Vuković zamyka usta krytykom. Stworzył z Legii Warszawa maszynę do wygrywania

Przyznam bez bicia. Myślałem, że na tym etapie sezonu Aleksandra Vukovicia dawno nie będzie już w Warszawie. Byłem też zdania, że nie jest to dobry trener, a jego metody szkoleniowe ograniczają się tylko do słynnego już zapi**dalania. Myślę zresztą, że podobnie uważało bardzo wielu ludzi. A teraz wszystkim nam - łącznie z kibicami Legii, którzy domagali się na pewnym etapie sezonu jego zwolnienia - może być zwyczajnie głupio. “Wojskowi” dawno nie grali tak dobrze.
Vuko nie miał łatwych początków. Legia mocno męczyła się w pierwszych rundach eliminacji do Ligi Europy z drużynami z trzeciego świata, a gdy trafiła na pierwszego poważnego rywala - Glasgow Rangers - to pożegnała się z rozgrywkami. Oczywiście, po pierwsze można to było wkalkulować, po drugie naprawdę nie brakowało wiele, po trzecie wystarczy zobaczyć, gdzie są dziś podopieczni Stevena Gerrarda, żeby wiedzieć, że z byle ogórkami to Legia nie odpadła.
Złe miłego początki
Ale tęsknota za Europą jest przy Łazienkowskiej tak duża, że mimo wszystko - i słusznie - uznano to za rozczarowanie. Dochodziło do tego wówczas zamieszanie z Carlitosem, którego Vuković notorycznie sadzał na ławce, wystawiając potykającego się o własne nogi Kulenovicia. Trener był uparty, chociaż zewsząd słyszał głosy krytyki.
Legia nie zaliczyła rewelacyjnego startu w lidze. Po sześciu kolejkach była dokładnie w połowie tabeli. Po dziesięciu zajmowała piąte miejsce. Wówczas bardzo dużo mówiło się o potencjalnej zmianie trenera, ale tym razem przy Łazienkowskiej wytrzymali presję. Opłaciło się. Drużyna zaczęła prezentować się dużo lepiej, i to mimo regularnych ubytków. Przed sezonem albo już w jego trakcie odeszli przecież Carlitos, Szymański, Kulenović, Hlousek, Kucharczyk, Medeiros, Radović czy Hamalainen.
Jeden, dwa, trzy? Mało!
Vuković poradził sobie jednak z wszelkimi przeciwnościami. Dobrze wkomponował w drużynę Luquinhasa, w odpowiednim momencie przesuwając go ze skrzydła na pozycję numer “10”. Wymyślił sobie Karbownika na boku obrony, a ten momentalnie wyrósł na gwiazdę ligi, która jest już dziś warta grube miliony. Postawił na Niezgodę - tu akurat nie miał wielkiego pola manewru - a ten zaczął strzelać gole na potęgę. Co warte podkreślenia, szansę dostawali też inni młodzi - Praszelik czy Rosołek.
Ostatnie oznaki jakiegokolwiek kryzysu dopadły legionistów na przełomie września i października, gdy przyszły dwie porażki z rzędu - z Lechią i Piastem. Później - jak mówi klasyk - ruszyła maszyna. Wygrana z Lechem, siedem goli strzelonych Wiśle, pięć Górnikowi, cztery Koronie. Do tego niższe, ale równie istotne wygrane.
Pierwszy raz od kilku lat zobaczyliśmy wówczas w Ekstraklasie drużynę, która potrafi całkowicie zdominować rywala, ale nie w jednym meczu, a praktycznie każdym kolejnym rozgrywanym na własnym stadionie. Bo na wyjazdach zdarzały się jeszcze wpadki, takie jak porażki w Szczecinie i Lubinie. To kamyczek do legijnego ogródka.
Załatane dziury
A zimą Vuković znów musiał żegnać istotne ogniwa. Odeszli Cafu, Niezgoda, Nagy. Zwłaszcza dwaj pierwsi stanowili jesienią o sile warszawskiego klubu. Ale tak jak Niezgoda wskoczył wcześniej w buty Carlitosa, tak teraz w jego rolę świetnie wcielił się Kante, który owszem, już jesienią robił swoje, ale teraz jest prawdziwym liderem ofensywy Legii (na wiosnę już cztery gole w czterech meczach). Nie ma też śladu po utracie Cafu, bo w środku pola znakomicie radzą sobie Antolić, Martins i Gwilia lub Luquinhas, w zależności od ustawienia. A przecież dopiero co do drużyny dołączył też utalentowany Bartosz Ślisz.
Siłę klubu ze stolicy pokazał ostatni mecz z Cracovią. Do Warszawy przyjechał wicelider, który przez większość meczu po prostu nie istniał. “Wojskowi” pokazali całkowitą dominację. Podobnie jak kilka dni wcześniej, gdy mierzyli się z Jagiellonią, którą rozbili 4:0.
Dziś nikt już nie myśli o zmianie trenera. Legia prowadzona przez Vukovicia gra najlepiej od kilku ładnych lat. Jest styl. Są przede wszystkim wyniki. Choć do zakończenia sezonu jeszcze daleka droga, trudno dziś znaleźć drużynę, która mogłaby zagrozić legionistom w walce o mistrzostwo Polski. A warszawski klub wciąż może zdobyć też Puchar Polski.
Po kiepskich latach na Łazienkowską w końcu może zawitać słońce. W ostatnim czasie klub nie tylko notuje dobre wyniki, ale też zarabia grube miliony za kolejne transfery, a przecież w bliższej lub dalszej przyszłości bank rozbije pewnie sprzedaż Michała Karbownika. Kibice Legii powinni jedynie liczyć, że władze klubu zachowają zdrowy rozsądek przy sprzedawaniu kolejnych piłkarzy, bo nawet będący w formie Vuko może w końcu nie znaleźć w legijnych szeregach kolejnych następców.
Póki co pewne jest jedno. Aleksandar Vuković to jeden z największych wygranych ostatnich miesięcy. Wiemy jak krótkie bywały kariery kolejnych szkoleniowców przy Łazienkowskiej. On niemal na 100% przepracuje przynajmniej jeden sezon. Można się śmiać - ale nie było to takie oczywiste. A jeśli jego Legia dalej będzie prezentowała się tak dobrze, kariera na ławce trenerskiej ukochanego klubu może jeszcze trochę potrwać.
Dominik Budziński