Choć w trakcie mundialu system może się zbłaźnić, VAR jest nie do zatrzymania!

Pomysł wprowadzenia weryfikacji video wziął się z dobrych intencji, możliwości technicznych oraz nieodłącznego dla wielkich imprez moralnego kaca spowodowanego rażącymi błędami arbitrów. Jego przeciwnicy niech się nie łudzą, że zostanie kiedykolwiek wycofany. Mało tego! Wraz z upływem czasu będzie rozszerzany na kolejne wydarzenia boiskowe.
Bezpośrednią przyczyną wprowadzenia VAR jest jakość transmisji telewizyjnych. Doszło do tego, że najlepszy, najbardziej szczegółowy wgląd w boiskowe wydarzenia ma widz zasiadający przed domowym ekranem. On widzi wszystkie plany, od linii spalonego po wyraz oczu szykującego się do strzału napastnika.
Należy pamiętać, że współczesny, bogaty do przesytu futbol, wbrew naiwnej opinii swoją pozycję zawdzięcza właśnie tym widzom. To dzięki nim możliwe są miliardowe kwoty wykładane za prawa do transmisji telewizyjnych. Oni pośrednio są inwestorami. Nie można za żadną cenę dopuścić, by poczuli się nabijani w butelkę, bo wtedy mogą sięgnąć po pilota. Po broń ostateczną.
Dyskomfort powstający pomiędzy decyzją arbitra, a doświadczeniem własnego wzroku już nie jest opinią. Jeśli kibic widzi na dziesięciu powtórkach, że napastnik jego drużyny jest cięty i przewracany w polu karnym, a sędzia nie reaguje, może nie tylko się wkurzyć po kibicowsku, ale co gorsza zrazić się do piłkarskiego widowiska jako takiego.
Już i tak budżety telewizyjne przeznaczone na zakup praw do relacjonowania największych imprez i najlepszych lig są napięte do ostateczności. Ostatnią zaś rzeczą potrzebną temu gigantycznemu biznesowi jest zniechęcenie fanów. Przy okazji może ubyć jawnej niesprawiedliwości, ale to rzecz dla biznesu poboczna, gdy nawet finał Mundialu to tylko produkt. Efektowny, ale tylko produkt.
VAR na MŚ
FIFA łaknie wprowadzenia VAR do tego stopnia, że uszczęśliwi nas tym systemem już w trakcie MŚ w Rosji. Faktycznie historia światowego czempionatu pełna jest sędziowskich „klopsów” o zasadniczym dla końcowego rezultatu znaczeniu.
Już w 1930 brazylijski sędzia Rego błysnął inwencją, kończąc mecz w 83. minucie, gdy francuski napastnik minął obrońcę i szarżował na bramkę prowadzącej 1:0 Argentyny. Znamy też tajemniczego gola z finału MŚ 1966 roku, „cudowną rękę” Maradony, ale podobnych ekscesów były dziesiątki.
Od tego typu zdarzeń system weryfikacji video nas zabezpieczy, ale przecież nie od stronniczego i po prostu złego sędziowania, o co szczególnie w fazie grupowej MŚ jest dziwnie łatwo. Ma to związek z geograficznym doborem arbitrów, o czym w zasadzie mówić nie wolno z powodu poprawności politycznej, która dawno temu dotarła i do futbolu.
Ignorant wpatrzony w stucalowy monitor nadal pozostanie ignorantem. Może też dojść do sytuacji podwójnie rażących, ponieważ trudno będzie zagadywać problem tym, że sędzia był źle ustawiony, zasłonięty czy myślał akurat o niebieskich migdałach.
Należy w tym miejscu zauważyć, że choć decyzja o wprowadzeniu VAR na MŚ zapadła w marcu, niewiele wiemy o tym, czy i jak FIFA przygotowuje swoich arbitrów do obsługi systemu. Nie chcę być złym prorokiem, ale oby nie skończyło się to jakąś czarną komedią.
My jesteśmy dzięki nowinkarstwu PZPN jakoś tam przyzwyczajeni do systemu, ale kibice większości drużyn, w najlepszym razie słyszeli o tym wynalazku. Niby szkolą, ale…
Nierównowaga i kontrowersje
Warto zwrócić uwagę na ten często pomijany aspekt video weryfikacji. Doskonale widać w czym problem na przykładzie sędziowskiej decyzji o spalonym. Można bowiem anulować błędną decyzję o uznaniu bramki, gdy w trakcie akcji gracz drużyny atakującej znalazł się na tej pozycji, nie można zaś skorygować błędu polegającego na przerwaniu gry w sytuacji bramkowej, gdy spalonego faktycznie nie było.
Nie da się po prostu wrócić i powtórzyć sytuacji boiskowej. Inaczej jest, gdy wszystko dzieje się błyskawicznie. Pada strzał, siatka trzepocze, a chorągiewka w górze. Sędzia się konsultuje i uznaje gola. Jak to ma się do sytuacji, gdy napastnik wybiega sam na sam? Wtedy strzelając do siatki naraża się na żółtą kartkę. A jeśli strzelił, spalonego faktycznie nie było, a bramkarz nie interweniował widząc podniesioną chorągiewkę bocznego?
Teoretycznie prościej jest w innych sytuacjach, gdy wykorzystywany jest VAR. Tyle tylko, że im stawka i emocje większe, tym szersze pole interpretacji. Gdyby system był stosowany na przykład w ostatnim meczu Bayernu z Realem, byłyby dwa karne dla Bawarczyków czy nie?
Wyobraźcie sobie, że w trakcie MŚ sytuacje sporne mają być pokazywane na stadionowym telebimie i jakoś tam tłumaczone widzom. Problem w tym, że bez względu na ostateczną decyzję dla jednych była to uprawniona walka w defensywie, dla drugich z kolei Lewandowski był przewracany i karny się należał.
Nie da się tego zaliczyć już do kontrowersji, które pan Wacuś omówi z panem Sławkiem po meczu. To będzie się działo na żywo przed kilkudziesięciotysięczną publicznością.
Dwie piłki
Futbol jest grą prostą i przez to konserwatywną. Zmiany w przepisach wprowadzane są po wieloletnim nieraz namyśle i szczęśliwie dotychczasowe wyszły dyscyplinie na dobre. Przykładem ostatni wielki szum, gdy zakazano bramkarzom łapania piłki podawanej przez zawodników z pola. Dzisiaj trudno sobie wręcz wyobrazić powrót do dawnych praktyk.
VAR jest pierwszą wielką zmianą, która nie dotyczy samych zasad. Pozornie system nie ma wpływu na wydarzenia boiskowe, a tylko na ich ocenę. Ale to tylko pozór. Tak naprawdę piłkarze i drużyny, które odrobią lekcje boiskowych zachowań pod czujnym okiem kamer zyskają nieznaczną, ale jednak przewagę. To dobrze, bo inteligencja powinna być premiowana także na boisku.
Inna rzecz, że sama idea już w założeniu dzieli piłkę na wielką telewizyjną i całą resztę. To zresztą było i jest jednym z założeń. VAR nie trafi ani pod piłkarskie „strzechy”, ani do biedniejszych federacji. Przyjmie się, bo determinacja FIFA jest wyjątkowo mocna.
Zwróćcie uwagę, że na nic się zdały protesty UEFA, która sprzeciwia się szybkiemu wprowadzeniu systemu. Infantino chce przejść do historii MŚ i niezawodnie przejdzie, tyle tylko że ze względu na tempo wprowadzenia zmiany, nie wiadomo czy jako zbawca, czy może piłkarski komik.
Co dalej? Sam VAR będzie doskonalony. Pewnie jako broń wymierzona w boiskową brutalność i symulki, co zyska mu poklask kibiców. Ale przecież w piłce wiele można jeszcze zmienić. Warto na przykład wiedzieć, że największą słabością piłki telewizyjnej jest tylko jedna przerwa, którą można wypełnić reklamami.
Gdyby tak podzielić mecz na kwarty, wtedy byłyby aż trzy przerwy. Dziewięćdziesiąt minut trudno podzielić – powiadacie. A kto powiedział, że mecz musi trwać 90 minut? Przecież 80 to też dobra i podzielna liczba, a co gdyby na przykład odliczyć czas, gdy piłka jest poza boiskiem. Można? Wszystko można, a już szczególnie w telewizji.
Zabrałem kiedyś kibica telewizyjnego na mecz okręgówki. Dziwił się niezmiernie, że takie maleńkie boisko zostało dopuszczone do gry. Tłumaczę mu, że ma wymiary 105 na 65 metrów, czyli jest równie długie jak na stadionie narodowym, a węższe raptem o trzy metry. On mnie wyśmiał, bo przecież widzi w TV prawdziwe lotniska.
I o to złudzenie właśnie chodzi! Produkt będzie tak długo udoskonalany, aż wszyscy uwierzymy, że tak naprawdę istnieją dwa futbole.
Jacek Jarecki