Danny Ings miał być gwiazdą Liverpoolu FC, ale zniszczyły go kontuzje. Dziś zmartwychwstał wśród "Świętych"

Danny Ings miał stać się wiodącą postacią drużyny Liverpoolu, ale plaga kontuzji pokrzyżowała jego ambitne plany. Przez lata borykał się z druzgocącymi urazami kolan, lecz pomimo niekorzystnych prognoz, zdołał powrócić na właściwe tory i odbudować znakomitą dyspozycję strzelecką. Aktualnie umieszczanie futbolówki w siatce rywali stanowi formalność dla napastnika „Świętych”, bo najistotniejszą konfrontację z przeciwnościami losu, wygrał konsekwentną zaciekłością w dążeniu do realizacji marzeń.
Gdyby ktoś przed inauguracją bieżącego sezonu Premiership powiedział, że Danny Ings będzie walczył o koronę króla strzelców ligi, zapewne wzięto by go za człowieka niespełna rozumu. Niewielu wierzyło, że 27-letni zawodnik Southampton odnajdzie formę z czasów, kiedy do spółki z Samem Vokes’em śrubowali rekordy strzeleckie na drugim szczeblu rozgrywek, zapewniając Burnley awans do angielskiej elity. Jak widać, wiara czyni czuba.
Zwariował również Ings, który notorycznie karci wyżej notowane zespoły. Facet po prostu dostał fioła na punkcie seryjnego zdobywania bramek. Nie odpuszcza żadnej okazji, żeby nękać golkiperów drużyn przeciwnych. Na tę przypadłość nie wynaleziono lekarstwa, nie odkryto efektywnej kuracji, nie pomagają niekonwencjonalne metody terapeutyczne. I to nawet świetnie się składa, ponieważ nam wciąż jest mało, bo my nadal chcemy więcej.
Jednak wspinaczka Danny’ego na piłkarskie szczyty wcale nie była usłana różami. Jeśli już, to te róże posiadały zdradliwą, okaleczającą moc, która wytrącała napastnika „Świętych” z równowagi.
Ba, w pewnym okresie, wskutek następnych problemów ze zdrowiem, rozważał zakończenie kariery sportowej, ale pokazał hart ducha i – idąc tropem Henrika Larssona czy Marcina Wasilewskiego – nie złożył broni. Bowiem porażki, zwłaszcza te losowe, inspirują prawdziwych mistrzów. Kształtują ich charakter.
„The Hampshire Tevez” na Anfield Road
Podczas premierowej kampanii na boiskach Premier League, Danny Ings utwierdził ekspertów w przekonaniu, że jego umiejętności stoją na wysokim poziomie. Wprawdzie „The Clarets” spadli wtedy do Championship, ale młody napastnik imponował swoją sumiennością i grą. „The Hampshire Tevez” strzelił 11 goli oraz zanotował 4 asysty, co nie umknęło uwadze łowców talentów futbolowych potentatów: Manchesteru United i Liverpoolu.
Ings zdecydował się na podpisanie kontraktu z klubem z Anfield Road, a głównym zwolennikiem ściągnięcia do drużyny perspektywicznego strzelca był Brendan Rodgers, który na gwałt potrzebował wzmocnienia formacji ofensywnej. Danny miał występować jako alternatywa dla pozyskanych w tym samym czasie Christiana Benteke i Roberto Firmino.
Słabe rezultaty „The Reds” sprawiły, że władze Liverpoolu zwolniły Rodgersa ze stanowiska szkoleniowca zespołu, parafując umowę z łakomym kąskiem na rynku wolnych agentów wśród trenerów, a mianowicie z Jurgenem Kloppem. Niemiec prędko zauważył niesamowite zdolności Ingsa, lecz w trakcie jednego z pierwszych treningów pod okiem nowego menadżera, piłkarz zerwał więzadła krzyżowe w lewym kolanie. Rozwój Danny’ego został dramatycznie wyhamowany przez kontuzję, która wyłączyła go z futbolu do końca sezonu.
Dzięki udanemu zabiegowi oraz tytanicznej pracy fizjoterapeutów, „The Hampshire Tevez” wrócił do pełni zdrowia prędzej, niż pierwotnie zakładano. Jurgen Klopp nie spieszył się z wprowadzeniem Ingsa do składu, odsyłając gracza do ekipy rezerw Liverpoolu, gdzie prezentował naprawdę solidny instynkt snajperski. Następnie stopniowo zalecał Anglikowi coraz większe obciążenia, wciąż pozostawiając go pod opieką lekarzy.
Kiedy Danny’ego przymierzano do wyjściowej jedenastki drużyny, w której zresztą wybiegł na murawę w drugim meczu sezonu, tym razem uszkodził prawe kolano. Uraz kategorycznie wykluczył piłkarza z występów do końca kampanii. Operacja Ingsa zakończyła się sukcesem, później pomyślnie przeszedł proces rehabilitacyjny oraz przepłynął długość kanału La Manche na basenie ulokowanym w ośrodku treningowym klubu z czerwonej części Merseyside.
Od tamtej pory na napastnika „The Reds” zaczęto chuchać i dmuchać, jakby był wytłoczony ze szkła, albo wyprodukowany z kruchej porcelany. Klopp czternastokrotnie dawał mu okazję do zademonstrowania potencjału w potyczkach Premiership, jednak Danny miał spore trudności z przebiciem się do podstawowego składu. Biorąc pod uwagę niezwykle przebojowy, ofensywny tercet Salah-Firmino-Mane, nie ma co się dziwić.
Zmartwychwstanie wśród „Świętych”
Szefostwo Liverpoolu, nie chcąc marnować walorów Ingsa, postanowiło wystawić go na listę transferową. Kandydatów do zatrudnienia zawodnika „The Reds” nie brakowało, więc Danny mógł przebierać w ofertach, szukając nowego pracodawcy. Ostatecznie Anglik powędrował do Southampton na zasadzie wypożyczenia. Po sezonie premierowej kampanii w barwach „Świętych”, klub wykupił go za łączną sumę opiewającą na około 22 miliony euro.
O ile pierwszy sezon Danny’ego przedstawiał się w liczbach przyzwoicie, o tyle w bieżących rozgrywkach forma strzelecka 27-latka eksplodowała. Może i niektóre mecze Southampton kładły się cieniem na drużynę z St. Mary’s Stadium (np. 0:9 przeciwko Leicester City przed własną publicznością), lecz seria sześciu pojedynków bez porażki na wszystkich możliwych frontach wzbudza olbrzymi szacunek.
Klubowy kolega Jana Bednarka zdobył w tym sezonie już czternaście ligowych bramek i wraz z Pierre-Emerickiem Aubameyangiem oraz Marcusem Rashfordem zajmuje drugą pozycję na liście najlepszych snajperów Premier League, ustępując pola tylko Jamie’emu Vardy’emu (17 trafień).
Do zakończenia futbolowych zmagań na angielskiej ziemi pozostało jeszcze szesnaście kolejek, zatem trudno sobie wyobrazić, żeby „The Hampshire Tevez” nie dołożył następnych goli do swojego bogatego dorobku.
Pukając do kadry bram
Ostatnio prasa coraz częściej huczy od plotek dotyczących ewentualnego transferu superstrzelca Southampton do mocniejszego klubu. „Święci” od wielu lat są postrzegani jako kuźnia talentów, na których zarabiają krocie, by ponownie pozyskać kolejnego, wyróżniającego się na piłkarskiej mapie, młodego gracza. Najcelniejszym przykładem tego rodzaju transakcji jest Sadio Mane.
Spekulacje trwają, końca debat nie widać, zaś Danny Ings robi to, co potrafi najlepiej, czyli ładuje gola za golem, aż miło patrzeć. Zabójczy instynkt w pojedynkach sam na sam z bramkarzem, presja wywierana na defensorach i stojących między słupkami golkiperach oponentów, kapitalny zmysł do ustawiania się w szesnastce rywali. Istny lis pola karnego. Gołym okiem widać, że otrzymał zielone światło od trenera Ralpha Hasenhuettla.
Zresztą, to właśnie austriacki menedżer Southampton nalega, aby Gareth Southgate wysłał jego podopiecznemu powołanie do reprezentacji Anglii. Tego samego zdania jest wtórujący mu Brendan Rodgers.
Mając na względzie fakt, że Jamie Vardy zrezygnował z występów dla kadry narodowej, a Harry Kane nie wystąpi w marcowych meczach kontrolnych, napadzior „Świętych” wydaje się być perfekcyjnym rozwiązaniem, jeśli chodzi o ofensywną siłę rażenia „Synów Albionu”.
Bądź co bądź, życzymy Danny’emu Ingsowi, aby jego nazwisko znalazło się na liście powołanych na starcia z Włochami oraz Danią. Póki co, rozkoszujmy się strzeleckim kunsztem zawodnika Southampton, który w przeszłości musiał gdzieś na swojej drodze spotkać trenera Wojciecha Łazarka i wziąć sobie do serca słowa naszego szkoleniowca, a ten zwykł mawiać: „W piłce, jak na rybach, liczy się to, co w sieci”.
Mateusz Połuszańczyk