Największe błędy Boehly'ego. Tej łatki może już nie zerwać. "Czy leci z nami pilot?"

Ostatni rok w Chelsea to gotowy materiał na film. Koniecznie realizowany przez grupę Monty Pythona. Todd Boehly ewidentnie zgubił mapę, a może nawet nie zabrał jej ze sobą z USA.
Jeśli za nakręcenie produkcji nie chcieliby się zabrać angielscy komicy, to drugą opcją jest zatrudnienie Jima Abrahamsa, współtwórcy m.in. komedii “Czy leci z nami pilot?”. I to pytanie idealnie pasuje do obecnej sytuacji w Chelsea. Przy okazji Abrahams, amerykański reżyser i pisarz, mógłby wyjaśnić o co chodzi - również amerykańskiemu - właścicielowi “The Blues”, Toddowi Boehly’emu. Bowiem od kiedy ten, jakby nie patrzeć, obrotny biznesmen, przejął władzę na Stamford Bridge, trudno zrozumieć, jaki cel przyświeca jego niektórym działaniom. Trenerska karuzela, która trwa w tym sezonie w najlepsze, najdobitniej pokazuje, że chyba sami szefowie klubu, na czele z właścicielem, nie do końca byliby w stanie to wyjaśnić. Czy jednak Boehly w pełni odpowiada za wszystkie bolączki Chelsea w ostatnim czasie? Nie do końca, ale bez zmiany nastawienia w gabinetach trudno będzie zapanować nad rozgardiaszem, który zapanował tam w ostatnich miesiącach.
Wyjadacz
Współzałożyciel Eldridge Industries, holdingu prowadzącego biznesy w wielu branżach, miał ze sportem styczność już na długo przed kupnem Chelsea. Todd Boehly to jeden z właścicieli Los Angeles Dodgers, baseballowej drużyny z ligi MLB. Dodatkowo posiada pakiet akcji Los Angeles Lakers (NBA) czy Los Angeles Sparks (WNBA). W przeszłości był też zainteresowany kupnem jednego z klubów MLS. Sama idea przejęcia londyńskiej Chelsea także nie zrodziła się u Amerykanina nagle, wyłącznie ze względu na nadarzającą się okazję. Już w 2019 roku Boehly wraz ze swoimi wspólnikami sondował możliwość odkupienia jej od Romana Abramowicza. Wówczas bezskutecznie.
Można więc założyć, że Boehly nie działał tylko kierowany impulsem. Jego smykałka do rozwijania sportowych projektów, a także zarabiania na nich, na pewno nie jest czymś, co zwiastowało w Chelsea erę chaosu. Tym bardziej, że przecież - pomimo zupełnie innej specyfiki sportu w USA - Boehly był już nawet mówcą na branżowych konferencjach, gdzie występował w roli eksperta od zarządzania klubami i organizacjami. Odpowiednie know-how przemawiało zatem na jego korzyść, a część ekspertów od ligi angielskiej dawała mu solidny kredyt zaufania. Mariaż amerykańskich właścicieli z klubami Premier League to jednak zawsze relacja o podwyższonym ryzyku. I nie inaczej jest w tym przypadku, choć nadzieje były - i nadal są - ogromne.
Powiew świeżości?
Wejście do Chelsea Boehly miał w sumie całkiem udane. Z jednej strony wjechał niczym rycerz na białym koniu, gdy fani mogli drżeć o losy klubu w obliczu problemów właścicielskich. Z drugiej zaintrygował całą społeczność Premier League tym, że chciał wprowadzić nieco świeżości do ligi. Rzucony przez niego pomysł organizacji meczu gwiazd na wzór sportów amerykańskich, choć nie był niczym specjalnie nowym, został przez biznesmena nieźle opakowany argumentami. Podobnie jak propozycja organizacji turnieju dla najsłabszych drużyn ligi. I trzeba przyznać, że nawet sceptycznie nastawieni do niego miłośnicy brytyjskiego futbolu, mogliby docenić entuzjazm Boehly'ego w zakresie wizji rozwoju rozgrywek. Choć rzecz jasna głosów krytyki nie brakowało.
Początkowo wydawało się także, że Amerykanin nie będzie typem właściciela, który pozjadał wszystkie rozumy. Letnie ruchy transferowe prowadzone były według wizji ówczesnego trenera, Thomasa Tuchela, a sam Boehly swoje umiejętności fokusował bardziej w kierunku marketingu. Amerykański sen nie trwał jednak długo. Tuchel pracę stracił już we wrześniu, po przegranym meczu Ligi Mistrzów w Zagrzebiu. Jego miejsce zajął Graham Potter, za którego kontrakt Chelsea zapłaciła ponad 20 mln funtów Brightonowi, a który ostatecznie poprowadził zespół w 31 meczach. Choć i w tym przypadku - na początku - można było liczyć na długofalową, opartą na cierpliwości i zaufaniu współpracę. W końcu nie wydaje się ponad 300 milionów funtów zimą na piłkarzy, bez wiary, że pomogą oni trenerowi wyjść z kryzysu.
Tu dodatkowo - zanim wrócimy do kreślenia kolejnych znaków zapytania i prób zrozumienia władz Chelsea - znów można pochwalić fortel, jakiego dopuścił się Todd Boehly. W końcu przeprowadzenie tak kosztownych ruchów, bez wsparcia ich wieloletnią amortyzacją kontraktów, byłoby rzeczą kardynalnie trudną. Być może ściągającą na Chelsea sporo problemów związanych z Financial Fair Play. Pewnie, że można mieć wątpliwości co do etyki takiego działania, ale skoro Boehly i jego ludzie znaleźli lukę w przepisach, to skrzętnie z niej skorzystali. I - mówiąc pół żartem, pół serio - spowodowali, że UEFA pod koniec stycznia uszczelniła przepisy dotyczące wspomnianych amortyzacji.
Wracając jednak do mniej pochlebnych wątków, sportowa postawa Chelsea nie uległa poprawie, a krocie wydane m.in. na transfery Mychajło Mudryka, Enzo Fernandeza czy wypożyczenie Joao Felixa, są teraz jednym z powodów do drwin z “The Blues”. Z kolei kosztowny związek klubu z Potterem zakończył się rozwodem. Owszem, jego niezbyt długa kadencja na Stamford Bridge nie była udana. Wydaje się jednak, że nikt w klubie nie wziął pod uwagę kwestii kontuzji i kadrowej rewolucji, które w tym sezonie odcisnęły mocne piętno na Chelsea. I w tym wszystkim wypada w końcu zadać sobie pytanie - czy nie za wcześnie zdecydowano się zwolnić nie tyle Pottera, co Tuchela. W tym momencie to jednak - z punktu widzenia ostatnich zmian - odległa historia, chociaż wydarzyła się zaledwie kilka miesięcy temu. Ale można zakładać, że z Tuchelem na sterami zespół byłby w stanie wykaraskać się z kryzysu dużo wcześniej.
Opcja ratunkowa
Do końca obecnego sezonu drużynę będzie prowadził Frank Lampard, który wraca na Stamford Bridge w roli trenera tymczasowego. Czy to wybór rozsądny? Patrząc na dotychczasową karierę byłego gracza “The Blues”, można być sceptycznym. Lampard w roli menedżera nie zachwycił podczas pierwszej przygody z Chelsea, nie sprawdził się również w Evertonie. Trudno zatem przypuszczać, aby nagle odmienił losy zespołu pogrążonego w sporym kryzysie. Tak naprawdę jedynym atutem Lamparda jest w tej chwili status legendy klubu. Poza tym mało przemawia na jego korzyść. Anglik niewiele jednak ryzykuje. Nawet jeśli nie dźwignie Chelsea z dołka, to nikt specjalnie nie będzie go za to winił. Kilka wygranych meczów może natomiast podbudować jego pozycję na rynku trenerskim. Tym bardziej, że zastanie on w szatni zespół ze sporym potencjałem, który w końcu powinien się przebudzić. Słowem kluczem jest jednak “czas”. Czy ten pozostały do zakończenia obecnego sezonu wystarczy na poukładanie drużyny? Można mieć wątpliwości, biorąc pod uwagę skalę problemów, jakie trapią obecnie ten zespół.
Z drugiej strony, zatrudnienie Lamparda wcale nie musi być kierowane wizją natychmiastowej poprawy. Patrząc zdroworozsądkowo, Boehly tym ruchem po prostu kupuje sobie to, na co niekoniecznie mogli liczyć zatrudniani przez niego dotychczas trenerzy, czyli czas. Nie ma jednak pewności, że dobrze go wykorzysta. O ile bowiem brak pochopnego zatrudniania docelowego trenera da się zrozumieć i pochwalić, o tyle patrząc na listę przewijających się wokół klubu nazwisk znów warto zapytać - czy leci z nami pilot? Tylko w ostatnich dniach do objęcia sterów na Stamford Bridge przymierzani byli Julian Nagelsmann, Luis Enrique, Antonio Conte a nawet… Jose Mourinho. Kto będzie następnym kandydatem? Wydaje się, że maszyna losująca w biurze Todda Boehly’ego może nas jeszcze zaskoczyć. Kryteria? Poza mocnym nazwiskiem trudno je jednoznacznie rozszyfrować.
Zgubna krótkowzroczność
I byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie fakt, że Todd Boehly naprawdę sprawia wrażenie człowieka coraz bardziej zagubionego w piłkarskim biznesie. Nawet jeśli nie on odpowiada za wszystko co złe w Chelsea, to jednak koniec końców te nerwowe ruchy sygnowane są jego nazwiskiem. Część z nich można jeszcze naprawić, ale inne na długo będą ciężarem “The Blues”. Tak jak choćby długoterminowe kontrakty dla niektórych piłkarzy, czy przypięta już łatka niecierpliwego względem trenerów szefa. Do pewnego momentu wszystko da się przykryć górą pieniędzy, jednak nie potrwa to w nieskończoność.
Obecny sezon stał się praktycznie nie do uratowania, a to nakazuje też zastanowić się, jak Chelsea będzie wyglądała w kolejnej kampanii. Mimo ogromnych nakładów finansowych skład drużyny wciąż nie jest optymalnie skonstruowany. “The Blues” muszą w końcu m.in. rozejrzeć się za bramkostrzelnym napastnikiem. W klubie myślą także choćby o sprowadzeniu bramkarza. A obecną kadrę trzeba nieco przewietrzyć, bo już teraz w szatni robi się dla wszystkich zbyt ciasno. To może zwiastować kolejną rewolucję w letnim oknie transferowym. I powtórkę z tego sezonu, gdy zespół wciąż szuka swojej tożsamości. Czy w tym przypadku, gdy do klubu trafi docelowy trener, Todd Boehly w końcu wykaże się cierpliwością, nawet w przypadku wyboistego okresu adaptacji? No cóż, naprawdę trudno w to uwierzyć. A w ten sposób nie da się zbudować niczego trwałego.