10 rekordów. Oni świetnym okienkiem pokazują drogę Liverpoolowi i Chelsea. Triumf planu i logiki
Można oburzać się na to, że Newcastle we wrześniu ugości na swoim stadionie reprezentację Arabii Saudyjskiej. Można też czepiać się ich nowego serialu dla Amazona, gdzie jak zwykle lukier leje się gęsto. Ale na końcu trzeba oddać im, że umieją robić mądre transfery, a to lato znowu jest triumfem planu i logiki. 18-letni Lewis Hall z Chelsea, który rusza na północ Anglii, wybiera właściwą drogę.
Jest w tym pewien paradoks, że w okienku zdominowanym przez arabskie pieniądze, to akurat Newcastle ma przy sobie kubeł zimnej wody i cały czas emanuje rozwagą. Nie ma szans, żeby ktoś wplątał ich w szemraną sagę jak ta z Caicedo i Lavią, która dotknęła Liverpool. Nie ściągają piłkarzy wagonami w stylu Chelsea. W ogóle nie wydają na oślep, a jak już kogoś biorą, to szybko dostają zwrot. Dobitnym przykładem Sandro Tonali, który w tydzień rozkochał Tyneside. Najwięksi muszą dziś przebijać granicę 100 mln, żeby zabezpieczyć środek boiska, a Newcastle zrobił to dwa razy taniej i z większą gwarancją, że uda się wzmocnić zespół bez spektakularnej wywrotki.
Dziesięć rekordów
Eddie Howe lubi powtarzać, że nie potrzebuje na St. James’ Park głośnych nazwisk, bo pilnuje jedynie tego, by dostać graczy o odpowiednich profilach. Mówi to w chwili, gdy angielskie kluby właśnie wydały dwa miliardy euro na nowych piłkarzy i za moment pobiją rekord z ubiegłego lata, który wyniósł zaledwie 245 tysięcy więcej. Nie jest tak, że Newcastle, wyposażone w arabską gotówkę, może mieć każdego. Dan Ashworth, dyrektor sportowy sprowadzony rok temu z Brighton, jasno określił limit płac, a ten w wielu wypadkach związywał mu ręce. W Newcastle tylko tego lata chcieli Diaby’ego, Szoboszlaia, Maddisona i Disasiego. Cała czwórka, owszem, trafiła ostatecznie do Anglii, ale zasilając konkurencję.
Był czas, gdy rekordem transferowym Newcastle był Michael Owen w sezonie 2005/2006. Wydatek 25 mln euro na tamte czasy robił wrażenie, a skalę inwestycji pokazuje choćby to, że przez blisko następne 15 lat klub nie sprowadził droższego gracza. Dopiero ostatnie lata przyniosły dziesięć innych rekordów, z czego dziewięć to zawodnicy, których ogólnie można ocenić na plus. Zawiódł jedynie Chris Wood, ściągnięty za 30 mln euro z Burnley. Z drugiej strony Newcastle odzyskał tego lata 17 mln, sprzedając go Nottingham, więc nawet tutaj zgrabnie udało się rozłożyć spadochron.
Drużyna Howe’a, która w miniony weekend rozniosła Aston Villę 5:1, a wcześniej awansowała do Ligi Mistrzów, wskazuje dziś innym jak szukać okazji i nie zwariować w tym szalonym wyścigu. Kieran Trippier kosztował 14 mln, a bramkarz Nick Pope - 12 mln. Filarami drużyny stali się Bruno Guimaraes i Sven Botman, chociaż żaden z nich jak na realia rynkowe nie miał napompowanej ceny. Tego ostatniego Newcastle przechwycił w momencie, gdy zmierzał do Milanu. Ostatnio drugi raz wymierzył cios drużynie Serie A, zabierając jej kapitana Sandro Tonaliego, co pokazuje ciekawą tendencję. Piłkarze nie patrzą już na północ Anglii jak na wizytę na Marsie. To jest sukces Newcastle, że w szybkim czasie stał się drużyną atrakcyjną, budując swój wizerunek nie tylko na tym, że stoi za nim arabski fundusz z nieograniczonym strumieniem kasy.
Napastnik za sto baniek
Alexander Isak po sezonie, gdy w Realu Sociedad strzelił 17 goli, dysponował dużo ciekawszymi opcjami niż zespół, który ostatni raz w Lidze Mistrzów grał 20 lat temu. Szwed miał trzy lata, gdy trwała era piłkarzy jak Alan Shearer i Nolberto Solano. Nie musiał wiedzieć o wielkich tradycjach klubu, ale ostatecznie zaryzykował i dziś obie strony napędzają się nawzajem. Newcastle zapłacił za Isaka 10 mln funtów mniej niż Manchester United za Rasmusa Hojlunda, chociaż to ten pierwszy w chwili transferu był piłkarzem obciążonym mniejszym ryzykiem. Oczywiście, w ostatnim sezonie Szwedowi przeszkadzały kontuzje, ale i tak wyglądał obiecująco, a obecne rozgrywki zapowiadają, że spokojnie może powalczyć nawet o koronę króla strzelców. Gdyby dziś trwała o niego licytacja, szybko pękłoby sto milionów euro.
Tego lata Newcastle miał trzy priorytety: ktoś do środka pola, żeby odciążyć Bruno Guimaraesa; skrzydłowy dający gole; do tego od początku dużo mówiło się o bocznych obrońcach, bo Kieran Trippier i Dan Burn są po trzydziestce i trzeba liczyć się z tym, że w trakcie sezonu któryś z nich może wypaść.
Sukcesem Howe’a jest to, że trzech zawodników udało się zaklepać przed startem sezonu. Tonali mógł dopasować się do intensywności drużyny, rozgrywając aż sześć meczów sparingowych, a Barnes strzelił dwa gole w spotkaniu towarzyskim z Villarrealem. Świetnym transferem może być Tino Livramento, który 13 miesięcy stracił przez zerwane więzadła. Wciąż jest jednak jednym z najbardziej utalentowanych zawodników angielskiej piłki, a Eddie Howe doskonale wie jak wyciskać z takich ludzi najwięcej. Okres przygotowawczy pokazał, że przebudza się Antony Gordon - to też kolejna, wcześniejsza inwestycja, która powinna wyjść drużynie na dobre.
Dać nadzieję
Ostatni puzzel tej układanki to Lewis Hall, 18-latek z Chelsea, który w poprzednim sezonie na dziewięć meczów aż siedem razy zagrał z TOP4 i nie utonął. Świetnie wyglądał na tle m.in. City i United, gdzie przy lepszej grze kolegów powinien mieć dwie asysty. Newcastle wcześniej rozważał opcje z Kieranem Tierneyem, Juanem Mirandą i Markiem Cucurellą, ale znowu wygląda na to, że wybrał idealnie. Bierze najlepszego piłkarza akademii “The Blues” w 2023 roku. Przede wszystkim sięga po potencjał i zabezpiecza głębie składu. A do tego robi to na sprytnej zasadzie wypożyczenia z przymusową opcją wykupu po sezonie. Tutaj wszystko wygląda tak, jakby było planowane krok po kroku.
Newcastle w tym momencie jest zespołem mocniejszym niż rok temu, bo ze znaczących ubytków możemy wymienić jedynie Allana Sainta-Maximina. Trzeba od razu dodać, że Francuz w poprzednim sezonie co chwilę leczył urazy i nie dołożył jakiejś znaczącej cegły do końcowego sukcesu. Harvey Barnes na jego tle wygląda jak gwarancja regularności: w trzech ostatnich sezonach zawsze notował dwucyfrową statystykę goli. Poza tym jest graczem bardziej bezpośrednim, z dynamitem w nodze przy kontrach, co widzieliśmy w meczu z Villą.
Niesamowite jest to, że Eddie Howe może w tym momencie posadzić na ławce Calluma Wilsona, Barnesa albo Elliota Andersona, który był gwiazdą przedsezonowego tournee. To drużyna konkurencyjna, bez marketingowych gwiazdek i z pięknymi widokami w Lidze Mistrzów. Howe z Ashworthem dali kibicom normalność i nadzieję, a to w piłce dużo.
Autor jest dziennikarzem Viaplay.