Hegemon w Niemczech, pechowiec w Europie. Czego brakuje Bayernowi, by wrócił na piłkarski szczyt?

Hegemon w Niemczech, pechowiec w Europie. Czego brakuje Bayernowi, by wrócił na piłkarski szczyt?
Mitch Gunn / Shutterstock.com
W futbolu jedną z najważniejszych cech gwarantujących sukces jest wiecznie niezaspokojona ambicja. Ciągły głód wygrywania napędza do udoskonalania składu przez trenera czy umiejętności przez poszczególnych zawodników. Tylko w taki sposób można utrzymać się na szczycie.
Real Madryt, Barcelona, Juventus –  drużyny te mimo masowej liczby trofeów ciągle szukają wzmocnień, dążą do stworzenia ekipy perfekcyjnej. I wydawałoby się, że do tego grona również można zaliczyć Bayern Monachium, ale nic bardziej mylnego.
Dalsza część tekstu pod wideo
Bawarczycy, z roku na rok, stają się drużyną słabszą. Regres postępuje od momentu zdobycia futbolowego szczytu – od 2013 roku, kiedy „FC Hollywood” pod wodzą Juppa Heynckessa zdobył tryplet.
W tamtym okresie Bayern był istną maszyną do wygrywania, której obawiał się cały piłkarski świat. Komplet zwycięstw w Pucharze Niemiec, tylko jedna porażka i cztery remisy na przestrzeni całego sezonu Bundesligi, a na deser to co najważniejsze w klubowej piłce – Liga Mistrzów.
To właśnie w tych rozgrywkach Bayern prezentował się najokazalej. Rozbicie Juventusu 4:0 w dwumeczu, dewastacja Barcelony 7:0 i wreszcie zwycięstwo w wielkim finale przeciwko Borussii Dortmund. Tamta drużyna była nie do powstrzymania.

Ostatnie tchnienie

Patrząc na moc jaka tkwiła w ówczesnym Bayernie, wydawało się, że w futbolu może dojść do monopolu monachijczyków na zdobywanie trofeów. Dodatkowo działania przed sezonem 13/14 napawały optymizmem i po raz ostatni były przemyślane.
Linię pomocy odświeżono, kupując Thiago oraz Götze, lukę po Mario Gomezie miał wypełnić Lewandowski, któremu po sezonie kończył się kontrakt, a co najlepsze trenerem został prawdziwy wizjoner i jeden z najlepszych szkoleniowców w historii – Pep Guardiola.
W tamtym okresie widać było, że Bayern dąży do udoskonalenia perfekcyjnie działającej maszyny. O spoczęciu na laurach nie było mowy.
Transfery po części przyniosły efekty. Bayern na krajowym podwórku znów pokazał dominację, ale w Lidze Mistrzów to Bawarczycy zostali zdemolowani przez Real Madryt w stosunku 0:5.

Hiszpańska konkwista

Widać było, że potrzeba kolejnych przetasowań, aby nadal liczyć się w Lidze Mistrzów. Zamiast wzmocnień oddano za 25 milionów „mózg” Bayernu – Toniego Kroosa. Piłkarza, który w wieku 24 lat był absolutnym dyrygentem, zarówno w klubie, jak i w kadrze, z którą zdobył mistrzostwo świata.
W jego miejsce sprowadzono Xabiego Alonso. Bilans tej wymiany na linii Real-Bayern wynosił +16 milionów na korzyść Bawarczyków i chyba to najbardziej liczyło się dla Uliego Hoenessa i reszty zarządu. Spadkiem jakości nikt się nie interesował, a głosy krytyki były tłumione przez kolejną wygraną ligę.
Ale już wtedy widać było, że Bayern słabnie nawet w rozgrywkach krajowych. Borussia Dortmund bez Götze i Lewandowskiego wyszła zwycięsko z „Der Klassikera” w półfinale Pucharu Niemiec.
A w Europie oczywiście bez zmian. Barcelona odprawiła Bayern do domu, rewanżując się za masakrę z 2013 roku. Tamten dwumecz pokazał, że aby wygrywać trofea, trzeba zainwestować w kadrę. O zwycięstwie przesądził tercet MSN, na który „Blaugrana” wydała ponad 150 milionów euro. Ogromna kwota, ale taką cenę trzeba zapłacić za jakość oraz trofea inne niż Bundesliga.
Kolejny sezon i powtórka z rozrywki. Krajowy dublet i kompromitacja w Lidze Mistrzów. Tym razem pogromcą Bayernu okazało się Atletico Madryt, które w całym dwumeczu wydawało się ewidentnie drużyną słabszą. Mniej strzałów, okazji, znikome posiadanie piłki. Ale mimo wszystko wystarczyło to do pokonania ekipy Guardioli.

Gaszenie ognia benzyną

W Bayernie potrzebna była rewolucja. Od wygrania trypletu minęły 3 lata, a kolejne sezony nie przynosiły jakiejkolwiek poprawy. W Bundeslidze Bayern pewnie wygrywał, ale nic dziwnego skoro nie miał praktycznie żadnej konkurencji.
Borussia Dortmund bez Jürgena Kloppa, która co roku oddawała swoje największe gwiazdy (najczęściej do Bayernu), nie była w stanie pokazać wyższości na przestrzeni 34 kolejek, ale już pojedyncze mecze w Pucharze padały łupem dortmundczyków.
Wydawało się, że okienko transferowe w 2016 roku to idealna okazja na rozbicie banku i wzmocnienie składu klasowymi zawodnikami. Przede wszystkim palącym problemem były skrzydła, gdzie od lat występowali Robben oraz Ribery.
Architekci sukcesu z 2013 roku nadal prezentowali jakość, ale ze względu na wiek, coraz więcej czasu spędzali w gabinetach lekarskich. Co tym czasem postanowił zrobić Bayern? Ściągnięto z BVB Hummelsa, a Guardiolę zastąpiono Ancelottim.
I mógłbym tutaj dokładnie opisać kadencję Włocha, trwającą półtora roku, ale to była całkowita kalka projektu Pepa. Wygrana liga, przegrany puchar, dewastacja w Lidze Mistrzów przez Real Madryt.
Mijały lata, a Bayern już nie był kojarzony z rozjeżdżaniem kolejnych rywali jak za kadencji Juppa Heynckessa. Bawarczycy z myśliwego przeistoczyli się w zwierzynę, która jest co roku rozszarpywana przez hiszpańskie potwory.

Generał potrzebuje żołnierzy

Po nieudanej przygodzie Ancelottiego zdecydowano, że na ławkę trenerską powróci Jupp Heynckess. Była to jedyna osoba, która mogła przywrócić Bayernowi dawny blask.
Tylko problem jest jeden – trener sam meczu nie wygra. Potrzeba jakości na boisku, transferów, gwiazd, które przesądzą o wyniku spotkania. Co mamy w zamian w Monachium? Robbena i Ribery’ego, którzy stanowią o sile skrzydeł Bayernu od prawie 10 lat.
Nawet najlepszy trener nie będzie w stanie wygrać Ligi Mistrzów bez trzonu drużyny, który ze względu na wiek, nie jest zdolny do gry ponad 50 meczów w sezonie.
I to rozumie chyba każdy człowiek, interesujący się choćby w najmniejszym stopniu futbolem poza…Ulim Hoenessem, który zamiast szukać wzmocnień na rynku, przedłużył kontrakt z duetem Robbery oraz Rafinhą. Średnia wieku tych trzech panów to ponad 33 lata. Tak wygląda przyszłość Bayernu.

Nowe nadzieje w starej gwardii

W Monachium jak tlenu potrzeba świeżości, transferów, które pozwolą nawiązać walkę z hiszpańskimi hegemonami na arenie europejskiej.
Oczywiście, że zakupowe szaleństwo nie zawsze przynosi oczekiwane efekty (o czym boleśnie przekonało się np. PSG), ale bez wątpienia szanse na końcowy triumf zwiększają się, gdy dysponujesz większą siłą rażenia niż Arjen Robben i Franck Ribery.
Po raz kolejny wspominam o tych dwóch panach, ponieważ niedługo może się okazać, że będą oni jednymi z niewielu zawodników światowej klasy w składzie Bawarczyków. W mediach coraz częściej przewija się temat możliwego odejścia największych gwiazd.

Bilans zysków ponad wszystko

Jeśli informacje z niemieckich mediów okażą się prawdą, to dojdzie do sytuacji absolutnie groteskowej. Bayern, który od lat nie wyciąga żadnych wniosków na rynku transferowym, tym razem poszedłby o krok dalej. Pozbycie się topowych piłkarzy, zamiast sprowadzić kolejnych w swoje szeregi brzmi absurdalnie, ale taka opcja jest prawdopodobna, biorąc pod uwagę niedawne słowa prezesa Bayernu:
- Z Gnabrym, Goretzką i Comanem mamy trzech wspaniałych i młodych zawodników. Gnabry był jednym z najlepszych atakujących drugiej części tego sezonu, zaś Coman po powrocie z kontuzji będzie niczym nowe wzmocnienie.
Nikt nie podważy klasy wymienionych przez Hoenessa zawodników, ale istnieją poważne wątpliwości czy są to wzmocnienia, które zaowocują w najważniejszych rozgrywkach – Lidze Mistrzów.
Chociaż, biorąc pod uwagę ostatnie lata można dojść do wniosku, że to nie europejskie puchary są głównym celem Bayernu, ale stan klubowego konta. Sprzedaż Thiago, Vidala oraz Lewandowskiego tylko by to potwierdziła.
Potwierdziłaby również, że Bayern jest hegemonem na „glinianych nogach”. Kolejne triumfy w Bundeslidze to oczywiście powód do radości, ale nawet na krajowym podwórku Bawarczycy już nie budzą takiej grozy jak dawniej. Ostatnie 4 lata to tylko jeden triumf w Pucharze Niemiec.
Z „FC Hollywood” nikt nie może konkurować na przestrzeni całego sezonu, ale Bayern jest jak najbardziej do ogrania w jednym meczu, co udowodnił ostatnio np. Eintracht Frankfurt.
Kolejny sezon to oczywiście nowa karta w historii i kto wie czy nowy trener Niko Kovac nie okaże się cudotwórcą, który mimo nikłego budżetu zdoła zdobyć tryplet, choć dziś brzmi to jak historia rodem z science-fiction.
W obecnych czasach sukcesy bez głośnych transferów są praktycznie niemożliwe, a sukcesem dla klubu o takiej renomie jak Bayern Monachium będzie wyłącznie Liga Mistrzów. Bundesliga to miły dodatek, ale celem dla największych drużyn jak Barcelona, czy Real jest absolutna dominacja w Europie.
Jeśli Bawarczycy nadal chcą być zaliczani do absolutnego topu muszą udowodnić to, osiągając coś więcej niż zajęcie wyższej pozycji w tabeli niż Schalke, RB Lipsk, czy BVB.
Mateusz Jankowski

Przeczytaj również