Zmierzch epoki. Takiej konferencji jeszcze nie było. "Wyglądało to jak najprawdziwsza stypa po zmarłym"
Chyba jeszcze nigdy nie widziałem takiej konferencji prasowej. Pięciu ludzi usiadło przy prezydialnym stole, po czym rzecznik klubu, Markus Aretz, sięgnął po mikrofon i drżącym głosem przedstawił powód, dla którego w malutkim pokoiku prasowym Borussii Moenchengladbach zebrała się cała wierchuszka klubu. Potem oddał głos Maksowi Eberlowi. Ten przez kilka pierwszych sekund tylko szlochał, nie potrafił wydusić z siebie ani słowa. Prezydent Ralf Koenigs stwierdził, że to “gówniany dzień” dla klubu. Reszcie też nie było do śmiechu. Wyglądało to jak najprawdziwsza stypa po zmarłym. Zmierzch ery na jednym kadrze.
- Kończę dziś coś, co było moim życiem. Oddałem temu klubowi wszystko, co miałem. Zajmowałem się nim niczym swoim dzieckiem, wkładając w to wszystkie moje siły. Ale teraz już tych sił nie mam.
Takimi słowami Max Eberl ogłosił oficjalnie swoje odejście z czarno-biało-zielonej Borussii. Zalany łzami mówił potem, że absolutnie nie chodzi o bieżącą sytuację “Źrebaków” w lidze, tylko o niego samego i o jego zdrowie. Zarzekał się łkając, że absolutnie nie chodzi też o inny klub. Co chwilę chował twarz w dłoniach i ocierał lejące się z oczu łzy. To obrazek, który pozostanie z kibicami Borussii na zawsze, bo pokazuje Eberla w pełnej krasie - jako człowieka autentycznego, szczerego i empatycznego, który nie tylko pracował w tym klubie, ale nim żył i oddychał.
Dzieło życia Maksa Eberla
Borussia Moenchengladbach to jego opus magnum. Był w nim przez 23 lata. Najpierw jako dość przeciętny piłkarz (sam Eberl powtarza często, że to nie talent go niósł przez piłkarskie życie a pracowitość i sumienność), potem przez cztery lata jako kierownik akademii, od 2008 jako dyrektor sportowy i wreszcie od 2010 jako dyrektor zarządzający. Zna ten klub od podszewki, także jeśli chodzi o warstwę emocjonalną. Przeżył z nim spadek do 2. Bundesligi i wysłuchał hymnu Ligi Mistrzów. Był uwielbiany przez fanów i doceniany przez kolegów z branży, ale musiał też zmagać się z wewnętrzną opozycją skupioną wokół Stefana Effenberga, a potem znosić nieprzyzwoite docinki sfrustrowanego życiem i nieobecnością w strukturach klubu Bertiego Vogtsa. Kibice Borussii pisali na różnorakich forach, że to właśnie Eberl przywrócił im godność.
Ten sam Eberl, który często publicznie wdawał się z nimi w przepychanki słowne, który nie obawiał się ich krytykować za rzeczy, które mu się nie podobały. Pojawiały się nawet porównania do Helmuta Grashoffa, czyli legendarnego menedżera “Źrebaków”, który piastował tę funkcję przez 25 lat. To właśnie on zmontował w latach 70. ekipę, która przez niemal dekadę rywalizowała z wielkim Bayernem jak równy z równym i która rozgrzewała opinię publiczną w Niemczech i w Europie porywającym i świeżym futbolem.
Pod wodzą Eberla Borussia nie odniosła aż tak spektakularnych sukcesów. Nie zrealizowała największego celu swojego dyrektora, który marzył o tym, by pewnego dnia móc “podnieść wysoko coś blaszanego”. Nie wolno jednak zapominać o tym, że to właśnie Eberl stworzył z drużyny balansującej na granicy 1. i 2. Bundesligi zespół na miarę europejskich pucharów, a nawet Ligi Mistrzów. To za jego czasów rozbudowano akademię i zbudowano przy stadionie klubowy hotel. Dodatkowo, zanim nastała pandemia, klub dysponował oszczędnościami rzędu 100 mln €.
Eberl w Gladbach wcielił w życie maksymę, która przyświecała Grashoffowi - wydajemy tylko to, co zarobiliśmy i mamy w ręku. Nigdy nie uwzględniał w budżecie środków możliwych do zdobycia, na przykład poprzez kwalifikację do europejskich pucharów. Pieniądze, jakie płynęły do klubu, inwestowano w “Steine und Beine”, a więc nie tylko w piłkarzy, ale także w infrastrukturę. Po to, by mieć oparcie w czymś stałym, gdyby nadeszły trudne czasy. I co najważniejsze - Borussia jako jeden z nielicznych klubów w Bundeslidze działa na prawach pełnego stowarzyszenia. Nie ma zewnętrznych inwestorów, nie odstąpiła nikomu swoich akcji, nie wyodrębniła spółki piłkarskiej ze struktur. Nie sprzedała nawet nazwy swojego stadionu. Klub chciał być po prostu własnością kibiców, co w dzisiejszych czasach z każdym rokiem jest coraz trudniejsze, jeśli chce się odnosić sukcesy.
Słowa otuchy
Słowa Eberla i jego zachowanie podczas tej konferencji poruszyły cały niemiecki światek piłkarski. W mediach społecznościowych zaroiło się od wyrazów wsparcia i szacunku, a także życzeń zdrowia dla Maksa. Reagowały oficjalne profile klubowe oraz znani piłkarze - m.in. Toni Kroos, Ilkay Guendogan, Jerome Boateng, Marco Reus, Mahmoud Dahoud, Lars Stindl czy Florian Neuhaus. Beczący jak dziecko Max Eberl, tłumaczący się światu ze swej słabości, to obrazek, który wypala się w pamięci. Publiczne okazanie słabości to tak naprawdę przejaw wielkiej siły. Zwłaszcza w dzisiejszej piłce, która stroni od takich postaw. Eberl swoim wystąpieniem zwrócił uwagę na ważny aspekt, który często bywa pomijany. Dziennikarze czy kibice nie widzą w piłkarzach, trenerach, czy dyrektorach sportowych ludzi. Widzą tylko ich funkcje, oceniają każdy krok, wybór i ruch. Nie wstrzymują się z krytyką, bo nawet jeśli nie mają racji, to nie ponoszą w gruncie rzeczy żadnej odpowiedzialności za napisane słowa. Nie biorą pod uwagę uczuć czy emocji tych, których stawiają pod werbalnym pręgierzem.
Przenieśliśmy swoje życie w jakiejś części w świat wirtualny, do portali społecznościowych. Każdy z nas może dziś podzielić się ze światem swoimi spostrzeżeniami. Każdy może próbować udowodnić, że zna się na omawianej kwestii lepiej niż fachowcy zajmujący się daną dziedziną w sposób profesjonalny. Takich komentarzy robią się potem setki i tysiące. Nawet jeśli nie chcesz ich czytać i śledzić, to czytają je twoi znajomi i bliscy. I mimochodem trafia to potem do ciebie w mniejszym lub większym stopniu. To nakłada presję, nakręca spiralę, wyjaławia.
Czy emocjonalne wystąpienie Maksa Eberla zmieni coś w futbolu? Nie mam złudzeń, nie zmieni niczego. Tak jak niczego nie zmieniło oświadczenie Ralfa Rangnicka, w którym poinformował on o rezygnacji z prowadzenia Schalke, ze względu na syndrom wypalenia. Pogadamy o tym przez kilka dni, może tygodni, a za miesiąc czy dwa wrócimy do starych nawyków. W końcu oni tyle zarabiają, że nie wypada im się uskarżać na presję, prawda?
Doskonale nieidealny
Oczywiście, na forach ujawnili się też kibice, którzy zwracali uwagę na to, że to właśnie Eberl w głównej mierze jest odpowiedzialny za obecną sytuację zespołu w lidze. I chyba nawet mają rację, bo odchodzący dyrektor nie miał patentu na nieomylność. Ostatnie dwa lata to pasmo mniejszych bądź większych wpadek, o czym pisałem TUTAJ. Przestrzelony transfer Hannesa Wolfa (przyznajmy szczerze - wcale nie pierwszy w trakcie trwania jego kadencji), dopuszczenie do sytuacji, w której Matthias Ginter i Denis Zakaria mogą za chwilę opuścić klub bez odstępnego, ściągnięcie Adiego Huettera za olbrzymie pieniądze, co na ten moment zupełnie się nie broni, wreszcie trwanie przy Marco Rose, po tym jak ten zapowiedział odejście do Borussii Dortmund, a potem zanotował fatalną passę i finalnie nie zdołał zakwalifikować drużyny do europejskich pucharów.
To, że Eberl nie zwolnił Rosego spowodowało, że przybyło mu przeciwników. Nie tylko w klubie, ale i na trybunach. Dla kibiców to była sprawa honorowa. Nie traktowali przejścia Rosego do BVB jako standardową zmianę klubu. Dla nich to była najprawdziwsza zdrada. Dali się nabrać na jego okrągłe formułki i po bardzo niedługim czasie zostali wystawieni przez niego do wiatru. Boli ich do dziś, że Rose zdecydował się odejść do zespołu, który kibice Gladbach uznają za drugiego największego wroga po Kolonii. Eberl jednak postawił na swoim i przegrał. Pomylił się. Nie pierwszy raz.
Przykre jest jednak to, że na cały jego dorobek w ocenie niektórych w największym stopniu rzutują właśnie te dwa ostatnie lata. Pomylił się? Nie sprawdził? Won! Zwolnić! W takich czasach żyjemy. Nie daje się trenerom czy piłkarzom szans ani czasu na dokonanie analizy i wyciągnięcie wniosków. W dzisiejszym futbolu na najwyższym poziomie nie ma miejsca na korektę. Musisz być nieomylny, bo jeśli nie jesteś, to znaczy, że się nie nadajesz.
I właśnie to był motyw przewodni tej konferencji. Eberl nie chciał być dłużej częścią tej samonapędzającej się machiny. Nie był idealny i dlatego… doskonale pasował do Borussii, która sama w sobie też idealna nie jest. Bywał, zwłaszcza w ostatnim czasie, niepokorny, uparty, zarozumiały, przekonany o swej nieomylności i wielkości. Borussia - rozumiana jako społeczność - też często taka bywa. I jedno, i drugie wynika z przepięknej historii, jaką udało się obu stronom napisać na przestrzeni lat. Ale o przeszłości dzisiaj mało kto pamięta. Dla wielu liczy się tu i teraz.
- Po raz pierwszy w życiu podjąłem decyzję z myślą o sobie. Chcę zobaczyć świat, delektować się codziennością i czasem spędzanym z moimi bliskimi. Chcę wreszcie nie mieć poczucia odpowiedzialności za coś. Chcę być po prostu Maksem Eberlem.
***
Kibice Borussii:
- Przez połowę mojego życia nie znałem niczego innego poza walką o utrzymanie. Miejsce w środku tabeli to było maksimum. Mam nadzieję, że wspólnie będziemy pracować nad tym, by tamte czasy nie wróciły. Tak też zrozumiałem dzisiejsze wystąpienie Maksa Eberla.
- Na wyjazdach częściej będziemy gościć w Bielefeldzie niż w Budapeszcie. Pierwsze ćwiczenie już w przyszły weekend. Tłuste lata już za nami, taka jest prawda.