Media: Piłkarze kłócili się o pieniądze w trakcie MŚ. Podział w kadrze. Kulisy walki o nagrodę od premiera
"Przegląd Sportowy" opisał zamieszanie wokół premii dla reprezentacji Polski za wyjście z grupy. Według niego podbijanie stawki z otoczeniem premiera trwało jeszcze w trakcie turnieju, a piłkarze podczas pobytu w Katarze spierali się o pieniądze.
Temat premii dla kadry od premiera Mateusza Morawieckiego za wyjście z grupy na mistrzostwach świata to najgorętszy temat ostatnich dni. Wiadomo już, że żadnej nagrody nie będzie. Premier poinformował o tym oficjalnie.
Skąd wzięło się całe zamieszanie i jak przebiegało? "Przegląd Sportowy" podkreśla, że zawodnicy - mówił to u nas Grzegorz Krychowiak - nie prosili o żadną premię. Pomysł wyszedł ze strony rządowej. Gazeta zarzuca jednak zawodnikom, że ci pozwolili, by sprawa zatruła atmosferę wewnątrz kadry.
- U nikogo nie zadziałał hamulec bezpieczeństwa, że taka kwota w kraju z rozpędzającą się inflacją nie spotka się ze zrozumieniem, tylko ze złością z powodu bogactw trafiających do bogaczy. To nie tak, jak mówił Robert Lewandowski w wywiadzie dla nas, że temat premii zajął piłkarzom pięć minut. Trwał na tyle długo, że zdążył ich podzielić - pisze Łukasz Olkowicz w "Przeglądzie Sportowym".
Według niego "podbijanie stawki z otoczeniem premiera trwało w trakcie turnieju". Negocjować ze swoim znajomym miał asystent selekcjonera Kamil Potrykus. Zawodnicy usłyszeli, że dzięki temu w puli będzie nie 40, a 50 mln zł.
Kwestią sporną był oczywiście podział pieniędzy. Najstarsi gracze - Robert Lewandowski, Kamil Glik, Wojciech Szczęsny i Grzegorz Krychowiak - chcieli, by największa część trafiła do zawodników, którzy najdłużej przebywali na boisku.
- Pierwotny podział zaproponowany przez rządzącą czwórkę zakładał, że ci z podstawowego składu wezmą z premii od premiera po 3 mln zł. Do tych, którzy nie podnieśli się z ławki, miało trafić 400 tys. zł. Propozycja nie spodobała się znacznej większości reprezentantów. Chodziło o procentowy rozkład podziału, ale również o to, że w zasadzie nie mieli nic do powiedzenia - pisze Olkowicz.
Do kulminacji sporu miało dojść między meczami z Argentyną i Francją. W podgrupach narzekano na sposób podziału zaproponowany przez liderów kadry. Nikt jednak otwarcie się im nie sprzeciwił.
Michniewicz chciał, by podzielić pieniądze po równo między wszystkich piłkarzy. Stał na stanowisku, że 10 mln zł z całej puli powinno trafić do sztabu. Gdy zaczęły się kłótnie, zdecydował, że sam nie chce uczestniczyć w podziale premii.
Do kompromisu doszło już po meczu z Argentyną. Po 2 mln miały trafić do zawodników z pierwszego składu, po 1 mln - do rezerwowych. Wypracowanie konsensusu zajęło jednak tyle czasu, że piłkarze nie zdążyli przekazać ustaleń do kancelarii premiera po meczu z Argentyną. Sprawa się przeciągnęła, a gdy nagłośniły ją media, to umarła.