Dominacja absolutna. Żeby ich dogonić potrzebny byłby dodatkowy sezon. "Moja drużyna jest wrzodem"

Dominacja absolutna. Żeby ich dogonić potrzebny byłby dodatkowy sezon. "Moja drużyna jest wrzodem"
Matt Wilkinson / press focus
To będzie rywalizacja, której w Premier League nie było od lat. Niedzielny mecz Manchesteru City z Liverpoolem może zdecydować o tym, która z drużyn na koniec zostanie mistrzem Anglii. Wszystko dlatego, że obie ekipy zdominowały angielski futbol w ostatnich latach.
Oczywiście trenerzy obu drużyn mocno się od takiej tezy dystansują. Ich zdaniem wynik w niedzielę jeszcze niczego nie rozstrzygnie, w końcu do rozegrania zostanie jeszcze kilka meczów. Jednak biorąc pod uwagę, jakie zwycięskie serie po kilkanaście meczów potrafią notować City i Liverpool, miejsca na odrobienie strat może zabraknąć.
Dalsza część tekstu pod wideo
338 do 337
Żeby nie być gołosłownym warto przytoczyć jedną statystykę: od rozpoczęcia sezonu 2018/19 Manchester City zdobył 338 punktów, a The Reds jeden mniej. To o 72(!) punkty więcej niż trzecia w tej klasyfikacji Chelsea. O Manchesterze United i Arsenalu nie ma nawet co wspominać, bo dystans jeszcze jeszcze większy.
Żeby jeszcze bardziej oddać skalę dominacji - 72 punkty, to więcej niż Chelsea zdobyła w całym poprzednim sezonie. Ktokolwiek przegra w tym roku rywalizację o tytuł, niemal na pewno zostanie drugim najlepszym pod względem liczby punktów wicemistrzem Anglii. Tym najlepszym, kilka lat temu, był Liverpool, gdy o jedno oczko, dokładnie 98 do 97, przegrał na koniec z Manchesterem City.
Jedna porażka to za dużo
Wtedy przez cały sezon The Reds przegrali zaledwie jedno spotkanie, ale za dużo remisowali, przez co dali się na koniec wyprzedzić. Nie będzie żadnej przesady w stwierdzeniu, że przegrali mistrzostwo o centymetry, bo o tytule mogło zdecydować wybicie piłki z linii bramkowej przez Johna Stonesa, a także zwycięski gol, po którym piłka nieznacznie przekroczyła linię, Sergio Aguero w spotkaniu z Burnley. Dwa mistrzostwa z rzędu zespół Guardioli osiągnął zdobywając łącznie 198 punktów.
- Po raz pierwszy w historii dwa najlepsze angielskie kluby są najlepsze na świecie, a prowadzi je dwóch najlepszych trenerów - stwierdził ostatnio Jamie Carragher. Od razu wytrącił tez argumenty tym, którzy chcieliby się spierać, że równie mocna była choćby rywalizacja Arsenalu i Manchesteru United na początku XXI wieku. Nie przełożyła się ona na Ligę Mistrzów, trwała przede wszystkim na krajowym podwórku, a w trzech z ostatnich czterech finałów Ligi Mistrzów zagrał Liverpool lub Manchester City. Kluby spotkały się też w fazie pucharowej tych rozgrywek, co do 2009 roku nie zdarzyło się United i Arsenalowi.
Przewaga nad resztą jest w tym sezonie kolosalna. City, które ma punkt więcej niż The Reds, wyprzedza trzecią Chelsea aż o czternaście punktów. W liczbie goli strzelonych i straconych też grają w innej lidze. Żeby najlepiej to zobrazować wystarczy podać bilans bramkowy, który w przypadku zespołu Juergena Kloppa wynosi +57, a Guardioli +52. Trzecia jest Chelsea, która ma "zaledwie" +32. Tylko The Blues zdobyli więcej bramek niż wynosi dodatki bilans goli Liverpoolu i City. O liczbie strzałów nie ma co już nawet wspominać, bo lider i wicelider też są daleko z przodu.
- Liverpool to najtrudniejszy przeciwnik, na jakiego trafiłem w trenerskiej karierze. Na szczęście możemy też chyba stwierdzić, że moja drużyna jest wrzodem na tyłku Liverpoolu - stwierdził Guardiola. W bezpośrednich starciach to Klopp ma lepszy bilans. Jako trener The Reds przegrał z City zaledwie cztery z czternastu meczów.
Angielskie El Clasico
Hiszpan natomiast był zaangażowany w ekscytującą rywalizację Barcelony z Realem Madryt, ale wówczas między klubami, a szczególnie trenerami było sporo złej krwi. Guardiola z Niemcem może nie są bliskimi przyjaciółmi, ale zachowują klasę. Dobrze znana jest historia, że po triumfie The Reds w Lidze Mistrzów Hiszpan zadzwonił do jednego z fizjoterapeutów Liverpoolu, który wcześniej pracował w City i poprosił o przekazanie aparatu Kloppowi. Złożył gratulacje i zapowiedział, że w kolejnym sezonie jego zespół postara się być jeszcze groźniejszym rywalem.
Dominacja w lidze nie wzięła się jednak znikąd. To miara klasy obu szkoleniowców, a także wielu mądrych transferów. Same pieniądze niczego nie gwarantują, czego najlepszym przykładem jest Manchester United. W pierwszym sezonie pracy w City Guardiola do zwycięskiej Chelsea stracił piętnaście punktów. Kiedy na boiskach Premier League zmierzyli się z Kloppem po raz pierwszy, to w City grali m.in. Alexandar Kolarov, Claudio Bravo i Nicolas Otamendi, a w The Reds Ragnar Klavan, Nathaniel Clyne i Simon Mignolet. Wydaje się, że od tego czasu minęła epoka.
Po raz ostatni bezpośredni mecz w końcówce sezonu, który mógł decydować o mistrzostwie rozegrano w Premier League w sezonie 2013/14. Spotkały się wtedy właśnie Liverpool i City. The Reds zwyciężyli 3:2, ale w końcówce rozgrywek roztrwonili przewagę i na koniec to City skończyło ligę na pierwszym miejscu. Teraz, biorąc pod uwagę niesamowitą regularność, o odwrócenie losów po przegranej będzie znacznie trudniej. Tydzień po meczu ligowym obie drużyny zmierzą się w półfinale Pucharu Anglii. Niewykluczone jest też ich spotkanie w finale Ligi Mistrzów. Mecz w Premier League to może być zatem tylko preludium. Nic lepszego kibic europejskiego futbolu w końcówce sezonu nie może sobie wyobrazić.

Przeczytaj również