Dwa razy był o włos od śmierci, zawsze wygrywał. Wspierał go nawet sam papież. "Symbol przełamywania granic"

Dwa razy był o włos od śmierci, zawsze wygrywał. Wspierał go nawet sam papież. "Symbol przełamywania granic"
Alextype/shutterstock.com
Alex Zanardi, były kierowca F1, zaczął nowe życie po stracie obu nóg 20 lat temu i stał się bohaterem oraz inspiracją. A obecnie po raz drugi walczy o powrót do sprawności po ponownym otarciu się o śmierć.
Niepełnosprawność to ogromne wyzwanie. Dlatego paraolimpijskich sportowców, pomimo traktowania “ich” igrzysk z dystansem, należy podziwiać i ogromnie szanować. Wśród nich mamy bowiem setki, tysiące ludzi, którzy musieli przezwyciężyć niebywałe przeszkody, by na nich wystartować. Na przykład właśnie Alex Zanardi. Włoch, po katastrofalnym wypadku na niemieckim Lausitzringu w 2001 roku, kiedy to stracił obie nogi, zamiast się poddać, postanowił powalczyć o kontynuację swych wielkich marzeń. Wrócił na tor wyścigowy, samemu zaprojektował nawet specjalne protezy i zaczął wspierać inne osoby o podobnej niepełnosprawności. Stał się symbolem przełamywania granic, aż wreszcie… paraolimpijczykiem.
Dalsza część tekstu pod wideo
I to nie byle jakim! Eks-kierowca wyścigowy na lata zdominował rywalizację rowerów ręcznych, udowadniając, że nawet tak tragiczne wydarzenie, jak utrata nóg, może stanowić okazję do znalezienia nowego miejsca na ziemi i przedefiniowania życia. Choć akurat na startujących dziś Igrzyskach Paraolimpijskich w Tokio współczesnego bohatera niestety nie zobaczymy. Kolejny poważny wypadek sprawił, że znowu otarł się o śmierć. Ale i tym razem, za sprawą niesamowitego hartu ducha, wygrał. “Niezniszczalny” znowu walczy o powrót do życia.

Pierwszy samochód zbudował sam

Zanardi przyszedł na świat w Bolonii i już jako dziecko kompletnie zwariował na punkcie jednej ze stereotypowych włoskich pasji - szybkich samochodów. Właściwie od zawsze marzył o karierze kierowcy wyścigowego i startach w czerwonym bolidzie Ferrari. I chociaż spełnił swój cel tylko połowicznie, to zaszedł i tak znacznie dalej niż zdecydowana większość chłopców mających podobne sny. Od wymarzonej drogi nie odstraszyła go nawet śmierć starszej siostry Cristiny w wypadku samochodowym w 1979 roku. Niedługo po tym tragicznym wydarzeniu Alex zbudował swojego pierwszego gokarta. Mając 13 lat, skonstruował go, wykorzystując m.in. koła od kosza na śmieci oraz rury zapożyczone od ojca. Przygodę z motorsportem rozpoczął od startów na własnej maszynerii, pokazując, że poza pasją do szybkiej jazdy, posiadał również smykałkę do spraw technicznych.
I właśnie dzięki temu udało mu się dostać na sam szczyt wyścigowej drabinki. Szybko wspinał się po kolejnych szczeblach, aż wreszcie zapracował na awans do Formuły 1, w 1991 roku sięgając po wicemistrzostwo Formuły 3000, stanowiącej wówczas przedsionek do “królowej motorsportu”. Pomimo faktu, że był jego pierwszy pełny sezon na tym poziomie, w każdym ukończonym wyścigu finiszował w czołowej dwójce.
Włoch dostał angaż w F1, najpierw zaliczając trzy wyścigi dla Jordana, potem przez rok stratował dla Minardi, a następnie dwa w barwach Lotusa. Zdobył zaledwie jeden, jedyny punkt, lecz spełnił dziecięce marzenia. Kilkanaście lat później stwierdził, że mógłby osiągnąć więcej, ale sam ponosi winę, bo “mógł z siebie wycisnąć więcej”. Sukcesy nadeszły gdzie indziej.

Gwiazda za oceanem

Kierowca z Italii w 1996 roku przeniósł się do USA, by spróbować sił w serii CART, amerykańskiej “odpowiedzi” na F1. Jeździł tam trzy lata, w debiutanckim sezonie zajmując trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej. Następnie sięgnął po dwa mistrzostwa z rzędu. Obronił tytuł jako trzeci zawodnik w historii i pierwszy od 11 lat. Został prawdziwą gwiazdą, ulubieńcem kibiców. Jest również bohaterem jednego z najbardziej ikonicznych momentów w historii CART - kontrowersyjnego manewru wyprzedzania do dziś nazywanego po prostu “The Pass” - czyli “TO wyprzedzanie”. Zapewniający wygraną atak na Bryana Hertę z wyścigu na torze Laguna Seca w 1996 roku do dziś stanowi uosobienie motorsportu, jaki kochają za oceanem. I stanowi pomnik Zanardiego, dzięki któremu ten zapisał się w historii amerykańskiego motorsportu.
Świetne starty w Ameryce przyniosły szansę na powrót do Europy. W 1999 roku Alex znowu pojawił się w F1, wiążąc się z Williamsem. Nieudany, pechowy sezon znowu zakończył bez punktów. Trzyletni kontrakt został rozwiązany po zaledwie 12 miesiącach. Włoch potrzebował roku przerwy, a po nim wrócił tam, gdzie czuł się najlepiej. Znowu wylądował w USA.
Z tym że sezon 2001, pomimo dużych oczekiwań, przynosił bardzo przeciętne wyniki. Zanardi tylko raz skończył wyścig w pierwszej piątce. 15 września, gdy wydawało się, że wreszcie może przełamać słabą serię, jego życie na zawsze się zmieniło.

Ucieczka przed śmiercią I

Seria CART odwiedziła Europę. Pierwszy wyścig na Starym Kontynencie odbywał się na niemieckim Lausitzringu - "triovalu" (torze o kształcie trójkąta z pochyłymi zakrętami rodem z amerykańskich owali, pozwalający osiągnąć ogromne prędkości). Zanardi prowadził w wyścigu i na 13 okrążeń przed metą zjechał na ostatni pit stop. Gdy opuszczał boksy, straciła panowanie nad bolidem i wypadł na tor, prostopadle do kierunku nadjeżdżających rywali. Tristan Carpentier zdążył uniknąć go w ostatniej chwili. Alex Tagliani nie miał na to najmniejszych szans. Trafił w samochód 35-letniego Włocha z prędkością ponad 310 kilometrów na godzinę. Wszyscy od razu wiedzieli, że sytuacja jest poważna.
Zanardiego ze zdezelowanego pojazdu musiały wyciągnąć służby porządkowe. Natychmiast przetransportowano go do szpitala w Berlinie, gdzie trafił na stół operacyjny. Jego serce kilkakrotnie stanęło, stracił ponad 70% krwi. Pomimo tego, przeżył. Cudowna ucieczka przed śmiercią sporo go jednak kosztowała. Lekarze podjęli decyzję o amputacji obu nóg. Jedną ucięto w kolanie, drugą tuż ponad nim. I, paradoksalnie, wtedy zaczął się najbardziej inspirujący okres jego życia.

Niezniszczalny

- Gdy straciłem nogi, nie sądziłem, że to okazja, bym uczynił moje życie lepszym. Ale tak właśnie się stało, bo wszystko, co robię dziś, to bezpośredni efekt mojej sytuacji. Mogę więc chyba nazwać to, co się stało, największą szansą, jaką dostałem od życia - możemy przeczytać jego słowa z marca 2020 roku na łamach portalu "Julius Baer". I chyba one najlepiej opisują dalsze losy Włocha.
Najpierw żmudna rehabilitacja i konieczność znalezienia protez. Te dostępne na rynku nie przypadły jednak Włochowi do gustu. Postanowił więc… zaprojektować własne. Tym samym zapewnił sobie satysfakcjonującą sztywność i mobilność. Dzięki nim mógł wrócić do spraw codziennych i skupić się na kolejnym celu - powrocie na tor. Zaledwie 20 miesięcy po tragicznych wydarzeniach powrócił na Lausitzring, by specjalnie przystosowanym pojazdem, którym mógł sterować tylko za pomocą rąk, przejechać brakujące 13 okrążeń. I to nie żółwim, bezpiecznym tempem, a dobijając do prędkości rzędu 300 kilometrów na godzinę!
Choć trudno w to uwierzyć, to nie było tylko jednorazowe wydarzenie. W 2004 roku kierowca po amputacji obu nóg wrócił do regularnych startów - tym razem w Mistrzostwach Europy Samochodów Turystycznych, niedługo później przemianowanych na mistrzostwa świata. BMW przygotowało mu specjalną maszynerię z gazem i hamulcem kontrolowanymi za pomocą rąk. Pomimo oczywistych ograniczeń weteran potrafił w ciągu sześciu lat wygrać cztery wyścigi. I chociaż nigdy nie bił się o mistrzostwo, najważniejsze było to, jak niesamowitą historię napisał. Dzięki uprzejmości zespołu BMW Sauber miał nawet przyjemność zasiąść ponownie za kółkiem bolidu F1.

Więcej niż kierowca

Równolegle do startów Zanardi realizował się na innych polach. Wydał książkę, wygładzał liczne przemówienia motywacyjne, wspierał organizacje pomagające osobom z podobnymi obrażeniami. Sam również założył kilka fundacji, m.in. przygotowujących protezy dla dzieci, które przeszły amputacje, lecz nie mają dostępu do specjalnego sprzętu. Sam wyjawił, że w tej działalności widział szansę na odwdzięczenie się za ogromne wsparcie otrzymane po katastrofalnym wypadku. Stał się inspiracją dla innych, dzięki czemu zyskiwał dalszą motywację, by kontynuować walkę.
Odkrył też nową pasję - wyścigi rowerów ręcznych. Początkowo traktował je jako hobby i sposób na utrzymanie odpowiedniej formy fizycznej. Z czasem porzucił jednak motorsport na rzecz nowej pasji. A że nie zwykł robić nic na pół gwizdka, szybko zaczął odnosić sukcesy. Swą inżynieryjną smykałkę wykorzystał też, by konstruować jak najlżejszy i najbardziej aerodynamiczny sprzęt.

Przekraczanie granic

Alex próbował sił w wielu dyscyplinach. Poza wspomnianymi rowerami brał udział również w zawodach triathlonowych oraz maratonach na wózkach inwalidzkich. Każdy start stanowił okazję do przełamania kolejnych granic organizmu. Jako doświadczony kierowca wyścigowy odznaczał się świetną formą fizyczną. W 2007 roku, po zaledwie miesiącu przygotowań, pierwszy raz wystartował w wyścigu rowerów ręcznych przy okazji nowojorskiego maratonu, od razu zajmując czwarte miejsce. Wtedy stało się jasne, że sukcesy go jedynie kwestia czasu. Przyszły zwycięstwa w maratonach wózków inwalidzkich w Rzymie oraz Wenecji, a także triumf w Nowym Jorku. Wszystko miało prowadzić do startu na Igrzyskach Paraolimpijskich.
Zanardi pierwszy raz pojawił się na nich w Londynie. Z miejsca okazał się poważnym graczem. Wywalczył trzy medale: dwa złote, w jeździe indywidualnej na czas oraz wyścigu ze startu wspólnego w klasie H4 rowerów ręcznych, a także srebro w sztafecie mieszanej. Cztery lata później, w Rio, zabrał do domu taki sam zestaw wyróżnień, tym razem wygrał w jeździe indywidualnej na czas H5 oraz sztafecie mieszanej, a drugie miejsce zajął w wyścigu ze startu wspólnego.
Poza tym w latach 2013-2019 Zanardi sięgnął po 12 złotych, pięć srebrnych i jeden brązowy medal mistrzostw świata w kolarstwie ręcznym. Krótko mówiąc - został absolutnym dominatorem. Pobił też rekord świata w swojej kategorii Ironmana, schodząc poniżej ośmiu i pół godziny, walcząc z czołówką stawki pełnosprawnych sportowców, pomimo tego, że pływał bez nóg, zamiast biegać - jechał na wózku, a w sekcji kolarskiej korzystał z takiego samego sprzętu, jak na igrzyskach. Przełamywał granice, szokował, stał się inspiracją.

Ucieczka przed śmiercią II

Start w Tokio byłby pewniakiem. Zanardi przygotowywał się do niego od dłuższego czasu. Niestety, podczas wyścigu w czerwcu 2020 roku, uległ kolejnemu poważnemu wypadkowi. Stracił kontrolę nad rowerem na zjeździe i zderzył się czołowo z ciężarówką. W efekcie doznał poważnych obrażeń głowy. Naturalnie wieść o zdarzeniu zszokowała świat sportu. Zanardiego wspierali również ludzie z innych dziedzin życia. By pokazać, jak niesamowita to postać, wystarczy wspomnieć, że wyrazy wsparcia, w formie własnoręcznie napisane listu, wysłał mu nawet sam papież Franciszek. Pisał w nim:
- Twoja historia pokazuje, jak zacząć od nowa po nagłym zatrzymaniu. Poprzez sport pokazałeś, jak przeżyć życie jako bohater. Sprawiłeś, że niepełnosprawność stała się nauką dla ludzkości.
Sportowiec długo pozostawał w śpiączce farmakologicznej, jego stan jeszcze trzy miesiące po zdarzeniu określano jako "poważny". Powoli jednak powraca do sprawności. We wrześniu pojawiły się informacje, że reaguje na bodźce. W styczniu przekazano, że odzyskał zdolność mówienia. Kolejny raz uciekł śmierci. I drugi raz będzie walczył o wyciśnięcie ze swojego stanu wszystkiego, co się da.

Uosobienie Igrzysk Paraolimpijskich

Przyszłość 54-latka naturalnie stoi pod znakiem zapytania. W jego przypadku nic jednak nie można przewidzieć. To człowiek, który mógłby zagrać w "Niezniszczalnych" u boku Sylvestra Stallone'a. Facet niezłomny, uparty w dążeniu do celu wbrew przeciwnościom, współczesny bohater, wspierający innych. I to nie tylko swoimi inicjatywami, a samą osobą. W końcu to, co zrobił po amputacji obu nóg, to prawdziwa inspiracja.
To jest właśnie uosobienie Igrzysk Paraolimpijskich. Historia Alessandro Zanardiego pokazuje, jak wiele cierpienia spotyka ludzi, którzy na nich startują. A oni i tak potrafią przezwyciężyć swoje ograniczenia. Nie są słabsi, są niesamowicie silni, zwłaszcza pod względem mentalnym. Najważniejsze nie są bowiem wyniki, a wygrana z własnym organizmem. Były kierowca F1, dzięki swojemu statusowi, stanowi idealną okazję, by o tym przypomnieć.
A samemu Zanardiemu wypada życzyć zdrowia i wytrwałości. Takich fighterów, ludzi o tak silnym charakterze, należy podziwiać i stawiać za wzór. Powrót do sportu po zmieniających na zawsze życie obrażeniach, pomoc innym - Włoch pokazał, jak osobistą tragedię można przekuć w coś wspaniałego, w pewnym sensie narodzić się na nowo. Niczego więcej nie potrzeba, żeby określić go mianem współczesnego bohatera. Dlatego nie bójmy się powiedzieć: Alex, jesteś totalnym kozakiem. I trzymamy kciuki, byś wyszedł zwycięsko z kolejnej walki.

Przeczytaj również