Ataki algierskich fanów i zakazy "followowania" na Twitterze. Walka o kibiców toczy się nie tylko na boisku

Ataki algierskich fanów i zakazy "followowania" na Twitterze. Walka o kibiców toczy się nie tylko na boisku
Twin Design / shutterstock.com
Spójrzmy w lustro i powiedzmy sobie szczerze - jesteśmy pokoleniem internetu. Bez komputera czy smartfona właściwie nas nie ma. Do rzeczywistości musiały się dostosować też kluby piłkarskie. Facebook, Twitter, Instagram - chcesz być globalną marką, musisz zaistnieć na tych platformach. Nie wystarczy jednak tylko wrzucać suchych informacji. Walka o fanów toczy się już nie tylko na boisku, ale i w sieci. I wcale nie jest prostą sprawą.
Od przekazywania tych radosnych, po te mniej wyczekiwane wiadomości - dziś od osoby odpowiadającej za konta drużyn piłkarskich na portalach społecznościowych wymaga się nie tylko sumienności, ale i kreatywności oraz cierpliwości. Bo nawet kibice Twojej drużyny potrafią obrócić się przeciwko Tobie.
Dalsza część tekstu pod wideo
Wyzwań jest wiele, często bardzo nietypowych. Dlatego też postanowiliśmy trochę przybliżyć „social-mediową kuchnię”, ukrytą za kulisami futbolowego świata.

Ludzi trzeba zabawiać

Główne założenie prowadzenia konta drużyny sportowej na portalach społecznościowych to przykucie uwagi. Suche informacje nie wystarczą. Trzeba czymś zabłysnąć. Pula sposobów na zainteresowanie odbiorców jest niewyczerpana.
Przykładowo, eks-menedżer mediów społecznościowych Crystal Palace, Samuel Jordan, w rozmowie z „The Athletic” przypominał kilka ze „skoków na favy” z czasów swojej pracy. Jeden z nich poświęcono Christianowi Benteke. Belg w 2016 roku strzelił najszybszego gola w historii eliminacji Mistrzostw Świata. Zajęło mu to 7,5 sekundy.
- (...) przygotowaliśmy film o tym, co może zrobić w 7 sekund. Zaparzał herbatę, wypluwał winogrona do kubka, miał narysować kolegę z zespołu - nie dało się go rozpoznać. To był Pape Souare, który akurat dochodził do siebie po złamaniu nogi. Wśród tych wszystkich głupot było więc coś naprawdę miłego.
Wielu z Was może kojarzyć także „przekomarzanki” angielskojęzycznych kont zespołów Bundesligi. To również sposób na wywołanie zainteresowania fanów z zagranicy. Bo, jeśli nie wiecie, drugorzędne profile wielu klubów, prowadzone właśnie po angielsku, działają jak swego rodzaju wędka.
To one mają zachęcić kibica z dowolnego zakątku świata do „rzucenia okiem” na wydarzenia związane z drużyną, której w normalnych warunkach raczej nie ma szans śledzić. Z rzeczonego już tekstu na „The Athletic” możemy jednak dowiedzieć się więcej.
Takie docinki pod adresem rywali z niemieckiej ekstraklasy wielokrotnie były po prostu umawiane. Osoby odpowiedzialne za prowadzenie ich kont na Twitterze, siedziały razem w jednym pokoju w trakcie meczu i ustalały, co będą pisać. Może i nienaturalne, ale na pewno skuteczne!
Marketing w internecie odgrywa niesamowicie ważną rolę. Dobrze przygotowana akcja promocyjna może zadziałać lepiej, niż obniżki cen biletów. Tutaj również kreatywność jest na wagę złota.
Klucz to jednak znalezienie odpowiedniego balansu. Żart musi być stonowany, w dobrym smaku i nie może przekraczać granic. Najważniejsze, żeby post na portalu społecznościowym nie okazał się zwyczajnym, irytującym „sucharem”.

Walka z kibicami

Każda praca ma swoje dobre i złe strony. Można się pośmiać, można zabłysnąć, ale czasami trzeba mieć nerwy ze stali. Na przykład, gdy fani postanawiają wziąć na cel profil klubu.
Wszyscy już chyba znamy słynne zjawisko spamu komentarzami „Come to Besiktas” pod postami zawodników, którzy są łączeni z transferem do tureckiego klubu. To jednak dotyczy głównie kont samych piłkarzy. Pojawiają się jednak i przypadki, gdy zalewany jest profil klubu.
Od narzekających na wszystko fanów United po kibiców Wisły Kraków, którzy zaczęli traktować Jarosława Królewskiego jak wroga numer jeden. Powodów jest wiele, zarówno tych sportowych, jak i pozasportowych. Jedno z najbardziej absurdalnych zjawisk to zachowanie algierskich sympatyków Manchesteru City, a może bardziej precyzyjnie – Riyada Mahreza.
Jeśli chodzi o konto "Obywateli" na Facebooku, to można zauważyć pewną zależność. Gdy byłego skrzydłowego Leicester City nie ma w składzie – najwięcej, oczywiście poza łapkami w górę, jest wkurzonych buziek. Tak, to jego armia zalewa fanpejdż klubu. Sami zobaczcie komentarze – tutaj przed derbami Manchesteru:
I tutaj, po spotkaniu:
Porażka, gdy nie wybiega w podstawowej jedenastce oznacza zalew komentarzy o treści "no Mahrez no win" i ataki na poszczególnych jego konkurentów do gry. Powiem szczerze - współczuję adminowi moderacji w takich sytuacjach. Zwłaszcza, jeśli zaczyna się nagonka na Fernandinho - wroga numer jeden. Dlaczego? Ano kiedyś zrugał swojego kolegę po nieudanej akcji. I tak już zostało.
Zresztą, jak łatwo się spodziewać, "molestowanie" klubowych profili negatywnymi komentarzami to naprawdę popularne zjawisko. Gdy nawet kilka dni po porażce pojawia się jakaś pozytywna treść, to od razu może to stanowić punkt zapalny.
Do tego dochodzą jeszcze sytuację wyjątkowe, takie jak ostatni dzień okienka transferowego. Wtedy trzeba po prostu liczyć się z urwaniem głowy. O tym również mówił Samuel Jordan na łamach "The Athletic":
- "Deadline day" jest najgorszy. Zwłaszcza, jeśli ostatnio wygrywałeś i zespół wideo spędził trzy dni na przygotowywaniu materiału, a kolejną godzinę na załatwianiu kopii. Myśleliśmy: "Puścimy to i będzie hit. To będzie "viral". Po wrzuceniu każdy komentarz brzmiał: "Ogłoście transfer Babacara, admin, ogłoś Babacara". To było męczące.
No i oczywiście - napastnika rodem z Senegalu Crystal Palace nie kupiło. Tyle rabanu o nic...

Piłkarze też budują swoją markę

Interesujące treści w internecie nie służą do zdobywania nowych kibiców tylko klubom. Sami zawodnicy też starają się działać na swoją korzyść na Twitterze czy Instagramie. A metod jest wiele – chociaż najczęściej podstawa to humor.
W końcu chodzi o to, aby pokazać samego siebie w jak najlepszym świetle – każdy chce być postrzegany jako pozytywny gość. Pierwszy przykład z brzegu – Patrice Evra. Jego słynne filmiki z okrzykiem „I love this game” sprawiły, że niemal cały piłkarski świat sobie o nim przypomniał. Ba, w dużym stopniu pomogły nawet przyćmić incydent z atakiem na kibica, który zakończył jego przygodę w Marsylii.
Są też i dowcipnisie, jak Marten de Roon. Profil holenderskiego gracza Atalanty to popularne „złoto”. Ogromna dawka autoironii i postów związanych z niektórymi wydarzeniami świata piłki nożnej sprawiają, że wiele osób obserwuje go nie dlatego, co robi na boisku, ale właśnie dla postów na Twitterze. W sumie ma to sens, jest defensywnym pomocnikiem, czyli gra na chyba najbardziej niedocenianej pozycji.
W sieci otwiera się również możliwość integracji z fanami. Piłkarze uczestniczą w sesjach Q&A, zdarzają się i konkursy dla kibiców. Każdy kij ma jednak dwa końce. Zbytnia otwartość czasami doprowadza do wpadek wizerunkowych, zwłaszcza jeśli nie do końca panujesz nad swoim drugim językiem...
No i oczywiście, często trzeba myśleć na zapas. Nie muszę chyba nikomu przypominać „afery rasistowskiej” z Bernardo Silvą w roli głównej, która poskutkowała nie tylko karą pieniężną, ale i zawieszeniem Portugalczyka. Nie ma co roztrząsać słuszności wyroku, ale granica między czymś śmiesznym, a kontrowersyjnym jest naprawdę niewyraźna, zwłaszcza w internecie.

„Wartości wyższe”

W cyberprzestrzeni mamy również miejsce dla rzeczy ważniejszych, niż promocja i poczucie humoru: pryncypów przyświecających poszczególnym klubom czy zwyczajnych chęci zrobienia czegoś dobrego.
Przykładowo, w Wolverhampton Wanderers mają zasadę, że oficjalne konto na Twitterze ekipy z Molineux musi obserwować dokładnie 1877 profili. Nawiązuje to do roku założenia drużyny, a koncept jest nienaruszalny. Dodanie nowej pozycji do listy oznacza, że inną trzeba usunąć.
Niektóre, „nie przepadające za sobą” kluby nie śledzą swoich profili – tak dla zasady. Nottingham Forest nie obserwuje za to żadnego innego klubu. Właściwie nie wiadomo, kiedy się to zaczęło, ale tak już po prostu zostało.
Tego lata AS Roma postanowiła wspomóc poszukiwania zaginionych dzieci. Każdy post ogłaszający nowy transfer, zawierał również informację o osobie poszukiwanej przez fundację „Missing People”. Według doniesień prasowych, aż piątkę z nich udało się odnaleźć. Rozgłos, który zagwarantowała akcja „Giallorossich” był bezcenny.
Internet to wspaniałe narzędzie. Daje nieograniczone możliwości, otwiera drzwi, które niegdyś pozostawały zamknięte. Również dla kibiców. Dzięki nim możemy być na bieżąco z naszymi ukochanymi klubami, nieraz odległymi o tysiące kilometrów.
Mamy szansę poznawać piłkarzy od niespotykanej wcześniej strony, wesprzeć czy zganić ich komentarzem. Rzadko jednak myślimy o tym, co dzieje się tam, po drugiej stronie. O mechanizmach, które determinują wizerunek drużyn w internecie.
Praktycznie każdy, nawet na pierwszy rzut oka niepozorny post, to praca wielu osób. Fotografów, grafików, menedżerów odpowiadających za publikację czy specjalistów od marketingu i popularyzacji.
Futbol to biznes i wszystko ma w nim jakieś znaczenie. Od filmiku z Alexisem Sanchezem grającym na pianinie, po fotorelacje z wizyt zawodników w szpitalach dziecięcych. I, oczywiście, to MY jesteśmy celem.
Kacper Klasiński

Przeczytaj również