co prawda udało im się wygrać z Egiptem, lecz po takim występie na poprzednim mundialu i teraz większość fanów mogła uważać ich za “chłopców do bicia”. Tymczasem francuski selekcjoner nie myślał nawet o minimalizmie i grze na alibi.
- Choć jesteśmy w trudnej grupie, musimy mierzyć wysoko. Wyjazd na mistrzostwa świata bez ambicji nie ma sensu - mówił oficjalnej stronie FIFA. - Musimy wymagać od siebie, wierzyć, że mamy szanse i popychać się do limitu.
- Ma opinię świetnego taktyka i człowieka bardzo pracowitego, a to się tamtejszej federacji podoba. Nie powiela populizmów, tylko uzasadnia swoje wybory. Bardzo ceni sobie to, żeby drużyna była wręcz rodziną. Wielokrotnie podkreślał, że jeśli dysponuje słabszymi zawodnikami, to musi sprawić, by byli jednością, jeśli chcą rywalizować z lepszymi od siebie. Przed samym mundialem mówił zdecydowanie o tym, że jego taktyka na mistrzostwa będzie trochę inna niż podczas gry w Azji i ludzie mogą nie zrozumieć jego wyborów personalnych na konkretne spotkania - opowiada o nim Zmudziński.
Zaskakujące zwycięstwo z Argentyną pokazało, jak silny mentalnie zespół zbudował Renard. Choć rywale prowadzili do przerwy, dominowali i wydawało się, że spotkanie jest już rozstrzygnięte, Arabia zdołała odwrócić losy spotkania, korzystając z opracowanej przez niego koncepcji. Saudyjczycy wygraną głównie wywalczyli jednak poświęceniem i świetną organizacją. W ciągu ostatnich dwóch lat tylko dwukrotnie tracili więcej niż jednego gola w meczu.
Chciałby poprowadzić Polskę
Po pożegnaniu Paulo Sousy z reprezentacją Polski, gdy szukano jego następcy, w prasach przewijało się również nazwisko Renarda. Fakt ten wynikał z polskich korzeni francuskiego trenera. Rodzice jego mamy w trakcie drugiej wojny światowej wyemigrowali do Francji znad Wisły. A choć sam szkoleniowiec nie miał jeszcze okazji wrócić do kraju swych przodków, nie ukrywał, że spotkanie z Polską na mundialu w Katarze będzie dla niego wielkim wydarzeniem. Po losowaniu grup mówił w strefie mieszanej, że “mama musi być bardzo szczęśliwa” i dedykuje jej ten wielki dzień.
Renard stwierdził też, że okazja pracy z polskimi piłkarzami stanowiłaby dla niego ogromny zaszczyt.
- Może będę miał przyjemność zostać selekcjonerem reprezentacji Polski. To byłoby szczególne wyróżnienie - możemy przeczytać jego słowa na stronie internetowej “TVP Sport”.
U nas, czy gdzie indziej - wydaje się, że zasłużył na szansę w europejskim futbolu reprezentacyjnym. W zakątku mniej egzotycznym niż te, w których dotychczas odnosił sukcesy. Wydaje się, że Francuz to archetyp idealnego selekcjonera, do tego preferujący bardzo odważny, ładny dla oka styl. Dobrze wie, jak trafić do swych podopiecznych. A w reprezentacji, gdzie treningów w skali roku jest stosunkowo mało, ma to dodatkową wagę.
Wygrana z Argentyną zagwarantowała niespotykane do tej pory zainteresowanie jego osobą. Nazwisko Herve’a Renarda przewija się w nich nieustannie od kilku dni. Mistrzostwa w Katarze mogą otworzyć mu drzwi do wejścia na wielką, “mainstreamową”, scenę, oczywiście o ile będzie tego chciał. NIkt bowiem nie wie, jakie są jego dalsze plany. A że do szerokiego grona trafił już mocno okrężną drogą, zdołał tym samym pokazać, że nie musi żałować chodzenia własnymi, nietypowymi ścieżkami.